felietony

Wizg, zgrzyt, rytm, pęd, czyli letnia jazda muzyczno-filmowa

Trzy świetne filmy, a przy okazji trzy dźwiękowe podróże. „Dunkierka”, „Wojna o planetę małp” i przede wszystkim „Baby Driver”. No to w drogę!

Generalnie, można tego wpisu nie czytać. Ot, zaraz na wstępie leci link do umieszczonej na youtube sekwencji, otwierającej tegoroczny, wakacyjny mini-przebój – „Baby Driver” w reżyserii Edgara Wrigtha. Jedna sekwencja i pozamiatane.

I jak, obejrzeli? Wszystko jest tu na swoim miejscu. W skrócie – porządek w chaosie. Jakiś entuzjasta mógłby rzucić nawet – kosmos!  Kosmos? Niekoniecznie. Kosmos to cykl lub proces – planety okrążające gwiazdy lub entropia. A tu mamy coś wyrwane z kosmosu – jego odłamek. Esencja integracji  obrazu i dźwięku. Fragment, dzięki któremu  nasza egzystencja przestaje być bezsensowna  i dowód, że ludzie kochają robić popieprzone rzeczy. Choćby robić filmy, w których wszystko gra tak, jak powinno. Tak, można sarkać, że „Dunkierka” to wykalkulowany eksperyment, że „Baby Driver” jest zbyt hermetyczny, bo fabułę dostosowano tu do ścieżki dźwiękowej ze szkodą dla reszty, w końcu że „Wojna o planetę małp” to taka do bólu klasyczna historyjka, pełna scenariuszowych obejść, byle ta klasyczność chwyciła nas za serce. Cóż, każdy ma prawo do sarkania. Te trzy filmy zaliczyłem w jednym tygodniu. I dawno nie czułem się w kinie tak dobrze.

Spotkałem się z opiniami ludzi, którzy nie wiedzą, czy „Dunkierka” im się podobała, czy nie. Szacunek dla Nolana – bo musiał wiedzieć, że robi film, po którym niektórzy odbiorcy wzruszą ramionami bądź rzucą bezradnie – WTF? Zabrakło tu miejsca na wszystko, co powinno być w filmie wojennym. Twarzy wrogów. Męstwa (cywile na kutrze czują raczej poczucie obowiązku, nie do końca wiedząc w co się pakują). Braterstwa broni. Listów od żon i kochanek. Patetycznych gestów i zgonów. I tak dalej – co prawda jest jeden zgrzyt, kiedy muzyka wreszcie pełni rolę ilustracyjno – orkiestrową, w pewnej podniosłej scenie (tyle, że również wykalkulowanej, bo stojącej w opozycji do reszty filmu). A poza tym – jest wizg, jest jazgot, są trzaski i skrzypnięcia – bez obrazu ta ścieżka dźwiękowa byłaby raczej nie do przejścia. Hans Zimmer zaszalał tu jak nigdy – bo dostał nietypową, filmową formę. Aż dziw, że producenci „Dunkierki” łyknęli wizję Nolana. Kudos, kompozytorze i szacun, reżyserze. To było kino bezkompromisowe. Musiało takie być, skoro film opowiadał przede wszystkim historię o tym, jak dostać się na łódź i przy okazji uciec z piekła. Stąd też tak piekielna muzyka, stąd ta diabelska kakofonia.

Inaczej ma się sprawa z „Wojną o Planetę Małp”. Bardzo, oj bardzo udała się twórcom ta seria. Nie ma tu żadnego odcinania kuponów od klasyki zapoczątkowanej kiedyś „Planetą Małp”. Współczesny cykl, który można określić mianem połączenie prequela ze spin-offem, to autonomiczna, przemyślana opowieść ze wspaniałym, głównym bohaterem, którego zarówno czyny jak i dylematy są w stanie poruszyć każdego widza.

Nie wiedziałem nic o fabule trzeciej części, nawet nie wpadł mi w oko plakat, na którym Cezar jest z pewną dziewczynką – wszystko w tej fabule było niespodzianką. Początkowo trudno było wpaść w rytm – małpy kontra ludzie, jatka, podchody i podstępy, wydawało się, że czeka tu na widza regularna nawalanka. Błąd,nigdy o to w tej serii nie chodziło. I wreszcie, że coś się zmieni, uzmysłowiła mi muzyka. Uderzająca z dyskrecją i mocą – niby kontrast, niby estetyczny konflikt, a jednak zadziałało. Przyszykowało na całkiem inną historię, niż się z początku wydawało. Mała grupka małp wyruszyła w końcu na wyprawę, wspierając swojego przywódcę opętanego myślą o zemście. Działo się to w rytm dźwięków, często powtarzalnych, jednostajnych, której po seansie raczej nie zanucimy – chodziło o rytm, chodziło o budowanie napięcia, chodziło o przebudowanie historii, która mimo swego tytułu przez część seansu miała nam zapewnić smak kameralnej opowieści.

Ano właśnie – opowieść lub historia – do „Wojny o Planetę Małp” jakoś mało pasuje określenie blockbuster – bo przecież ostatnimi czasy blockbustery (może z winy Michaela Baya) kojarzą się z przytłaczającymi efektami i fabularnym chaosem. W „Wojnie o planetę małp”  tych niechlubnych elementów – jakież to wielkie szczęście – zupełnie zabrakło. A muzyka zbudowała tu klimat, zbudowała nastrój odzwierciedlający walkę toczącą się w duszach bohaterów, stworzyła dźwiękowe podchody (ze świetnie wykorzystanym złamaniem schematu za sprawą utworu Hendrixa) prowadzące do nieuniknionej kulminacji, w której jakoś ludzi nam nie żal. Poza tym – małpy niczym tułaczy lud Izraela, hołd dla „Czasu Apokalipsy” i jeden świetnie pomyślany, bardzo ludzki w swoich nietypowych odruchach, nowy małpi bohater, dzięki któremu mroczna  fabuła kompletnie nas nie przytłoczy. Letni blockbuster (he he) roku?

I w końcu „Baby Driver” – tytuł, który od pierwszego wejrzenia wyglądał na trochę… z dupy, nawet jeśli to idiom. No to już po seansie wiadomo było, czemu musiał taki być. W ogóle, co było pierwsze? Pomysł na fabułę i potem piosenki? Czy może Wright miał swoją playlistę i przyszedł mu do głowy taki oto film? A może było po prostu olśnienie, jedna myśl – zrobię film, w którym muzyka rządzi niepodzielnie? Nie po to, żeby zgarnąć furę kasy, tylko po to, żeby ludzie oglądający go w kinie mogli wpaść w ten rytm, wpaść w te sidła. Zasiadają na fotelach, nudzą się na reklamach, a tu nagle początek niczym petarda, a sam film niczym koncert lub dobry sex, niczym miłosna piosenka, niczym niekontrolowana jazda. Do dechy. Do ekstremum. Do przegięcia. Jeszcze dalej niż Tarantino. Aż do powalonej sceny z udziałem „Brighton Rock” Queen. Integracja (montaż plus dźwięk plus obraz)  totalna.

Taka ekstremalna zabawa z pewnością nie jest dla wszystkich. Ale przecież nie robi się filmów dla wszystkich. Poza tym, w tej integracji totalnej chodziło o coś jeszcze. Muzyka w „Baby Driver” miała jeszcze oddawać uczucia i emocje bohaterów. Tak, ta otwierająca sekwencja, którą chce się oglądać jeszcze raz i jeszcze raz. Ten Baby z twarzą lekko nadąsanego dzieciaka (dzieciny?) w wykonaniu rewelacyjnego Ansela Elgorta. Najpierw luz – gdy zostaje sam w samochodzie i może uzewnętrznić to, co zwykle w sobie skrywa. Potem niepokój, kiedy padają strzały. Potem już jazda – jazda totalna aż do pełnego  odlotu, w którym najistotniejsze jest poczucie wolności. A potem i tak ktoś bądź coś sprowadzi nas na ziemię. I tak przez cały film. Chęć ucieczki od wszystkiego i za każdym razem coś co łapie za nogi i wyrzuca z rytmu. Aby z niego mentalnie nie wypaść, muzyka niemal cały czas gra, cały czas jest w tle – dla nas i dla naszego bohatera. I zaliczamy razem z nim tę emocjonalno-muzyczną huśtawkę. Do góry i w dół, do góry i w dół. Ale przecież nie da się tak bez końca. Jest jakieś z tego wyjście? Jest jakiś ruch, który złamie cykl?

Do tego potrzebny jest pełny obrót. Dzieciaki, te dzieciaki które nie znają strachu, potrafią zrobić na huśtawkach pełny obrót. Na stojąco. Unoszą się wyżej i wyżej, aż świat w dole wygląda, jakby trzymał się ich głów. W mechanizmie huśtawki coś zgrzyta, coś skrzypi, jest wrażenie, że wszystko zaraz się rozpadnie. Ta zgrzytliwa muzyka, ta dźwiękowa poezja podwórka mówi dzieciakowi – nie, nie bądź głupi, nie rób tego, ale w rzeczywistości podjudza młodego bez końca. A dzieciak w filmie Wrighta ma przecież ksywkę Baby. Z taką ksywką musi zrobić to, co trzeba, musi zaliczyć pełny obrót. Bo przecież wiadomo – przy dobrej muzie nie można inaczej.

 

Kategorie
felietony
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.
Komentarz
  • Atomic Blonde – Kocham Berlin! [recenzja] – Dzika Banda
    7 sierpnia 2017 at 12:54
    Skomentuj

    […] najwyraźniej zostawia za sobą. W tej nowej fali wystrzałowych produkcji przoduje John Wick i Baby Driver, które do spółki z Kingsman i Man from U.N.C.L.E. Wprowadzają powiew świeżości po mrocznej […]

  • Dodaj komentarz