felietony

Robert Ziębiński

To był dziwny i dość pokręcony rok. Wiele rzeczy drastycznie się zmieniło w moim życiu, a co za tym idzie w odbiorze bodźców zewnętrznych jakich choćby jak muzyka czy kino.  A więc nawet nie próbuję wymienić najlepszych filmów czy płyt tego roku, w sumie zwyczajnie mało mnie obchodzi, co ktoś uzna za najlepsze. Ale mogę wymienić te które najbardziej zapadły mi w pamięć. Zacznę od płyt. Godspeed You!  Black Emperor powrócili po dziesięciu latach milczenia z albumem „Allelujah! Don’t Bend! Ascend!” i jest to powrót od którego oderwać uszu nie mogę. Melancholijno-obsesyjne dźwięki smutek pomieszany ze wściekłością i brudem. Miód na emocjonalne rany. W ramach odtrucia na długie i przejmujące kompozycje album „No Love Deep Web” hiphopowego składu Death Grips. Wściekłość atakująca uszy.

Hałas zmieszany z prostymi bitami. Cudo. Zaskoczeniem pozytywnym i to bardzo okazał się album „Tuscon” Giant Giant Sand. Howe Gelb lider grupy nazywa tę płytę country-rockową operą nagraną w hołdzie dla jego ukochanego miasta Tuscon. Może takie było założenie ale udało się o wiele więcej – Gelb nagrał po prostu porywający album targany namiętnościami, którego słuchanie przypomina odrobinę emocjonalny rollercoaster. I jeszcze oczywiście Mark Lanegan Band z „Blues Funeral” i Neil Young z „Psychedelic Pill”. Rozczarowań – na szczęście brak. Z kinem jest trochę inaczej – tu największym rozczarowaniem tego roku jest dla mnie „Skyfall”, smutne odcinanie kuponów od popularnej serii, plus najsłabszy czarny charakter w cyklu i „Prometeusz”, po którego obejrzeniu jakoś zwątpiłem w istnienie na tym świecie jakiś stałych. Z rzeczy które zapamiętam i po które wciąż sięgam z chęcią. „Kryptonim: Shadow Dancer” skromne kino, które wbiło mnie w fotel. „Dom w głębi lasu” film po którym dowcipny horror już nie będzie taki sam. „Gangster” z zastrzelonym Nickiem Cavem i świeżym spojrzeniem na czasy prohibicji. „Siedmiu psychopatów” za szaleństwo w dialogach i prowadzeniu narracji. Na koniec zostawiam sobie film po którym większość uzna mnie za wariata, ale mam to gdzieś. Otóż absolutnym zaskoczeniem i filmem, który obejrzałem ze trzy razy był – uwaga – „Protektor” czyli „Safe” Boaza Yakina. Dobra to nie jest arcydzieło, ale nie o to chodzi. Ten film to po prostu kwintesencja czystego kina klasy „B”, które na naszych oczach powoli wymiera. Twardziel jak ma zabijać, to zabija, nie ma tu gierek i półsłówek, źli są źli, dobry jest smutny a świat wcale go nie lubi. Jest w tym filmie niezwykła tęsknota na kinem lat 70. i chyba przez to tak bardzo przypadł mi do gustu. Poza wszystkim to wręcz książkowy (jak na film) przykład na to jak powinno się kręcić filmy akcji. Bez wpadek, za to z dobrymi postaciami i odpowiednia dawką mroku i zła.  To tyle kochani.

PS

A z książek to się zaczytuję cały czas we wszelakich zbiorach opowiadań i „Opowieści o duchach” M.R. Jamesa będę sobie czytał tam i z powrotem jeszcze wiele, wiele lat. Chyba że wpadnie mi w łapki coś innego.

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz