Dzika Banda
Rankingi

2000-2015: upadłe ikony popkultury

Współczesna popkultura  gna na złamanie karku a jakakolwiek próba nadążenia za jej najnowszymi tworami (modnymi postaciami, filmami, płytami, twórcami) wydaje się być niemożliwa. A co z tego pośpiechu zostaje? Czy postacie które prasa i fani okrzyknęli wydarzeniami i popkulturowymi ikonami zasłużyły na swój status? Oto siedem postaci (prawdziwych i wymyślonych), które miały osiągnąć w popkulturze status Elvisa Presleya i The Beatles, ale dziś pamiętają o nich tylko ci, którzy z nimi dorastali.

 

Jigsaw (bohater cyklu „Piła”)

Ponad dekadę temu każda licząca się na rynku gazeta pisała, iż żyjemy w czasach, w których psychopatyczny morderca stał się bohaterem tłumów. Socjologowie łapali się za głowy, ostrzegając społeczeństwo przed złym wpływem cyklu „Piła”, który miał zdaniem naukowców wpływać na wzrost agresji i patologicznych zachowań.  Wszystko zaczęło się przez przypadek – od taniego, małego filmu, który kosztował milion dolarów a zarobił ponad sto. Na samej dystrybucji kinowej cykl „Piła”, liczący w efekcie siedem filmów, jeden krótki metraż, komiks i dwie gry komputerowe,  zarobił prawie 900 milionów dolarów na świecie.  Dlaczego Jigsaw bohater serii, bezlitosny seryjny morderca wzbudzał pośród ludzi tak gigantyczny entuzjazm? Pierwsza „Piła” zapoczątkowała modę na kino nazwane „torturę porn” czyli polegające na drobiazgowym ukazywaniu zadręczania ludzi na śmierć. Jigsaw stał się symbolem lęków społecznych, obaw przed zagrożeniami współczesnego świata (wzrost okrucieństwa, morderstw popełnianych bez powodu i wyraźnej przyczyny). A jak wygląda sytuacja „Piły” dziś? Pięć lat od premiery ostatniej części o „Pile” pamiętają tylko fani, którzy poznawali cykl wraz z jego kolejnymi odsłonami. Mimo obaw (a może na szczęście) psychologów społecznych Jigsaw nie stał się nieśmiertelną ikoną, a jedynie świadectwem czasów w których powstawał. Fala naśladownictw filmowych umarła śmiercią naturalną, podobnie jak spekulacje o kolejnej części. Żeby było jeszcze ciekawiej, dziś twórca cyklu czyli James Wan popkulturowo kojarzony jest o wiele mocniej z renesansem opowieści o duchach (dzięki „Obecności” i serii „Naznzaczony”) niż z „torture porn”.  Cykl „Piła” zaś okazał się sezonową modą, która nie tylko zarobiła miliony, ale dała pracę wielu straszącym nas w mediach rozpadem społeczeństwa psychologom.

 

Kapitan Jack Sparrow (bohater cyklu „Piraci z Karaibów)

Kiedy 1990 roku Ted Elliot i Terry Rossio wpadli na pomysł napisania fantastycznej bajki o piracie i strasznej klątwie nie zdawali sobie sprawy, że tworzą podwaliny pod postać kapitana Jacka Sparrowa, pirata, który w 2003 roku zawładnął masową wyobraźnią. Pisano, że dzięki brawurowej kreacji Johnnyego Deppa, Sparrow stał się współczesnym symbolem dobrej zabawy i rozrywki. I porównywano pirata Keitha Richardsa, który podobnie jak gitarzysta Rollling Stonesów miał stać się ikoną bezsensownej, ale i świetnej zabawy. I pewnie tak by się stało gdyby nie jeden drobny szczegół. Każda kolejna odsłona cyklu o „Piratach…” była gorsza od poprzedniej. Słaba jakość filmów szła w parze z coraz dziwniejszymi skandalami wywoływanymi przez Johnnego Deppa, które szkodziły paradoksalnie wizerunkowi pirata. Można się bawić, można szaleć i grać po pijaku koncerty, ale kiedy rzuca się matkę i dzieci dla młodszej… tego już Disney w kampanii promocyjnej wykorzystać nie mógł. W chwili największego natężenia szaleństw Deppa bossowie wytwórni zdecydowali się na krok radykalny – zlikwidowali dedykowany Jackowi Sparrowi park tematyczny w Disneylandzie. Zakończono także produkcję gadżetów z wizerunkiem pirata. I chociaż piąta odsłona cyklu trafi do kin za rok, Jack Sparrow stracił swoją pozycję na rozrywkowym rynku. Ale to nie dziwi. Przez lata przecież Johnny Dep zapewniał, że zagrał Jacka przede wszystkim dla swoich dzieci… które porzucił w świetle reflektorów. Poza tym w konstrukcji tej postaci, mimo całej sympatii, jaką budzi, więcej było marketingu, niż szczerości. Jack Sparrow poza Johnny Deppem nie wnosił niczego świeżego do popkultury, a już na pewno nie był jak wpływową postacią jak Indiana Jones, do którego czasami go porównywano. Przed Jackiem piratów było wielu, a on sam wziął się przecież z istniejącego od lat 60. ubiegłego wieku parku rozrywki. Indiana Jones był tylko jeden.

 

Lost (serial telewizyjny)

Najlepszy przykład na to jak zabić własną legendę. Wyemitowany pierwszy raz w 2004 roku serial stworzony J.J. Abramsa był małą rewolucją w telewizji. Od niego zaczęła się bowiem trwająca do dziś moda na pisanie o tym, że telewizja jest lepsza od kina, a seriale to tak naprawdę filmy fabularne tyle że rozciągnięte do wielu godzin. W „Lost”  odcinki każdego sezonu składały w jeden długi film. Świat oszalał na punkcie rozbitków na bezludnej wyspie, bowiem stali się oni po pierwsze: symbolem wiecznej przygody, o której każdy skrycie marzy. Po drugie: symbolem tajemnicy, czegoś niezrozumiałego, czego nie da się ogarnąć umysłem. Magia działaby pewnie do dziś gdyby nie drobny szczegół. Ostatni sezon. Zamknięcie „Lost” i rozwiązanie tajemnicy rozbitków, najpierw wzburzyło fanów, a potem gdy okazało się, że od początku J.J. Abrams planował nabić wszystkich w butelkę, sprawiło, że „Lost” z półki rewolucja zleciał na półkę „oszustwo”. A wystarczyło uniknąć banalnego rozwiązania, albo zwyczajnie (jak w przypadku „Miasteczka Twin Peaks” czy „Z archiwum X”) urwać serię w kluczowym momencie. Niestety twórcy „Lost” wszystko ładnie dopowiedzieli i tak dziś pisze się o ich serialu nie jako legendzie i ikonie a perfekcyjny przykładzie marketingowego humbuga. Tak niestety umierają ikony XXI wieku.

 

Timbaland (producent muzyczny)

Był taki moment kiedy mówiąc Timbaland, myślano sukces. Ten producent przez blisko dekadę  udowadniał, że potrafi nawet z upadłej gwiazdy, uczynić wydarzenie sezonu, tworząc przy tym gust muzyczny ostatniej dekady (2000-2010). Czy to komuś się podobało czy nie ale to jego produkcje  wyznaczały w muzyce trendy i mody. Jay Z, The Black Eyed Peas, Nelly Furtado, Alicja Keys, MIssy Elliot, The Pussycat Dolls, Rihanna z drugeij strony Madonna, Bjork…. to tylko kilka nazwisk które produkował. A potem stało się coś dziwnego. Nie dość, że rynek nasycił się Timbalandem, jego brzmienie z najbardziej charakterystycznego stało się najbardziej przewidywanym, to jeszcze pojawiły się procesy o plagiaty. Dziś Timbaland z ikony zamienił się w producenta z którym pracują starzy znajomi (Justin Timberlake, Jaz-Z) i ludzie głównie zajmujący się muzyką R’n’B. Moment kiedy Timbaland mógł stać się ikoną masowej muzyki minął, podobnie jak gwiazdy które produkował.

 

Troy Bolton i Gabriela Montez (bohaterowie “High School Musical”) oraz Hannah Montana (bohaterka serialu “Hannah Montana”)

Dzieciaki zawsze potrzebują wzorców do naśladowania i bohaterów, których podobizny mogą wieszać sobie na ścianach. W pierwszej dekadzie XXI wieku padło  na bohaterów cyklu „High School Musical” i słynną „Hannah Montana”. Wejście do jakiegokolwiek sklepu papierniczego, Empiku, czy Saturna gwarantowało jedno – zanim znajdziemy to czego szukamy, będziemy musieli przebić się przez tonę zdjęć, plakatów, książeczek, płyt, długopisów i gadżetów związanych z seriami. Trwało to jakieś pięć lat a potem… Potem wszystko się skończyło. Bo te postacie popkulturowo absolutnie nic nie znaczą, a gdy dorastają ich fani zostają automatycznie zapomniane, (podobnie jak New Kids on the Block i wielu innych). Oczywiście tłumaczenie tego dzieciakom mija się z celem. Marketing oparty na żerowaniu na młodości jest tak silny, że żaden logiczny argument nie ma z konfrontacją z nim szans. Zresztą też nie ma nawet co próbować. Natomiast ciekawe jest miejsce w którym kończą niedoszłe ikony popkultury, czyli małe sklepiki w maleńkich miasteczkach, bazarki i bary na wsiach, gdzie na spłowiałych od słońca i poskręcanych od deszczu reklamach Pepsi widnieją zniszczone wizerunki dawnych gwiazd. Rządząca dziś wyobraźnią młodych Violetta skończy tak samo.

 

Dr House (bohater serialu medycznego)

Neurotyczny lekarz, który nie radzi sobie z samym sobą podbił serca ludzi na całym świecie. Nie oparły mu się nawet Polki, które w szpitalach mówiły między sobą – „tak przystojny jak House to ten mój lekarz nie jest”. Dlaczego House a nie dajmy na to Addison Montgomery z „Chirurgów” i „Prywatnej praktyki”? Otóż powód jest jeden – House był zaprzeczeniem lekarza. Cham, ignorant, cynik, chwilami prostak, ale jakże skuteczny. Każdy (a już na pewno każda) pacjent chciał być leczony przez kogoś takiego – kto koncentruje się na chorobie i zrobi wszystko alby ją zdiagnozować. Inaczej mówiąc lekarz XXI wieku. Ale czy na pewno? Dziś kolejne boksy z serialem lądują na przecenach, biografie książkowe wyprzedawane są za pięć złotych, a House z serialu kultowego stał się serialem zapomnianym. Podobnie jak wszystkie teksty, w których dziennikarze pisali o tym iż jest to Sherlock Holmes XXI wieku. Może gdyby nie opierano się w konstrukcji postaci na odniesieniach do innych, a pozwolono być Houseowi człowiekiem z krwi i kości stałoby się inaczej. Ale to tylko domniemanie. Puenta jest taka, że charyzmatyczny lekarz stał się dziś lekarzem z przeceny.

 

Shrek (postać animowana)

Bajkowy ogr nie tylko podbił wyobraźnię dzieciaków, ale i filmowców. Był taki moment gdy  we współczesnym kinie „Shrek” stał się synonim gry z konwencją. Pierwsza bajka z serii powalała swoją energią i dowcipem. Niestety kolejne trzy odsłony pokazały, że energia i pomysłowość pierwszego „Shreka” były bardziej wypadkiem przy pracy niż celowym zabiegiem. Każdy następny „Shrek” ograniczał się do powielania tych samych żartów, cytatów w popkultury, zapominając o tym co było siła napędową pierwszego… scenariuszu. I tak twórcy serii zaczęli na własne życzenie zabijać potencjał ikony tkwiący w postaci. Dziś owszem – rodzice i dzieci wciąż wracają do pierwszego filmu, ale do kolejnych już niekoniecznie. A zatem czy Shrek jest ikoną? Mógł nią być. Ale w utrwalaniu tego statusu nie pomogły mu silne postaci poboczne. Osioł podbił serca dzieciaków o wiele mocniej niż sam ogr. Podobnie zresztą jak Kot w butach, który doczekał się nieudanej kontynuacji filmowej. Twórcy „Shreka” odgrażają się, że powstanie część piąta serii. Pewnie tak się stanie i pewnie ustanowi kolejne rekordy frekwencyjne. Ale z dobrym kinem ani ikoną nie będzie miała wiele wspólnego. Z matematyką owszem już tak.

Kategorie
Rankingi
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz