Embassy Pictures
felietony

„Producenci”, czyli cwane niezguły

To przypuszczalnie najśmieszniejszy film na świecie. Mówiąc młodzieżą: wszystko się tutaj zgadza. Główni bohaterowie są po prostu cudowni, choć posklejani z cech najgorszych. Czy istnieje figura bardziej szara, promieniująca nudą niż księgowy? Standardowy przedstawiciel tej profesji wyróżnia się charyzmą nacieku na ścianie. A jednak Gene Wilder – nerwowe popychadło doczepione do niebieskiej chusteczki – zdobywa widza od pierwszego ujęcia. Czy istnieje zawód bardziej pogardzany od utrzymanka? Nie sądzę.  Zero Mostel jako Max Bialystok regularnie bałamuci staruszki, do tego kręci, mota, manipuluje, nieustannie zagrożony perspektywą utonięcia. Tacy faceci stoją czasem na skrzyżowaniach, usiłując sprzedać Statuę Wolności albo ubezpieczenie od końca świata. Jakimś cudem, ten bydlak wzbudził moją szczerą sympatię. Znalazł we mnie sojusznika dla swoich niecnych zamierzeń. Życzyłem sobie by tych dwóch odnieśli sukces poprzez klęskę, wystawiając najgorsze przedstawienie na świecie.

Rzeczy wspaniałych, uroczych i błyskotliwych w „Producentach” znajdziecie tyle, że można by nimi obdzielić tuzin innych komedii. Jest przecież reżyser-transwestyta, ucieleśniający najgorsze cechy przedstawicieli swojej profesji. Zdarzy się neonazistowski autor sztuki dedykowanej fuehrerowi. Prócz wodza kocha tylko gołębie, a te odwdzięczają mu się, robiąc na hełm, którego najpewniej nigdy nie zdejmuje z zakutego łba. Wreszcie, mamy „Wiosnę dla Hitlera”, choreograficzny cud jakiego Brodway nie doświadczył wcześniej ani później. Pamiętam, jak dwadzieścia lat temu oglądałem ten film po raz pierwszy. Nie wierzyłem w to co widzę. Spróbujcie się śmiać ze szczęką leżącą na podłodze.

Odczuwam jakiś dziwny rodzaj smutku przemieszanego z dumą. Za „Producentów” odpowiada przecież Mel Brooks, żydowski emigrant z Polski, swój człowiek, że tak powiem. Nakręcił jeszcze wiele bardzo dobrych komedii: „Płonące siodła”, „Nieme kino”, „Młodego Frankensteina”, a przede wszystkim „Kosmiczne jaja”, na których byłem w kinie przynajmniej dziesięć razy. „Producenci” przebijają te, udane przecież, tytuły. A teraz czas na smutek. Najśmieszniejszy film w historii dziesiątej muzy nakręcono w 1968 roku. Prawie pięćdziesiąt lat temu. Dziś już w ogóle nie mamy dobrych komedii. Śmiejemy się z demotywatorów.

„Producenci” usprawiedliwiają drobne oszustwo. Uszlachetniają przekręt na kasie, pod warunkiem, że ów wałek realizują cwane niezguły o dobrych sercach. W ten sposób dzieło Brooksa przyczynia się do demoralizacji społeczeństwa. Zakończenie pokazuje, że ludzie niczego się nie uczą. Cwana niezguła pozostanie cwaną niezgułą aż po grób. Co najwyżej serce stwardnieje.

Nie pamiętam w jakich okolicznościach obejrzałem „Producentów”, więc bez skrępowania podsuwam takie oto wyobrażenie. Obudziłem się przed świtem, przejęty perspektywą pracowitego, nerwowego dnia. Nie mogąc zasnąć, włączyłem sobie film, a mój rechot niósł się po wielkim, wynajętym pokoju. Za oknem słońce podniosło płonący łeb. „Producenci” dobiegli końca. Zjadłem tosta, oblokłem swe chude ciało w tani garnitur, zabrałem tutę i wyruszyłem na łów.

Wraz z przyjacielem chodziliśmy po szkołach. Obskoczyliśmy cały Kraków, co większe miasteczka w Małopolsce, zapuszczaliśmy się nawet na Śląsk i do Zagłębia. Rozmawialiśmy z dyrektorami podstawówek i ogólniaków. Bałamuciliśmy psychologów szkolnych, nie nawykłych przecież do żadnej aktywności. Negocjowaliśmy z właścicielami budynków teatralnych, z właścicielami kin i starymi, zapitymi facetami którzy zawiadywali domami kultury. W tucie – dokładnie takiej, jaką noszą przy sobie studenci kierunków plastycznych  – znajdowały się plakaty reklamujące przedstawienie „Christaine F” na podstawie książki „My, dzieci z dworca Zoo” Kai Hermann i Horsta Reicka. U progu dorosłości zajmowałem się sprzedażą przedstawień przeciwko alkoholizmowi i narkotykom. Kolega, z którym kręciłem ów biznes miał w tych sprawach potężne doświadczenie.

Niewiele pamiętam. Reżyser walił wódę na szklanki. Aktorka, wcielająca się w trzynastoletnią bohaterkę dawno już przekroczyła wiek chrystusowy. Od oświetleniowca, skądinąd miłego faceta, przez cały rok znajomości usłyszałem tylko jedno zdanie: „czy możemy zaczynać?”. Był też facet stary jak wszechświat, lecz krzepki niby młody pitbull. Siłę zawdzięczał popularnej wówczas diecie Kwaśniewskiego. Jak wyglądało przedstawienie? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nigdy nie widziałem „Christiane F”. Dlaczego? O tym za chwilę.

Robota była trudna. Popychaliśmy z kumplem od szkoły do szkoły, żebrząc o uwagę jakiegoś decydenta. Najchętniej kierowaliśmy się do psychologów, którzy mieli mało okazji, żeby się wykazać. Kumpel miał gadane i tak nawijał makaron na uszy, że potrafił załatwić setkę małoletnich widzów po pięciu minutach rozmowy. Ja próbowałem sympatycznie wyglądać, no i pięknie ściskałem tutę. Zgromadziwszy publiczność w sile przynajmniej trzech setek udawaliśmy się skołować jakąś salę. Nasz zespół szczycił się profesjonalizmem i odmawiał grania w sali gimnastycznej, co wiele by ułatwiło. Pędziliśmy więc do jakiegoś domu kultury gdzie mieli pomieszczenie z końcówką mocy, kumpel negocjował stawkę za wynajem i tak to szło. Wracaliśmy do domów zmęczeni, lecz szczęśliwi za sprawą udanie zrealizowanej chałtury. Nastawał czas potwierdzania terminów, dzwonienia, zgrywania człowieka z człowiekiem. Obgryzałem palce do kości, a z kumplem wrzeszczeliśmy na siebie niby małżonkowie po czterdziestoletnim stażu.

Wreszcie, nadchodził wielki dzień – dzień przedstawienia. Nieświeży i wystrojeni stawaliśmy przy wejściu, wchodząc w role bileterów. Dzieci przybywały falami, a ich opiekunowie wręczali nam worki pełne monet i banknotów. Liczyliśmy małoletnie głowy, oświetleniowiec zadawał stałe pytanie, kurtyna szła w górę a my pędziliśmy na zaplecze, unosząc ze sobą utarg oraz nabytki ze sklepu monopolowego.

Wówczas, pod koniec lat dziewięćdziesiątych popularnością cieszył się drink Iguana, sprzedawany w butelkach, na promocji, trzy sztuki w cenie dwóch. Mieliśmy całkiem sporo tych Iguan. Siedzieliśmy przy stole, na którym piętrzyła się, dosłownie, góra forsy. Stos dziesiątek i dwudziestek pozbieranych od dzieci. Na scenie trwał artystyczny akt wymierzony w używki, a my chlaliśmy Iguany i liczyliśmy gorączkowo ile można by urwać z tego interesu. Musieliśmy zapłacić zespołowi i uregulować rachunki z właścicielem sali. Dlatego nigdy nie widziałem przedstawienia. Czasem tylko zerkałem przez uchylone drzwi. Sprawdzałem, jak ustawiono światła. Chciałem wiedzieć, czy aktorzy widzą ilu widzów siedzi w fotelach. Cięliśmy ich bez litości. Ale potem zespół sprzedał nasze terminy. Wyrolowaliśmy się nawzajem. Tak to się skończyło i przestałem być producentem.

Właśnie wtedy, po raz pierwszy zarobiłem prawdziwe pieniądze. Potrafiliśmy wyciągnąć i trzy stówy na łeb, od przedstawienia. Tych było czasem i dziesięć w miesiącu. Dla chłopaka przed dwudziestką robiła się z tego oszałamiająca kwota. Byliśmy tak rozbestwieni tym dobrobytem, że pewnego wieczoru postanowiliśmy przepić bańkę. Całe sto złotych na drinki w knajpach. Oczywiście, bańka na dwóch. Chodziliśmy od knjapy do knajpy, zamawiając w każdej po wódce z sokiem. Zasiadaliśmy jak lordy w zadymionych pomieszczeniach i piliśmy przez słomkę, dumni, że nas stać na takie luksusy. Powtórzę: przepiliśmy całe sto złotych. Coś nieprawdopodobnego.

Tej nocy świat naprawdę należał do nas. Byliśmy potężni i nieśmiertelni. Kieszenie miałem pełne smoczych zębów. Mogłem miażdżyć czaszki gigantów. Stanąłbym naprzeciw armii Goliatów, jeśli zaszłaby taka konieczność. Wierzyliśmy, że nigdy nie dopadnie nas starość, że wszystkie kobiety będą nasze, że znajdziemy miłość, sens życia i całą resztę. W plecy wiał gorący wiatr.

Później zarobiłem o wiele większe pieniądze na czymś innym. Wraz z wzrostem dochodu spuchły też rachunki zostawiane u barmanów i kelnerów, ale radość, będąca moim udziałem tamtej, bardzo szczególnej nocy, nigdy nie powróciła. Przypuszczam, że Max Bialystok i Leo Bloom, przedwcześnie świętując klęskę „Wiosny dla Hitlera” doświadczyli podobnej ekscytacji. Siedzieli w barze, przekonani, że świat padł im do stóp. A potem zdarzyło się to, co się zdarzyło, czyli życie.

Nie mogę powiedzieć, że chciałbym znów być tamtym chłopakiem. Nie. Mam trzydzieści osiem lat, kawał życia za sobą i nie chcę wracać do przeszłości. Bycie siwiejącym Łukaszem Orbitowskim bardzo mi odpowiada. Wezmę wszystko, co życie przyniesie. Czy będzie to walizka forsy, czy też cios w kły. To naprawdę nie ma znaczenia. A tamten gnojek, ten cwany niezguła z tutą, pijący Iguanę nad kopcem banknotów? Co z nim?

Cieszę się, że nim byłem. To wszystko.

 

Kategorie
felietony

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i „Nowej Fantastyki”. Aktualnie mieszka w Warszawie.

Dodaj komentarz