Forum Film Poland
Rankingi

5 horrorów, po których baliśmy się zasnąć

W kinach nowa wersja „Ducha” kultowego horroru Tobe Hoopera, a my postanowiliśmy stworzyć z tej okazji mini podsumowanie filmów grozy, które rządziły wyobraźnią pokolenia dorastającego w latach 80. Oto pięć filmów, które nie dały nam spać. I przez którego mamy czasami dziwne pomysły na rozwiązywanie życiowych konfliktów.

 

Duch (Poltergeist) reż. Tobe Hooper, wyk. JoBeth Williams, Craig T. Nelson, Heather O’Rourke. USA 1982

Co pamiętamy z „Ducha”? Przede wszystkim słynną scenę ze zrywaniem twarzy w lustrze (do dziś wywołuje ciarki), trupy w basenie (autentyczne ludzkie szkielety) no i oczywiście klątwę, przez którą ginęli aktorzy (ponoć przez te prawdziwe szkielety). No i wrażenie, że był to najstraszniejszy horror swiata.

„Duch” naprawdę zaczyna się niewinnie. Najpierw słyszymy dźwięki amerykańskiego hymnu, potem ujęcie „Sztandaru nad Iwo Jimą” znanego z legendarnej fotografii Joe Rosenthala. Kiedy wydaje nam się, że już bardziej amerykańsko i patriotycznie być nie może… pojawia się mała blond dziewczynka, która zaczyna rozmawiać z szumem w telewizorze. Pierwsza rysa na idealnej amerykańskiej sielance. A potem już Spielberg bawi się i żongluje amerykańskimi mitami na tyle na ile tylko pozwala mu wyobraźnia.

Po pierwszym niepokojącym obrazku z dziewczynką, sielanka powraca. Pojawia się biszkoptowy labrador, który od „Ducha” stanie się etatowym amerykańskim psem w horrorach, rodzinne śniadanie, flagi na domach, piękne ganki równo przycięte trawniki. Kilka żarcików, jak ten z panem wiozącym piwo, kłótnia o pilota… Perfekcyjna amerykańska prowincja.

A potem wszystko nagle się rozpada. Choć nie od razu. Wielkość „Ducha” i niezwykłość pomysłu Spielberga polega na tym, że przez niemal pół filmu bawi się on widzami rozkładając akcenty tak, że gdy wydaje nam się iż oglądać będziemy horror, on nagle zamienia się w komedię. Jak choćby w scenie kuchennej, gdy JoBeth Williams odkrywa, że ktoś przestawia krzesła. W każdym filmie o nawiedzonym domu, to wstęp do pierwszej upiornej sceny nawiedzenia. Tu – zabawy.

Film Spielberga (i trochę Hoopera) to jeden z najlepszych przykładów we współczesnym kinie na powolne prowadzenie narracji tak, aby prostota dnia codziennego zamieniła się w przerażający horror w tak naturalny sposób, że nawet nie zauważamy kiedy to się dzieje. „Duch” doczekał się dwóch kontynuacji (z czego trzecia jest nieoglądalna), serialu a dziś remake’u. Czy udanego napiszemy niebawem.

Obcy – ósmy pasażer Nostromo (Alien) Reż. Ridley Scott. Wyk. Tom Skerritt, Sigourney Weaver, Veronica Cartwright, Harry Dean Stanton, John Hurt.Wielka Brytania, USA 1979

Zanim Ridley Scott stworzył uniwersalną wizję miasta przyszłości, o której piszę poniżej, udało mu się w niezwykły sposób połączyć gotycką opowieść grozy z klasycznym motywem fantastycznym, czyli kontaktem z obcym. Mowa oczywiście o „Obcym – ósmym pasażerze Nostromo” wielkim przeboju kinowym przełomu lat 70. i 80. filmie, który odnowił modę na fantastyczne horrory. Oczywiście tego typu próby podejmowano już w latach 50., jednak dopiero Scott stworzył kanoniczną fantastyczną opowieść grozy. Jego pomysł był bardzo prosty. Oto na pokładzie statku „Nostromo” pojawił się niezwykle agresywny obcy, który bezlitośnie zabija załogę. Scott powstrzymuje się jednak dość długo przed pokazaniem nam potwora, strasząc nas bardziej atmosferą (niczym w wiktoriańskich horrorach o nawiedzonych domach) niż dosadnością efektów. Tym sposobem powstał film, o którym pisano, że jego akcja mogłaby się toczyć w jakimś mrocznym ponurym zamczysku, a nie na statku kosmicznym. Oczywiście nie można zapomnieć, że ten film dał także kinu postać niezwykle silnej bohaterki, która w konfrontacji z potworem okazuje się skuteczniejsza od mężczyzn. Paradoks Ellen Ripley (granej przez Sigourney Weaver) polega na tym, iż w pierwszej wersji scenariusza była ona mężczyzną. Dopiero w trakcie prac nad filmem producent Walter Hill stwierdził, iż bohater powinien być jednak kobietą, bo to odróżni film od innych zdominowanych przez facetów produkcji fantastycznych. Tak narodziła się ikona kina. No i gdyby Ripley była facetem, nigdy nie uciekałaby przed potworem w kusych majteczkach (co wiele feministek uznaje za uwłaczającą kobietom realizację męskich fantazji o gwałcie). Obcy… do dziś jest źródłem nieustannych inspiracji dla twórców fantastycznego kina grozy (filmy inspirowane Obcym można by wymieniać w nieskończoność). Sam Scott po latach kręcenia mniej lub bardziej udanych filmów powrócił do cyklu Obcy (cztery części) w filmie „Prometeusz”. Niestety, sukcesu nie powtórzył.

Coś (The Thing)  Reż. John Carpenter. Wyk. Kurt Russell, Keith David, T.K. Carter. USA, 1982

Jeden z nielicznych przypadków w historii kina kiedy remake okazuje się o klasę lepszy od oryginału. John Carpenter w swoim Coś przerobił klasyczny film science fiction z 1951 roku, „The Thing from Another World” Howarda Hawksa, zamieniając prostą i archaiczną opowieść o odciętej od świata stacji badawczej, która znajduje obcego, w mroczny, klaustrofobiczny horror. Schemat fabularny pozostał ten sam (oparty na opowiadaniu Johna W. Campbella Who goes there?), ale film jest zupełnie inny. Pewnego dnia Amerykanie pracujący w arktycznej stacji badawczej spotykają dziwnie zachowującego się Norwega. Mężczyzna coś krzyczy i próbuje zastrzelić psa. Kiedy omyłkowo rani jednego z Amerykanów, zostaje zastrzelony. Chłopaki nie zdają sobie sprawy, że ściągnęli na siebie nie lada kłopoty. Okazuje się bowiem, że w psie kryje się obcy, a stwór ten nie ma przyjaznych intencji. Z opisu wynika, że to film, jakich wiele. Nic bardziej mylnego. Carpenter wzbił się tu na wyżyny w tworzeniu niesamowicie przygnębiającego klimatu. Wszyscy są skazani na zagładę, nikt nie ma prawa przeżyć, a to „coś”, które nosi w sobie pies, okaże się największym koszmarem, z jakim przyszło się ludziom zmierzyć. Dodam, że poza klimatem osamotnienia i opuszczenia film uwodzi do dziś efektami specjalnymi. Tak, to wcale nie żart – stworzone przez Roba Bottina i Stana Winstona efekty do dziś wywołują ciarki na plecach. Miał więc absolutną rację Roger Ebert, pisząc: „To najbardziej dopracowany, przerażający i wywołujący mdłości widok, jaki osiągnęli do tej pory hollywoodzcy magicy od efektów”. Mimo zachwytów krytyki film Carpentera okazał się klapą finansową, a stało się tak, gdyż do kin w tym samym czasie wchodziło urocze „E.T.” Spielberga, które pokazywało zupełnie innego obcego. Na szczęście po latach Coś doceniono, a dziś uznawane jest słusznie za arcydzieło. Było pierwszym filmem z Carpenterowskiego cyklu „trylogia zagłady”. Niestety następne tytuły, czyli „Książę ciemności” i „W paszczy szaleństwa” nie okazały się już tak udane.

Lśnienie (The Shining) Reż. Stanley Kubrick. Wyk. Jack Nicholson, Shelley Duvall, Danny Lloyd. USA, Wielka Brytania 1980

Horror, który albo się kocha, albo nienawidzi. Innej opcji nie ma. Adaptując bestsellerową powieść Stephena Kinga, Kubrick wyciął z niej wszystko, co uznawał za zbędne. Zniknęła opowieść o nawiedzonym domu, przepadł straszny kocioł i demoniczne zwierzęta. Została sam oś fabularna – historia mężczyzny, który zamieszkuje wraz z rodziną w hotelu odciętym od świata przez zimę. Gdy wyjeżdża ostatnia osoba z obsługi, a Jack wraz z rodziną zostaje sam, zaczyna się koszmar. Z upływem dni nasz bohater popada bowiem w coraz większy obłęd, by w puencie próbować zamordować żonę i syna. Lśnienie to mistrzowska szkoła filmowa budowania nastroju. Kubrick gra dźwiękiem (wykorzystując muzykę Pendereckiego) i obrazem, montując wszystko tak sprawnie, iż fabuła przypomina bardziej koszmarny sen niż film. Wszystko jest nierealne, dziwne, zawieszone gdzieś na pograniczu dwóch tajemniczych światów. Nawet duchy, z którymi rozmawia bohater, okazują się nie duchami, lecz fantasmagoriami umęczonego umysłu. Tak swobodne podejście do literackiego oryginału sprawiło, że przez lata Stephen King odcinał się od tego filmu, by wreszcie w 1997 roku nakręcić własną wersję. Dużo słabszą i bardzo oczywistą. Oglądając „Lśnienie” Kubricka, warto zwrócić uwagę na słynną scenę z rzeką krwi wylewającą się z windy. Kubrick kręcił ją prawie rok, bo ciągle twierdził, że krew nie wygląda jak krew. Gdy w końcu udało mu się osiągnąć zamierzony efekt, postanowił, że scena ta będzie trailerem filmu. Wtedy okazało się, że w Stanach krew nie może promować filmów. Mimo iż posoka wygląda tu niezwykle realistycznie, Kubrickowi udało się wmówić cenzorom, że widzą na ekranie wodę z rdzą, i trailer został zaakceptowany. Dziś, w czasach, kiedy producenci ciągle usuwają krew z kadrów, taka scena byłaby niemożliwa. Dzięki Bogu zatem, że Kubrick nakręcił ją w latach 80.

Martwe zło (The Evil Dead) Reż. Sam Raimi. Wyk. Bruce Campbell, Ellen Sandweiss.USA 1981

Martwe zło” to pełnometrażowy debiut jednego z najlepiej zarabiających reżyserów w historii kina, a zarazem film, który rozpoczął kultowy cykl o Ashu i jego zmaganiach z magiczną księgą Necronomicon. Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Pięcioro przyjaciół jedzie do chatki w lesie, a tam zamiast się bawić, zostają brzydko potraktowani przez demony. Niby nic nowego, dla nas wtedy to było objawienie. Tak samo jak objawieniem był szalony montaż, kiedy to kamera ściga bohaterów po lesie, rejestruje obraz do góry nogami i zachowuje się, jakby była opętana.

Co najzabawniejsze, ten nowatorski sposób kręcenia wymyślił Bruce Campbell, czyli filmowy Ash, i Sam Raimi przez przypadek. Po prostu Campbell popychał Raimiego, a ten się potykał. Zresztą takich przypadkowych odkryć w tym filmie jest masa. Na przykład dźwięki wiatru. Raimi nagrał je przez przypadek, po tym jak obudził się u siebie w domu, a przez niedomknięte okno zawodził wiatr. No, ale jest jedna rzecz, która miała im wyjść, a przez przypadek nie wyszła. Kiedy bohaterowie siedzą w chacie w lesie i słuchają zaklęć magicznych nagranych na taśmach, według scenariusza mieli palić trawę. No i zapalili, żeby było autentycznie. Zdjęcia przerwano na cztery godziny.

Większość krytyków filmowych zarzucała temu filmowi, iż epatuje niezwykłym okrucieństwem. Owszem, są tu sceny, które są absolutnie obrzydliwe i okrutne, ale nie należy zapominać, że duża ich część pojawiła się w filmie niejako z konieczności. Otóż kiedy w 1980 roku Sam Raimi miał nakręconą jakąś połowę filmu, większość aktorów musiała wrócić do swoich codziennych zajęć i tym sposobem zastąpiły ich koszmarne efekty specjalne i kreatury, z którymi walczy nasz bohater. Tyle że bez efektów nie byłoby tego obrazu. W końcu przeszedł on do historii kina grozy jako pierwszy film, który płynnie połączył krwawe jatki, potwory i demony z groteską i ironią. Martwe zło jest straszne do dziś, ale wciąż jest też i diabelnie dowcipne. W kolejnych częściach cyklu Raimi skręcpił jeszcze bardziej w stronę komedii, ta jest najbardziej wyważona. Choć przyznaję, scena, w której drzewo gwałci jedną z bohaterek, to absolutne mistrzostwo horrorowego żartu. Może i nie jest to film dla wszystkich, ale na pewno dla każdego miłośnika Tima Burtona i Quentina Tarantino – ten horror to ich szkoła filmowa. Film doczekał się dwóch kontynuacji, remake’u i niebawem serialu telewizyjnego – i wiecie co każda wariacja na temat „Martwego zła” była udana.

Kategorie
Rankingi

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
Komentarz
  • Her Shmertz
    8 czerwca 2015 at 09:05
    Skomentuj

    Horror to jeden z nurtów fantastyki. „Fantastyczny horror” to zbędne dodawanie. Jeżeli ktoś horror chce nazwać niefantastycznym to musi wiedzieć, że jest na to piękna nazwa – thriller. Oczywiście, horror i thriller należą do kategorii dreszczowców, ale wciąż zaliczają się do dwu odmiennych gatunków.
    A film „Lśnienie” jest na podstawie książki, nie jest adaptacją.

  • Dodaj komentarz