felietony

Żebyś zdechł draniu, czyli kto z nas pragnie śmierci Negana?

Chodzicie do kina na filmy Marvela? Czy czegoś wam w nich brakuje? A może raczej kogoś? Choćby łajdaka, który powiedzmy rozwaliłby Hawkey’owi czaszkę na miazgę, by reszta superbohaterów mogła się skrzyknąć, w akcie zemsty najlepiej wypatroszyć drania i jeszcze powiesić za flaki. Zaraz, zaraz, to nie ta bajka. Komu jednak potrzeba tego typu  wrażeń i emocji, niech bierze się za siódmy sezon „The Walking Dead”. Tak, proszę Państwa, Negan wylądował!

Kogo z książkowych, telewizyjnych, filmowych bohaterów chcielibyśmy zabić własnoręcznie?  Byli, oj byli tacy, prawda? Problem w tym, że niekiedy złoczyńcy i bydlaki są w tak pomysłowy sposób skonstruowani i zaprezentowani, że aż trudno z nich zrezygnować, ba, podświadomie pragniemy, by wciąż byli obecni w danej opowieści. Darth Vader był na początku gwiezdnej sagi naprawdę robiącym wrażenie sukinsynem, duszącym na odległość i na dodatek nie patyczkującym się z własnymi dziećmi rodzicem. Potem mu się polepszyło – to właściwie ewenement, jeden z niewielu przypadków, kiedy łajdak zmienia się na lepsze, albo pokazuje skrywane, bardziej skomplikowane oblicze (coś jak Jamie Lannister w „Grze o Tron”).

George R.R. Martin jest w ogóle mistrzem w manipulowaniu naszymi sądami i emocjami, nieraz wydaje się, że twórcy serialu „Czarne lustro” przenieśli mechanikę tworzenia swoich przewrotnych scenariuszy z procesu rozwoju postaci Martina. Owszem, twórca dał nam wyjątkowego, ludzkiego padalca w osobie Joffreya, choć jego śmierć, czy raczej sama jej forma i okoliczności wcale nie były o dziwo satysfakcjonujące, bo szczeniak zasługiwał na… na coś innego po prostu. W serialu godnie zastąpił go później Ramsay, a i tak numerem jeden był w rzeczywistości stary dziad Walder Frey, któremu za jego czyny (plus niepohamowane dziecioróbstwo ), po prostu za całokształt, wszyscy życzyli śmierci. Przez długi czas na podobny werdykt zasługiwała Cersei, ale tu też pokazało się drugie dno, a po drodze także rodzaj zadośćuczynienia dla odbiorcy, aż w końcu zaczęliśmy w jakimś stopniu rozumieć zachowanie i postępowanie bohaterki, przez co  tytułowe „żebyś zdechł”(a), nie jest już tak oczywiste. Choć po ostatnich wydarzeniach w serialu, uczucie chyba powróciło.

Niekiedy ten zły/zła staje się tak fabularnie atrakcyjny, tak przekonująco odtworzony i zaprojektowany, że bezwiednie ulegamy jego czarowi i budzi się w nas niebezpieczny odruch fascynacji – tak jest w przypadku filmowego i serialowego doktora Lectera, czy choćby Jokera w wykonaniu Ledgera. To zło uwodzące, to zło, na które dajemy przyzwolenie, bo dzięki jego obecności atrakcyjnie, wręcz miło spędzamy czas. To zło Franka Underwooda, który stał się w ostatnich latach ikoną obłaskawionego przez widzów skurwysyństwa, robiąc sobie jeszcze z nas (genialny zabieg!) swoich powierników. A my to łykamy z rozdziawioną buzią. Naprawdę, co jest z nami nie tak?

Na całe szczęście jest jeszcze Negan. Negan i inni. No kto na przykład?  Z pań choćby siostra  Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem” – kto z nas nie czuł rozczarowania, kiedy próba uduszenia jej przez McMurphy’ego  nie przyniosła rezultatu? Jak bardzo bohater musi być zły, jakie cechy trzeba w takiej postaci wyważyć, by szala nie przechyliła się nagle w stronę naszej sympatii? Bądź wspomnianego wyżej zrozumienia? Tak, ponieważ zrozumienie postaci ma tu spory wpływ. Taki Kilgrave z „Jessici Jones”, sukinsyn jakich mało, dostający to na co zasłużył, ale jednak w obliczu wszystkich faktów na jego temat, jakaś niepewność co do życzenia mu śmierci, jakaś wątpliwość w nas pozostaje. To manipulacja twórców, czy jednak nasze wewnętrzna miara wartości, wewnętrzna miara wydawania sądów? Kto się poważy jednoznacznie odpowiedzieć?

Ale miało być o Neganie. Pomyślmy, czy ostatnimi czasy ktoś mógł się z nim równać, oprócz  łajdaków z „Gry o Tron”? Myślmy, myślmy,  jest! „Breaking Bad”. Nie, nie chodzi wcale o Gustavo Fringa, tylko o Todda (świetny Jesse Plemons w tej roli), tego młodego, bezdusznego sukinsyna z gębą dobrodusznego psychopaty, który zgotował Jessie’mu tak straszny i podły los i musiał, po prostu musiał za to zapłacić. Choć są tacy, co nie płacą. Wciąż męczy to, co wydarzyło się  w serialu, który boli tak jak życie – „The Wire”. Czyli Marlo, ta przebiegła i inteligentna bestia ratująca dupsko, ale przede wszystkim Grek i jego pomagier. Ech… No dobrze, a jak będzie z Neganem?

Negan dopiero zaczął. Nie wiem, czy którykolwiek z bohaterów popkultury miał tak spektakularne wejście. Przyszedł i zniszczył wszystko. Ricka, kluczową postać postapoliptycznej sagi postawił w sytuacji, której ten nawet nie był w stanie sobie wyobrazić. Wykluczył z serialu dwie tak ważne i lubiane postacie. I nie poniósł konsekwencji. Żadnych. Co więcej, wiele wskazuje na to, że bardzo długo takich nie poniesie. Przez co nienawiść będzie się w nas gotowała bardzo, bardzo długo. Nienawiść plus rosnąca fascynacja, no bo przecież Jeffrey Dean Morgan w tej roli ma swój urok. Czasami jedna sam urok nie wystarcza i nienawiść dalej się gotuje, nadal waży więcej. Co jednak, jeśli oprócz uroku, postać dysponuje powodami, by tak czynić? Wtedy robi się problem. A najgorzej, jeśli te powody zaczną wydawać się racjonalne.

Tak jest właśnie w komiksie u Kirkmana, który to autor również jest dużej klasy manipulatorem. Ponieważ dał Neganowi oprócz charyzmy, którą wykuwa posłuszeństwo, także inteligencję i racjonalne motywacje skryte za prostackim w formie słowotokiem. Negan nie jest szalony, Negan jest świetnym psychologiem. I po prostu przystosował się do reguł nowego obrazu świata, po czym sam zaczął je wprowadzać w życie. W serialu jeszcze tego tak nie odczuwamy i może nie odczujemy – bardziej wygląda na to, że słabością Negana może być tu pycha (klękajcie wszyscy itd), a co do motywacji, co do pełniejszego obrazu dopiero się przekonamy. Na razie nienawidzimy Negana (choć także w pewien sposób kochamy) i chcemy żeby za wszystko zapłacił. Odczuwamy to nawet na fizycznym poziomie, bezwiednie zaciskając pieści i cedząc mocne słowa, wyzywając bohaterów od tchórzy, dziwiąc się,  że nikt nie strzeli mu po prostu w łeb, albo nie zabierze od niego lepkiej od krwi Lucille i zrobi Neganowi to samo, co on zrobił innym. Zresztą nawet nie trzeba mu zabierać, sam jest w stanie dać swój kij bejsbolowy Rickowi do rąk. Pewność siebie, która wręcz paraliżuje.

Tak, na razie Negan jest numerem jeden na naszej liście łajdaków, których sami chętnie posłalibyśmy do piachu. Jest zatem również rodzajem wentyla bezpieczeństwa i być może usprawiedliwieniem dla naszych własnych myśli i przekonań. Na co dzień tak wielu z nas jest przeciwnikiem kary śmierci, ale gdzieś w głębi siebie chcemy, żeby zbrodniarz zapłacił za swoje. I to nie żadnym więzieniem, nie resocjalizacją. To nie ta bajka, to nie ten świat. W tym świecie, także świecie naszej wyobraźni, jest na tyle bezpiecznie, że możemy pozwolić sobie na wszystko. Kula w łeb, albo coś bardziej widowiskowego. Żebyś zdechł Neganie albo żeby przynajmniej zniknął ci z twarzy ten lekko ironiczny, doprowadzający do furii uśmiech samozadowolenia.

Jak będzie – dopiero się okaże. Na razie jest wewnętrzna udręka, która wyzwala w nas i w bohaterach serialu atawistyczne odruchy. Wyobraźnia pracuje. A może wejdźmy na jej trochę inny poziom? Może jeszcze gorszy, jeszcze straszniejszy? Nie życzę sobie, ani nikomu innemu tego, by znaleźć się w sytuacji bohaterów „The Walking Dead”. Ale jedna myśl jest szczególnie niewygodna i przytłaczająca,  ważniejsza od tej, czy pragniemy śmierci tego cholernego łajdaka. Jaka? Gdybyśmy znaleźli się w jego świecie i  Negan zapytałby nas, tak jak każdego ze swoich poddanych – kim jesteś – ciekawe jaką w rzeczywistości usłyszałby od nas odpowiedź?

 

Kategorie
felietony
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz