Rankingi

Andrzej Chyra – nie tyra, ale rządzi

Andrzej Chyra to dziwny aktor. Wystarczy przecież policzyć filmy, w których zagrał główne role. Imponująco to nie wygląda. Polskie kino najwyraźniej niewiele ma Chyrze do zaoferowania, a jeśli już, to są to raczej epizody i drugoplanowe rólki. Stąd też Chyra raczej przemazuje się przez ekrany polskich kin, niż się na nich panoszy. No ale jak już zagra coś większego, to zawsze (no prawie zawsze) jest to wydarzenie. Trzy zdobyte dotąd przez Chyrę na festiwalu w Gdyni laury dla najlepszego aktora (przypomnijmy: za role w „Długu”, „Komorniku” i ostatnio w „W imię…”) są tego niezbitym dowodem. A że liczby i statystyki nie kłamią, powiem tak: inni dużo grają, za to Chyra jest najlepszy. Nie ma bata. Poniżej pięć najbardziej – według nas – znaczących kreacji aktora w kinie. Kolejność nie jest obojętna.

Lech Kurpiewski

1. Dług (1999), reż. Krzysztof Krauze

Po premierze tego filmu, gdzie Chyra zagrał niejakiego Gerarda Nowaka, ludzie, którzy przypadkowo spotykali aktora na mieście, szybko przechodzili na drugą stronę ulicy. Ze strachu. To się nazywa siła sugestii. No ale trudno się dziwić, Gerard w wykonaniu Chyry to było samo zło, i to bynajmniej nie w wydaniu kieszonkowym. Ten zimny (niczym stalowe ostrze noża, którym terroryzował swoje ofiary) drań był wcielonym diabłem. Tym bardziej przerażającym, że był to poniekąd „diabeł z sąsiedztwa”. Wszyscy oczywiście myśleli, że Chyra dał tu wiele z siebie. I to było chyba najzabawniejsze, bo aktor prywatnie bardzo się różni od swojego bohatera. Osobowościowo stanowi wręcz jego zaprzeczenie. Chyra sam mówi o sobie, że jest człowiekiem raczej poczciwym i trochę zagubionym. I nie ma w tym żadnej kokieterii, tak właśnie jest (za to zresztą Chyrę lubimy: za to, że taki jest, no i że do nikogo się nie mizdrzy). W „Długu” więc Chyra nie był a grał, i to niejako wbrew sobie. Trudno chyba o lepszy sprawdzian aktorskich umiejętności.

2. Wszyscy jesteśmy Chrystusami (2006), reż. Marek Koterski

Alkoholizm cum figuris. Taki właściwie tytuł mógłby nosić ten film, który jest przecież swoistym misterium o pijackiej męce. Dlaczego w roli głównej, a więc w roli Adama Miauczyńskiego (dokładniej – jego młodszego wcielenia, starszego Miauczyńskiego gra tu bowiem Marek Kondrat) Koterski obsadził właśnie Chyrę? Z różnych pewnie powodów. Raz –wybrał świetnego aktora (to oczywiste). A dwa – niejako powołał też eksperta. Przecież jest tajemnicą poliszynela, że przyjazny ludziom luzak Chyra miał w swoim życiu okres, kiedy ostro imprezował, przez co bywał częstym gościem plotkarskich rubryk w tabloidach. Inaczej mówiąc, Chyra doskonale wiedział, że jak śpiewa Andrzej Grabowski, „alkohol ma dobre, ale też i złe strony”. Nie znaczy to jednak, że w filmie Koterskiego aktor grał siebie. Bynajmniej. Tak jak w „Długu”, tak i tutaj tworzył tylko przekonującą iluzję. I poruszającą. Bo Chyra gra tu upadłego i bezradnego wobec swojego nałogu człowieka, który desperacko szuka wybawienia nie tyle od „zła wszelkiego”, ile przede wszystkim – „od siebie samego”. To postać żałośnie komiczna (patrz scena, kiedy Miauczyński do bufetowej, która nie chce mu więcej podać wódki, krzyczy: – Ty chuju!), ale nade wszystko tragiczna. Jak w scenie, kiedy będący na alkoholowym głodzie, a nie mający ani grosza przy duszy, Adam wydłubuje ze świnki-skarbonki swojego syna jakieś nędzne drobniaki, skowycząc przy tym: „Nie kradnij!). W tym jego totalnym samoponiżeniu jest jednak coś głęboko ludzkiego. I to jest właśnie cały Chyra, który jako aktor w jednym geście, w jednym zdaniu czy spojrzeniu potrafi połączyć sprzeczne sensy i emocje.

3. W imię… (2013), reż. Małgorzata Szumowska

Pisałem już w recenzji, że bez Chyry w roli księdza-homoseksualisty nie byłoby tego filmu, bo żaden inny aktor nie potrafiłby obronić swojego bohatera i sprawić, by widz stanął po jego stronie. Ba, podejrzewam nawet, że Chyra tego swojego bohatera obronił nawet przed samą Szumowską, która jako reżyserka temperamentna i walcząca (np. z obyczajowym tabu, hipokryzją i z czym tam jeszcze) pewnie chętniej posłużyłaby się nim jako pretekstem do mocniejszego przykopania Kościołowi w Polsce. Chyra jednak nie pozwolił wynieść postaci księdza Adama na feministyczne czy też inne sztandary (np. LGBT, choć film na festiwalu w Berlinie i tak dostał Teddy Awards) i sprawił, że ten… pozostał człowiekiem. Na szczęście.

 

4. Wszystko co kocham (2009), reż. Jacek Borcuch

W tym filmie Chyra udowodnił, że jest aktorem, który potrafi przekonująco zagrać każdą postać. Nawet czystą i dobrą. A taką postacią jest właśnie ojciec Janka, człowiek, który w czasach, w których nie wiadomo było, jak się zachowywać, zachowywał się po prostu przyzwoicie. Również jako ojciec. To po prostu facet dojrzały. Nuda? Niby tak, zwłaszcza że dojrzałość nie wiąże się raczej z odmiennymi stanami świadomości tylko ze zwykłością. Ale Chyra tę właśnie zwykłość bądź też zwyczajność prezentuje w tym filmie w sposób fascynujący, choć robi to jakby mimochodem, bez zbędnych ornamentów. Jak choćby w scenie, kiedy jego bohater powiadamia syna o śmierci babki a swojej matki. Na ekranie widać twarz Chyry, w jego oczach łzy, ale aktor nie odgrywa tu melodramatu tylko pokazuje czysty ból. Przejmujący moment. Tym bardziej że polskie kino na ogół źle sobie radzi z pokazywaniem wzruszeń.

5. Daas (2011), reż. Adrian Panek

Chyra lubi występować u debiutantów, często wspiera też studentów łódzkiej Filmówki pokazując się w ich etiudach. To jeden z dowodów, że syndrom gwiazdy jest Chyrze zupełnie obcy. Tyle że akurat fabularny debiut Panka jest dość niezwykły, bo to z jednej strony wypasione kino kostiumowe, z drugiej zaś – w przedstawionej w tym filmie historii Jakuba Franka, XVIII-wiecznego pseudomesjasza, jak nic przegląda się też i nasz czas. Chyra gra tu niejakiego Jakuba Goźlińskiego, byłego wyznawcę Franka, przez którego stracił wszystko: wiarę, nadzieję i miłość, a także żonę, syna i majątek. Goźliński próbuje dojść sprawiedliwości i zemścić się na Franku, gdy jednak trafia mu się okazja zabicia fałszywego proroka, w ostatniej chwili wycofuje się. Czy Chyra prezentuje nam tu portret człowieka słabego? Nie, jest to raczej kolejny w wykonaniu aktora portret człowieka zagubionego. W malowaniu tych portretów Chyra jest zresztą mistrzem. Dlaczego? Frank w filmie, tłumacząc Goźlińskiemu, co to jest daas, mówi, że to coś, co stoi obok człowieka, ale człowiek tego nie widzi. Otóż Chyra jest wielkim aktorem, bo portretuje ludzi właśnie z tym ich naddatkiem, czyli z owym daas. On po prostu potrafi w swoich bohaterach dostrzec to, czego inni (a też i oni sami) nie widzą. To jest dar, to jest charyzma.

Kategorie
Rankingi

Dodaj komentarz