felietony

Umarł Spider-Man, niech żyje Spider-Man?

W sieci wylądował zwiastun „Spider-Man: Homecoming” i spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem fanów. Zanosi się na doprawione humorem efektowne kino z wyrazistym złoczyńcą (w końcu to Michael Keaton), którego Marvelowi tak brakowało. Same powody do radości? Niekoniecznie, bo w całej tej euforii zapominamy o jednej ofierze. O poprzedniej serii.

Filmy Webba stały daleko od ideału – ale miały coś, co wyróżniało je z zalewu ekranizacji komiksowych.

Spider-Man nie miał szczęścia do ekranizacji. To znaczy miał (w większości były co najmniej niezłe), ale niepełne – żaden z dotychczasowych cykli nie dotarł do mety. Seria Sama Raimiego z Tobeyem Maguire’m miała w planie osiem części. Po porażce trzeciej – pamiętacie ten nieszczęsny taniec Parkera i niedorobionego Venoma? – Sony zdecydowało o restarcie. Za kamerą nowej odsłony stanął mało znany reżyser, Marc Webb, który miał dotąd na koncie jeden film i niektóre odcinki „The Office” i „Lone Star”. Na pierwszy rzut oka posunięcie wyglądało na ryzykowne, ale to była najlepsza decyzja, jaką studio mogło podjąć.

Widzicie, cykl Raimiego miał prawie wszystko. Niezłe efekty (przynajmniej od „Spider-Mana 2”), fajnie przegiętych złoczyńców, radosny, campowy klimat sprzyjający pajęczym wygłupom, porządne aktorstwo. Ale to nie wszystko, bo reżyser dokonał czegoś więcej, niż tylko wypuścił do kin przyzwoite filmidło. Pierwszy „Spider-Man” wyciągnął ekranizacje komiksów z grobu po tym, jak Joel Schumacher pogrzebał je „Batmanem i Robinem”. Pokazał, że na takie historie wciąż jest miejsce i ogromne zapotrzebowanie. W dodatku, wreszcie po latach oczekiwań, po tym jak Cameron zrezygnował z reżyserowania swojej wersji, widzowie zobaczyli ścianołaza na wielkim ekranie – i to w naprawdę spektakularnym widowisku, jak na swoje czasy. Czego brakowało? Elementu kluczowego – angażującego w akcję głównego bohatera.

Raimi radził sobie świetnie ze wszystkim, tylko nie ze Spider-Manem i jego najbliższymi. Na pierwszy rzut oka działali, bo pasowali do przerysowanej konwencji, jaką przyjął reżyser „Martwego zła” (swoją drogą, Bruce Campbell pojawia się w trzeciej odsłonie cyklu), a w dodatku ogrywali ich dobrzy aktorzy. Szybko jednak okazywali się papierowi, bezwolni i pozbawieni inicjatywy. Mary Jane w wykonaniu Kirsten Dunst była tokenową damą w opałach, a Ciocia May staruszką prawiącą morały. Tylko J. K. Simmons w roli wiecznie wściekłego redaktora J. Jonaha Jamesona hipnotyzował wrzaskliwym urokiem dziennikarskiego nosorożca. Złoczyńcy zaszpachlowali płytkość psychologiczną aktorskimi szarżami i złowieszczą przesadą.

No i był wreszcie sam Peter Parker. Maguire to świetny aktor, ale tym razem nie udźwignął roli. Scenariusz mu nie pozwolił. Ten Spider-Man więcej jęczał, płakał i wycofywał się, niż działał. Po klasycznej sekwencji śmierci Wujka Bena nie przechodził też jakiejś szczególnej przemiany, a miał na to całe trzy filmy. Owszem, Raimi nawiązywał do komiksowych początków, gdzie Peter rzeczywiście zaczynał jako popychadło, ale z takiego pisania bohatera zrezygnowano już w latach 80′, jeśli nie wcześniej. Spider-Man, którego widzowie chcieli zobaczyć to trochę pechowy everyman, trochę pyskaty zawadiaka, obdarzony niezdarnym urokiem. Generalnie, kozak, który czasem się potknie, i to boleśnie, ale nie zatrzyma. Tak jak przedstawiali go Joe Kelly, Paul Jenkins, Brian Michael Bendis czy J. Michael Straczynski. Ekipa Raimiego się z tego nie wywiązała.

I wtedy na scenę wszedł Marc Webb, który do historii o Pająku wniósł swoją offową wrażliwość oraz rękę do kameralnych scen i budowania wiarygodnych, emocjonalnych, intensywnych relacji. Coś, co wbrew pozorom mogło zbliżyć film do najlepszych komiksów ze Spideyem. Tych, w których obok zabawnej akcji zadbano o tło, wiarygodną psychologię, a czasem nawet jakieś przesłanie. I udało się, na przekór złej prasie, na przekór lamentom fanów na pierwsze przecieki z planu. Andrew Garfield dostał w twarz wiadrem internetowych pomyj jeszcze zanim zdążył pierwszy raz przywdziać strój.

„The Amazing Spider-Man” Webba miał w sobie coś z młodzieżowego kina obyczajowego, lekkość i swadę w zawiązywaniu relacji między postaciami oraz budowaniu ich portretów psychologicznych. Sceny „bez maski” już nie stanowiły tylko podbudowy pod wielki finał z epickim starciem – stały się mięchem filmu i motorem napędowym historii. Garfield ze swoim nieporadnym czarem pasował idealnie do sportretowania nowoczesnego oblicza Spider-Mana. To był dokładnie taki Peter, jakiego wszyscy chcieli zobaczyć w akcji – pogubiony, ale sympatyczny, wyszczekany i – to ważne – empatyczny. Ten bohater błądził – i to często – ale szukał rozwiązania, myślał i nie zawsze rzucał się z pięściami, zanim zadał pytanie. W każdym z wrogów widział człowieka.

Co więcej, partnerująca mu Emma Stone tchnęła w Gwen Stacy, miłość Parkera, życie i charakter. Jej postać była czymś więcej niż tokenem do uratowania. To pełnokrwista bohaterka tej historii, z własnymi planami, marzeniami i pazurem. Była zabawna, zdecydowana i naturalna – jej występ oglądało się z prawdziwą przyjemnością. Między Stone a Garfieldem wyczuwało się ogromną chemię, która zresztą przerodziła się w regularny związek. Postacie tła też dawały radę i działały naturalnie, a złoczyńca, Lizard – może nie tak wyrazisty i przedobrzony jak przeciwnicy u Raimiego – niósł w sobie porządnie ograny rys tragizmu i dobrze wykorzystywał oklepany motyw Jekylla i Hyde’a.

Całość oglądało się jak dopakowany akcją i efektami specjalnymi… film obyczajowy właśnie. To dlatego, że jeszcze mocniej niż konkurencja – zarówno z DC jak i filmy MCU – Webb postawił na opowieść o człowieku i mieście. Symbole i pomnikowe pozy ustępowały ludziom. Ludziom zawodnym, pogubionym, ale sympatycznym. Ludziom, którzy toczą normalne, ciepłe rozmowy, a nie przygotowują grunt pod mordobicie.

Choć i tu Webb sobie radził, zwłaszcza w drugiej części. „The Amazing Spider-Man 2” dostarczył efektownych i zabawnych pajęczych popisówek, w których znalazło się miejsce na porządne bójki, pościgi, wybuchy i wszystko to, za co kochamy letnie blockbustery. Były kreatywne, dramatyczne i w pełni wykorzystywały akrobatyczny potencjał błaznującego Petera. Jednocześnie czuło się radość bijącą od bohatera skaczącego między wieżowcami, jego entuzjazm płynący z przemierzania miasta i obcowania ze zwykłymi ludźmi. Webb znakomicie uchwycił fakt, że Spider-Man to bohater ulicy i ludu. Miejski obrońca i jednocześnie swój chłopak, który sprzeda strzał w mordę złu, ale potem przybije piątkę strażakowi i odprowadzi sponiewieranego dzieciaka do domu.

Na sam koniec reżyser uzbroił drugą część w jedną z najbardziej emocjonalnych i przejmujących scen w historii kina superbohaterskiego. Zadziałała jak potężne wyładowanie trafiające widza pod serce, a głównego bohatera prosto w twarz. Pewnie, że widywano już mocniejsze, bardziej widowiskowe finały, ale Webb pokazał to w prosty, wyrazisty przejmujący sposób. Chciałoby się wiedzieć, co będzie dalej, jak bohater poradzi sobie z ciężarem, który spoczął na jego barkach po tym, co przeszedł.

I oczywiście nigdy się tego nie dowiemy. „The Amazing Spider-Man 2” zarobił grube miliony (ponad 700), ale nie aż tak grube, by studio uznało, że warto kontynuować serię. Do tego doszły nie do końca zadowolone głosy fanów, padło kilka zarzutów, nad którymi warto się zastanowić. Pierwszym były niezręczne sceny z widmem prześladującym Petera i obrazującym jego wyrzuty sumienia. Drugim występ Rhino zredukowany do cameo na początku i końcu filmu, trzecim – zapożyczona od Marvela serialowa konstrukcja opowieści – każda część mówiła, że ciąg dalszy nastąpi i nie wszystkie wątki znajdowały rozwiązanie (np. kwestie związane z rodzicami Parkera i firmą Oscorp).

O ile sporą część tych oskarżeń można zrozumieć, o tyle kwestia Rhino to już zwykłe czepialstwo. Owszem, w komiksach odgrywa ważną rolę, jest dosyć groźnym przeciwnikiem, którego czasem stać na ludzkie odruchy, ale tutaj otrzymał trochę inną funkcję – równie istotną.

Starcie z kolesiem, który przywdzieje pancerz nosorożca służy u Webba jako perfekcyjna klamra kompozycyjna – otwiera film, pomaga przeciągnąć Spider-Mana przez jego naturalne środowisko, Nowy Jork, w efektowny i zabawny sposób. Kiedy rosyjski mafiozo, już zakuty w zbroję, pojawia się w końcówce, daje głównemu bohaterowi – i widzom zarazem – okazję do przejścia katharsis po kopie, jaki otrzymał od życia. Jeśli tylko zrzucamy z oczu klapki fanboya – i przełkniemy niedosyt spowodowany reklamą ze zbyt wyeksponowanym Rhino – okazuje się, że to świetna, bardzo emocjonalna scena przyprawiająca o ciary. Dodatkowo uzbrojona w bardzo dobry, podnoszący na duchu kawałek, wyróżniający się na tle innych main theme’ów.

Oczywiście, gdy opadł kurz doszły kolejne dołujące wieści i plotki, ponoć dla Garfielda – który zresztą dobiegał trzydziestki, a miał grać początkującego studenta – i reszty ekipy występ był strasznie męczący, jednak…

… Jednak ciężko pogodzić się z ucięciem tej serii przed ostatecznym rozwiązaniem wszystkich wątków. Jest to wręcz niewykonalne. To po części efekt serialowego cliffhangera, a poza tym filmy Webba stały daleko od ideału – ale miały coś, co wyróżniało je z zalewu ekranizacji komiksowych. Coś, dzięki czemu błyszczały pośród taśmowych produktów MCU i nie do końca udanych podrygów DC. Chodzi o szczerość i potężną dawkę pozytywnych – choć trochę i słodko-gorzkich – emocji, jakimi promieniowały obie części „The Amazing Spider-Man”. Ze wszystkimi niedoskonałościami i nastawieniem na zysk, wciąż dało się wyczuć wyraźny podpis autora. Te filmy zwyczajnie miały duszę.

Nie zrozumcie mnie źle, „Spider-Man: Homecoming” to produkcja, której zapowiedzi noszą wszelkie znamiona soczystego, przyjemnego letniego blockbustera, który będzie obowiązkowym punktem na kinowej mapie każdego miłośnika adaptacji komiksów i warto trzymać kciuki za sukces Hollanda w roli Pająka. Po prostu obawiam się, że filmowi może zabraknąć wyrazistości poprzednika, specyficznej charyzmy, która może nie trafiała do każdego, ale czyniła film odrobinę bardziej nietuzinkowym.

Obym się mylił, w końcu to Spider-Man to jeden z największych współczesnych herosów. Kto jak kto, ale on zasługuje na doskonałą ekranizację.

Kategorie
felietony
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności - i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych - GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.
Komentarz
  • Thor Odinsson
    12 grudnia 2016 at 15:04
    Skomentuj

    Panie recenzencie, doprawdy. Bruce Campbell pojawia się w każdej części cyklu Raimiego.

  • Dodaj komentarz