Rankingi

Czekając na „Mass Effect: Andromeda”: siedem najlepszych gier Bioware

Bioware uchodziło niegdyś za mistrzów RPG i pochodnych. Dziś z tej reputacji zostało niewiele, bardziej przypominają porządnych rzemieślników, którzy lata świetności mają za sobą. Niemniej ogłoszenie daty premiery „Mass Effect: Andromeda” to dobra okazja, by przypomnieć dzieła, które uczyniły ich wielkimi.

7. MDK 2

Dziś mało kto pamięta, że Bioware wypuściło jedną z bardziej zakręconych gier akcji swoich czasów. „MDK 2” było kontynuacją nietuzinkowego action-adventure, która oprócz gibkich palców wymagała od nas myślenia „poza pudełkiem”. Zapewniało też ładną oprawę graficzną i przesycony specyficznym humorem scenariusz. Mogliśmy wskoczyć w buty jednego z trzech bohaterów – żołnierza wyposażonego w specjalny strój, mechanicznego, czterorękiego psa (sic!) i szalonego naukowca. Dzielne trio walczyło z inwazją kosmitów – i wierzcie mi, tylko z założenia brzmi to banalnie…

6. Jade Empire

Action-RPG wyprzedzające swoje czasy. Rzucało graczy w orientalny świat Dalekiego Wschodu proponujący miks rozbudowanej, ładnie opowiedzianej historii z efektownymi, dynamicznymi walkami nawiązującymi do bijatyk i gier akcji. Miało kilka drobnych wad, ale proponowało ciekawe rozwiązania, mnóstwo aktywności pobocznych i dawało mnóstwo radochy z odwiedzania świata innego niż fantasy lub post-apo. Niestety, „Jade Empire” przeszło bez większego echa.

5. Neverwinter Nights

Tej grze należy się szczerość – podstawowa kampania single-player zawodziła na całej linii. Była nudna, sztampowa i infantylna (zaczynaliśmy w przybytku zwanym… „Akademią Bohaterów”), ratowały ją tylko wątki poboczne. Oraz całkiem przyzwoite dodatki, zabierające na zupełnie inne, ciekawsze przygody. Dlaczego więc „Neverwinter Nights” wylądowało na tej liście? Bo było prawdziwą rewolucją. Przeniosło RPGowe multi na wyższy poziom, pozwoliło prowadzić grę w sposób bliższy papierowym oryginałom – teraz nad sesją mógł czuwać Mistrz Gry dysponujący narzędziami wpływającymi na każdy aspekt rozgrywki. Co więcej, zapaleńcy mogli tworzyć własne przygody – niektóre ewoluowały do rozmiaru gigantycznych, kilkudziesięciogodzinnych kampanii, historią przyćmiewających produkt wyjściowy. Do tego było pierwszą grą na licencji Dungeons & Dragons wrzuconą w trzeci wymiar.

4. Baldur’s Gate

Przełom w karierze Bioware’u (oraz kolejny wielki tytuł w empoi współpracującego nad grą Black Isle) i jeden z trzech mesjaszy – obok „Fallouta” i „Diablo” – którzy ściągnęli gatunek z drogi wiodącej ku zapomnieniu. Gracz został wrzucany w środek kryminalno-polityczno-awanturniczej intrygi, podczas której odkrywał swe pochodzenie oraz tożsamość drania odpowiedzialnego za zabójstwo naszego ojca, a przy okazji przemierzył wszerz i wzdłuż piękną, pokazaną na ręcznie malowanych tłach, krainę fantasy.  Wszystko przy akompaniamencie ponadczasowej muzyki i komentarzy naszych towarzyszy. Jak na swoje czasy gra była śliczna, wielka i oferowała porządne zwroty akcji.

3. Mass Effect 2

Dla wielu było tym, czym „Imperium Kontratakuje” w przypadku „Gwiezdnych Wojen”. Wyniosło autorską space operę Bioware’u na zupełnie nowy poziom, odarło gameplay z niepotrzebnych naleciałości, a mimo redukcji tabelek do minimum zapewniło to, co w RPGu najważniejsze – możliwość odgrywania roli. Do tego gromadziliśmy ekipę dobrze napisanych towarzyszy z rozbudowanymi misjami pobocznymi, zaś wątek główny stanowił przyjemny romans z konwencją szpiegowską (kiedy nie strzelaliśmy do szwadronu obcych… w końcu po coś te spluwy są, nie?). To chyba właśnie w drugiej części „Mass Effect” zyskało w pełni autonomiczną osobowość. A skoro już była mowa o „Gwiezdnych wojnach”…

2. Star Wars: Knights of the old Republic

Jedna z najlepszych gier w uniwersum „Gwiezdnych Wojen” – o ile nie najlepsza (obok „Jedi Knight 2: Jedi Outcast” i „KoTORa 2”). W swoim czasie prezentowała bardzo przyzwoitą oprawę graficzną, zaś ze świata wycisnęła najlepszą możliwą historię, która jednocześnie była mroczna, kiedy trzeba, ale nie traciła nic z awanturniczego uroku Starej Trylogii. Do tego dochodzili znakomicie napisani towarzysze (wciąż mam wrażenie, że pewien blaszak z „Łotra 1” był inspirowany psychopatycznym droidem z „Knights of the old Republic”). Nie można też zapomnieć o zwrocie akcji, który spowodował u graczy opad szczęki…

1. Baldur’s Gate 2: Cienie Amn

Chyba najważniejsza gra w historii Bioware’u. Pokazała, że „Baldur’s Gate” nie było wypadkiem przy pracy. Poprawiono tu absolutnie wszystko. Dostaliśmy większy świat, wypełniony po kokardkę treścią, która za maską pstrokatego heroizmu kryła całe morze szarości, brudnych i koniecznych sojuszy, bez których nie ruszylibyśmy z miejsca, a do tego trudne wybory wpływające na naszą postać. Lokacje wyglądały pięknie, muzyka oszałamiała, a poziom wyzwań sycił nawet zaprawionych w bojach graczy – i zyskiwaliśmy adekwatne nagrody w postaci potężnych artefaktów. Historia zaś, mimo epickiej skali pozostawała osobistą krucjatą wymierzoną w tajemniczego maga, który porwał naszą przyjaciółkę. A kogo spotkaliśmy po drodze i jak go potraktowaliśmy – to już zależało od nas. Do drużyny mogliśmy włączyć bohaterów, których gracze pamiętają do dziś (Minsc i Boo!). To właśnie „Baldur’s Gate 2” przeniosło z powodzeniem rozbudowane wątki poboczne postaci z drużyny na grunt zachodni – wcześniej w takiej skali uczyniono to tylko w „Planescape: Torment”. Do Amn warto wybrać się i dziś, kiedy w sklepach dostępne jest „Enhanced Edition” – dobrze wiedzieć, jak wygląda jeden z najważniejszych przedstawicieli gatunku i o czym opowiada.

Kategorie
Rankingi
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz