Rankingi

George A. Romero (1940 -2017) – nie tylko żywe trupy – filmy, które warto znać

George A. Romero był kimś w rodzaju Nikoli Tesli kina. Wraz z „Nocą żywych trupów” wymyślił na nowo kino grozy, ale nigdy nie dane było mu zarabiać na swoim pomyśle (bo złe korporacje i złe umowy sprawiły, że stracił prawa do filmu). Zmieniał sposób postrzegania gatunków filmowych (choćby „Martinem”) ale to inni czerpali z tego korzyści. Był wielkim (dosłownie, bo był ogromny i w przenośni) dzieckiem kina, które stosowało to medium do własnej psychoterapii. A teraz wyruszył do świata, który przerażał go najbardziej. Współczesna groza została właśnie sierotą. A poniżej pięć filmów Romero, które warto znać. Choć nie są filmami o zombie.

Małpia intryga (1988)

Miałem może jedenaście lat. Na pirackich kasetach w Polsce rekordy popularności bił film „Projekt X”. Dziś zapomniany film Jonathana Kaplana z pogranicza SF, thrillera i komedii obyczajowej. Głównym bohaterem był tam szympans Virgil, którym opiekował się pewien młody chłopak. Małpka była sympatyczna i kochana, a ja przez nią non stop zadręczałem właściciela wypożyczalni o kolejny film z szympansem. I dostałem. Nazywał się „Małpia intryga”.  I tym razem nie opowiadał historii o sympatycznej małpce. Co więcej na wiele lat wyleczył mnie z oglądania filmów ze słodkimi małpkami. Wtedy oczywiście nie miałem pojęcia kim jest George A. Romero, ani że oglądam jego pierwszy film zrealizowany dla wielkiego studia filmowego. Nie miałem pojęcia, o tym jaki bój stoczył on z producentami. Jak wiele z filmu wycięto. Wtedy wiedziałem, że opowieść o Elli – psychotycznej małpie, która zaczyna obsesyjnie troszczyć się o swojego podopiecznego, człowieka. Z perspektywy czasu trudno uznać „Małpią intrygę” za film udany. Widać tu pęknięcia, ingerencję producentów. Ale czuć też, że Romero wiedział do czego zmierza. Chciał nakręcić opowieść o człowieku zniewolonym, zdanym na łaskę oprawcy, który tu przyjął postać małpy. Lęk przed utratą świadomości, byciem zdanym na innych towarzyszył reżyserowi przez całą karierę. Na szczęście – w nieszczęściu – gdy dowiedział się o raku płuc nie ziściły się jego obawy. Odchodził świadomy, w otoczeniu najbliższych. Podobno umierając słuchał ukochanej ścieżki dźwiękowej z filmu „The Quiet Man”.

A co do filmu – mimo wszystko wciąż go polecam. Ma swoje autentycznie przerażające momenty.

Mroczna połowa (1993)

Kiedy George A. Romero przeczytał powieść Stephena Kinga, postanowił ją zekranizować, nie bacząc na koszty. Uznał bowiem, że jest to najlepszy horror o podwójnym życiu, jaki przyszło mu czytać. I miał rację. „Mroczna połowa to kapitalny zapis rozpadu osobowości. Główny bohater Thad jest pisarzem. Jako autor ambitnych powieści klepie biedę, ale pod pseudonimem Stark… Pod tym pseudonimem wydaje nie tylko bestsellery, ale i staje się innym człowiekiem. Złym, aroganckim, skorym do przemocy. Wraz z końcem powieści wracał do bycia sobą, czyli poczciwym i miłym wykładowcą. Aż do następnej butelki… To jest: książki. King nie próbował nawet ukryć tu faktu, że pisze o sobie. Alter ego jego bohatera nosi nazwisko Stark, podczas kiedy King używał pseudonimu Richard Bachman – którego imię pożyczył sobie od Richarda Starka. Zaś powieści, które pisze książkowy Stark, są niczym innym jak nawiązaniem do pulpowej estetyki właśnie Richarda Starka.

Romero bardzo wiernie przeniósł powieść na ekran. W moim osobistym rankingu ekranizacji Kinga tytuł ten zajmuje miejsce w pierwszej piątce, choć oczywiście nie każdemu przypadnie on do gustu. W filmie Romero nie ma bowiem żadnych specjalnych technicznych fajerwerków, a mroczna i przygnębiająca historia walki Thada z samym sobą opowiedziana jest bardzo powoli. Twórca „Nocy żywych trupów” zamiast na galopującej akcji koncentruje się tu na budowaniu relacji między dwoma osobowościami bohatera, drobiazgowo pokazując ich podobieństwa i różnice. Cały ciężar filmu spadł na barki Timothy’ego Huttona, grającego tak Thada, jak i Starka. I trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązał się on koncertowo, choć na planie ponoć był niebywale uciążliwy i chimeryczny.

Niestety „Mroczna połowa” okazała się finansową klapą i nie zwróciła zainwestowanych w nią pieniędzy. Stało się tak jednak nie dlatego, że film był zły (przeciwnie – zebrał bardzo dobre recenzje) a przez to, że miał on gigantyczne problemy z dystrybucją. Otóż Romero ukończył prace nad Mroczną…już w 1991 roku, tyle że produkująca film wytwórnia najpierw opóźniła premierę, obawiając się, że obraz Romero może przepaść w konkurencji z także przez nich produkowanym „Milczeniem owiec” a potem… zbankrutowała. W efekcie premiera  „Mrocznej…” była przekładana przez dwa lata, a film trafił do kin bez żadnej promocji. Szkoda, bo jest to na pewno jedna z najciekawszych ekranizacji Kinga. Mimo to wciąż pozostaje zapomniana.

Dla mnie przygoda z tym filmem była dość… hmm… zabawna. Oglądałem go (znów na pirackiej kasecie VHS), nie mając pojęcia, że jest adaptacją powieści Kinga, którą czytałem dokładnie w tym samym czasie. Potem nastąpiło coś co nazywamy deja vu. Sceny nakładały się na siebie, miałem wrażenie, że tracę rozum, bo jestem w stanie przewidzieć o czym napisze autor (a byłem tuż po lekturze „Cztery po północy”…). Na szczęście sprawa dość szybko się wyjaśniła. A „Mroczna połowa” zarówno film jak powieść należą do moich ulubionych.

Martin (1978)

Film legenda, o którym słyszałem milion opowieści, a nigdy nie widziałem. Aż do momentu, kiedy przyniósł mi go na kasecie kolega. Schodzony VHS z włoskim dubbingiem. Mimo, że wtedy nic nie rozumiałem chłonąłem obraz. Bo hipnotyzował. I hipnotyzuje do dziś.

Nie da się bowiem nie zignorować szaleństwa, jakie na początku wieku rozpętało się dookoła sagi „Zmierzch”, seriali takich jak „Pamiętniki wampirów” czy „Czysta krew”. Tyle że wampiry XXI wieku są dość przewidywalne i na dłuższą metę nudne. Bo ileż można patrzeć na kolejnego zakochanego w młodej dziewczynie wampira, którym targają wątpliwości – ukąsić ją czy nie. Przez takie infantylne dylematy dzisiejsze wampiry zeszły na psy, zamieniając się w pupilki nastolatków. Na szczęście nie zawsze tak było, a kino wampiryczne potrafiło zaskakiwać reinterpretacjami opowieści o krwiopijcach. Bodaj najlepszym przykładem jest „Martin, skromny niskobudżetowy film twórcy „Nocy żywych trupów. Tytułowy bohater, nastolatek, przeprowadza się do wuja, dziwnego pana, który myśli, że Martin jest wampirem. Czy się myli? Czy Martin posiada siły nadprzyrodzone, czy też jest seryjnym mordercą napadającym na kobiety, podcinającym im żyły i spijającym ich krew? Romero w swoim filmie wywraca do góry nogami wampirzą mitologię, tworząc niesamowity, oniryczny obraz, w którym nic nie jest oczywiste i prawdziwe. „Martin przez wielu krytyków (oraz samego Romero) uznawany jest za najlepszy film tego reżysera. I słusznie, bo do dziś zaskakuje świeżością podejścia do wampirzej mitologii i rewelacyjnym scenariuszem. Co ciekawe, w oryginalnym zamyśle Romero film ten miał trwać blisko trzy godziny. I taką też wersję zmontowano oraz pokazano na festiwalu w Cannes. Romero postanowił jednak film przemontować i dziś znaleźć można tylko wersję dziewięćdziesięciominutową. Na domiar złego taśmy z pierwotnym montażem zostały zniszczone, przez co nigdy nie poznamy prawdziwej wizji Romero.

Knightriders (1981)

Między „Świtem żywych trupów” a „Creepshow” Romero nakręcił swój najbardziej niezwykły film. Obyczajowy dramat. O wyrzutkach, motocyklistach i poszukiwaniu siebie. Martin był dzieckiem kontrkultury a ten film jest najlepszym dowodem na to, że kontrkulturowa rewolucja płynęła mu w żyłach. „Knighriders” to film czuły, niezwykle subtelny i smutny. Jak tylko smutne może być życie skazanych na porażkę. Film trudno dostępny. Ale warto poszukać.

The Crazies (1973)

Ten film doczekał się wystawnego remake’u, który podobnie jak oryginał okazał się klapą finansową. W 1973 roku Romero szukał własnego języka. Sukces „Nocy…” go onieśmielił. I wkurzył, bo przecież stracił prawa do filmu, przez co nic na nim nie zarabiał. „The Crazies” było swoistą odpowiedzią na porażkę jaką było spotkanie z wielką korporacją i biznesem. Skromna opowieść o małym miasteczku, które w wyniku wycieku tajemniczej broni biologicznej zostaje skazane przez armię na śmierć. O przetrwanie walczy garstka nie zainfekowanych, ale oni także skazani są na porażkę. „The Crazies” ma dziś status filmu zapomnianego. Niesłusznie. Zanim Romero sięgnie ponownie po zombie, aby stworzyć ponurą wiwisekcję podziałów społecznych w „Świcie…” to „The Crazies” było filmem pokazującym, że reżyser nie ma dobrego zdania o ludzkości. Ani o tym do czego jest zdolna, ani o tym dokąd zmierza.   

Kategorie
Rankingi
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz