felietony

„Pitbull”, czyli Polacy przechodzą na Veganizm

Czwarty tydzień z rzędu na pierwszym miejscu polskiego box-office – „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” Patryka Vegi po prostu pozamiatał. Ale co, jak i dlaczego właściwie?

OK, sprawa wreszcie jest jasna i klarowna – aby polski film zebrał pokaźną, czyli tak powiedzmy ponad milionową widownię, nie musi już być ani komedią romantyczna, ani ekranizacją lektury, na którą pędzi się stada uczniów. Najdobitniej udowadnia to każdym swoim filmem Wojtek Smarzowski, a przypadek „Bogów” Palkowskiego (ponad dwa miliony widzów) to chyba najbardziej zaskakujący i nieprzewidywalny wynik ostatnich lat, udowadniający, że Polacy chcą od polskiego kina czegoś więcej. Czego? Proste – filmów o życiu w Polsce. Tak dawnej, jak i współczesnej – co wreszcie, po kilku filmowych próbach odpowiedzi na filmowe potrzeby rodzimego widza, zrozumiał najlepiej Patryk Vega. Zrozumiał powracając do korzeni, czyli do swojego najbardziej udanego dziecka, tylko nauczony doświadczeniem, ubrał je w nieco inne ciuszki. Albo inaczej – Vega przemówił głosem, który trafił do zróżnicowanej grupy odbiorców. Do inteligencji, lasek, karków, a dopiero chyba na końcu do fanów kina sensacyjnego. Przy okazji pytanko – jaki sensacyjny film, nieważne polski czy zagraniczny, miał po ’89 roku taką widownię? Żaden. „Pitbull” to zatem ewenement. A może po prostu właściwy film we właściwym czasie.

Lata temu, po premierze i sukcesie „Psów” Pasikowskiego, Wajda przyznał, że reżyser wie o polskiej publiczności coś, co dla niego pozostaje tajemnicą. Parę dni temu, na Facebooku szef Dzikiej Bandy, Robert Ziębiński podzielił się podobną w duchu refleksją po śmierci Tadeusza Chmielewskiego. Odejście wielkiego reżysera zbiegło się bowiem z szeroko komentowaną w mediach walką Pudziana I Popka na gali KSW, czekając potulnie na wszystkich portalach w kolejce newsów jako ten przecież słabiej klikalny. Dla naszego naczelnego było to zjawisko wyjątkowo przygnębiające. W tej refleksji, a także w innych , choćby w tej szeroko komentowanej, wyrażonej niegdyś przez Agatę Młynarską na temat letniego najazdu tłuszczy nad Bałtyk, czai sie niewyrażona wciąż głośno diagnoza, że Polska B tak naprawdę stała się już Polską A. Że to intelektualiści z resztą inteligencji (uogólniając – przykładowo słuchacze Trójki) stanowią coraz mniej znaczącą niszę w narodzie. Co w zasadzie prawdą nie jest – bo byli nią zawsze, tyle że niegdyś owa wywołująca niesmak u inteligenta  tłuszcza (słoiki, buractwo itd.) aż tak się nie panoszyła, a jej reprezentanci mieli mniejszy poklask, mniejsze wpływy niż jest to odczuwalne w dzisiejszej dobie Internetu. Tymczasem, symptomy tego, czego naprawdę potrzebuje przeciętny polski obywatel, można było rozpoznać wiele lat temu, kiedy do dóbr kapitalizmu miał on wciąż ograniczony dostęp.

I nie, nie chodzi wcale o przegrywane na kasetach VHS filmy ze Schwarzeneggerem i Stallone (ktoś, pamięta, że równie popularne były „Lody na patyku”?). W latach osiemdziesiątych, w PRL-u oglądało się to, co było dostępne, na co wszyscy byli niejako skazani – czyli przecież także na w dużym stopniu abstrakcyjne „Alternatywy 4” lub niezwykle popularnego „Tulipana (bardzo życiowy serial skądinąd). Ale czy pamiętamy o przetaczającej się przez cały kraj histerii pomieszanej z uwielbieniem, kiedy to co tydzień cała Polska zasiadała oglądać „Niewolnicę Isaurę”, czyli po prostu południowoamerykańską telenowelę? Już wówczas, kto bystry i cwany, mógł dostrzec czego ten naród naprawdę potrzebuje do normalnego życia, normalnego funkcjonowania. Papki. Tabloidów. Telenowel. Biesiad. Kabaretów. Kiepskich. Disco Polo. Celebrytów. I to jest prawdziwe. Przykro mi, że nie piękne. Ale podkreślam – ważne, że prawdziwe. Dzięki temu można tej prawdzie – najlepiej bez strachu i uprzedzeń – zajrzeć prosto w oczy.

Przez te dwadzieścia kilka lat wolności bardzo szybko zaadaptowaliśmy się do nowego, otwartego dla nas szeroko świata. Świata nieskomplikowanej rozrywki, rozczarowującej polityki, rzeczywistości kreowanej przez media, przetwarzanej żywności i słabych tekstów piosenek. To ostatnie jest w istocie najlepszym narzędziem do opisu zjawiska, tej polskiej metamorfozy Polski B w Polskę A (i nie chodzi tu bynajmniej o samą geografię). Przekaz ma być jasny. Taki przekaz oferuje disco polo, ale także wielu dzisiejszych młodych artystów, uważanych za ciut ambitniejszych od tych tworzących muzykę nazywaną kiedyś chodnikową. Posłuchajcie o czym śpiewa Sylwia Grzeszczak, Ewelina Lisowska i inne panie (chyba nawet to straszne „Ich Troje” miało ciut ambitniejsze teksty). To nie są bowiem teksty piosenek, tylko jakieś pseudo-dramatyczne wynurzenia panienek, napisane bez żadnego polotu. Gdyby nie było z nami twórczości Nosowskiej, Kulki, Koteluk i innej, skazanej coraz mocniej na niszowość muzyki, można byłoby ogłosić powolne umieranie, a w efekcie śmierć metafory (czy nawet abstrakcyjnego myślenia) – co wydaje się dziwne, bo przecież Polacy wciąż kochają starsze piosenki pełne znakomitych tekstów. Ale może to też wina samych artystów, którzy kiedyś – tak jak Bajm czy Budka Suflera mieli nieco większe ambicje, by ostatecznie – pewnie by przetrwać – przystosować się do nowych czasów, czasów przemian.

Ukoronowaniem mentalnej transformacji Polaków stały się reality-show i przede wszystkim docu-soap, czyli coś, o czym inteligentny człowiek niemal z automatu uważa, że powinno być zakazane, bo urąga nie tylko inteligencji właśnie, ale także zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Ale cóż, ludzie za małe pieniądze (jakiż to cudowny, ekonomiczny wynalazek!), sami robią tam z siebie idiotów. Ale to i tak jest mniej istotne od formy tej rozrywki. Docu soap w zasadzie nie mają konstrukcji, funkcjonuje ona na poziomie niemal zerowym. Ważniejszy od konstrukcji staje się przekaz (ten zawoalowany i chyba najistotniejszy brzmi -jeśli to oglądasz, też jesteś frajerem i idiotą ). Cóż, muszę przyznać, że zdarza mi się podpatrywać odcinki „Szpitala”, a kiedyś „Pamiętników z wakacji”. Sam niejednokrotnie rechotałem, na zmianę z rzucaniem niedowierzających spojrzeń na ekran. Sam byłem przerażony tym, ze można się w ten rodzaj sprytnie zakodowanego, publicznego ośmieszania, czy raczej publicznej masturbacji wciągnąć. Czy tłumaczenie, że nic co ludzkie, nie powinno być mi obce, wystarczy by mnie usprawiedliwić?

Wróćmy jednak do Patryka Vegi, który sam w swoim filmie „Last Minute”, czy wcześniej w „Ciachu” weryfikował ideę, że konstrukcja jest mniej istotna od przekazu. Vega nakręcił słabe filmy, zdarza się, ale być może trzeba je odczytywać w ramach poligonu doświadczalnego nad dociekaniem, badaniem potrzeb masowego, polskiego widza. Albo nazwijmy to inaczej – i to być może będzie w tym całym wywodzie najistotniejsze – testowaniem wrażliwości (i nie, nie chodzi o wrażliwość typu: a teraz pokażę na ekranie wylewające się z bohatera flaki i sprawdzimy, kto zrobi błe lub się porzyga). W „Służbach specjalnych” powrócił do ulubionej, brudnej tematyki, nie wyszło mu to do końca najlepiej, ale miał przynajmniej nosa do tego, żeby uczynił kobietę głównym bohaterem, dzięki czemu zobaczyliśmy Olgę Bołądź w roli w pewnym sensie ekstremalnej. W jakiś sposób dał do myślenia, dał sygnał gromadzie niewykorzystanych (tak, wiem doskonale jak to brzmi) polskich aktorek, że ten oto facet ma coś do powiedzenia i zagląda w kobiecy świat trochę inaczej niż kiedyś Pasikowski, a potem spece od komedii polsko-romantycznych. Tak, to był dobry ruch, który zaprocentował przy dwóch następnych filmach, odnoszących w efekcie olbrzymi, frekwencyjny sukces.

Co zatem stało się przy najnowszych „Pitbullach”? Vega postawił przede wszystkim na przekaz, bo z konstrukcją, mimo montażowych fajerwerków miał od dłuższego czasu problem. Stąd też krążące wśród widzów opinie, że te filmy są „takie życiowe” i dobrze oddają stosunki damsko-męskie. Wiem, że w tym momencie fani dajmy na to twórczości Magdy Umer, pewnie nigdy nie będą w stanie zaakceptować ekranowej rzeczywistości „Pitbulla” i będą określać ją mianem ordynarnej, chamskiej, obrzydliwej etc. – skłaniałbym się jednak do stwierdzenia, że różnice w odbiorze są tak naprawdę różnicami w naszej osobistej wrażliwości.  I jeszcze – może konstrukcyjnie filmy Vegi pozostawiają sporo do życzenia, ale socjologicznie to prawdziwe perełki, które po latach będzie można studiować, czerpiąc z nich wiedzę o polskiej rzeczywistości.

A ta polska rzeczywistość, w której niemal wszyscy ekscytują się walką Pudziana z Popkiem, jest jaka jest, coś na kształt radosnego bagna, w którym wszyscy zgodnie toniemy, taka nasza natura, taki nasz wisielczy humor, takiego bluesa czujemy. Właściwie – jaki patent, jaką konstrukcję zastosował, by dobrze tę rzeczywistość  opisać? Kiedyś udało się to nieźle Pasikowskiemu w „Krollu” i „Psach”, potem reżyser coś stracił czuja (albo zainteresowanie). Teraz znakomitym wyczuciem wykazał się Vega, w obu „Pitbullach” dając zlepek scen i sekwencji, w którym Polska odbija się czasem jak w krzywym zwierciadle, czasem jak w tafli przejrzystej wody. Dobrzy i źli bohaterowie? Zapomnijmy. Tutaj wszyscy mogliby zamienić się miejscami i pewnie nie zauważylibyśmy tej zamiany. To jest świat bez upiększeń, w którym każdy dostaje jakąś rolę do odegrania i odgrywa ją lepiej lub gorzej, wpasowując sie w obowiązujące schematy. Tę prawdę, tę zasadę wydają sie doskonale odczytywać widzowie „Pitbulla”, Polacy z nową wrażliwością, Polacy potrzebujący opowieści z życia wziętych, bez upiększeń, do porechotania i do pokręcenia głową na widok patologii. W zasadzie – czym różni się od Pitbullów” Vegi „Wilk z Wall Street „Scorsese, na który tak tłumnie poszła polska publiczność? Czyżby wielki mistrz kina także wyczuł zmianę wrażliwości odbiorców, choć widać jeszcze jego poszanowanie dla filmowej konstrukcji? A może temu nowo sformatowanemu widzowi dał to, czego ów nieświadomie poszukuje, ucząc go przy tym, przekazując coś istotnego?

Vega po prostu trafił ze swoimi dwoma filmami do Polaków, trafił do prawdziwej, realnej, obecnej  Polski A. Sprzedaje Polakom to, czego oni chcą. Sprzedaje im prawdę, nawet jeśli dla filmowych krytyków wygląda ona na ekranie sztucznie. O dziwo, świetnie odnaleźli się w tym aktorzy – błyszczał Bogusław Linda, błyszczy w obu „Pitbullach” Maja Ostaszewska, skupiająca w odtwarzanej przez siebie postaci cechy Dody i kabaretowej Mariolki, ale przecież postaci posiadającej jakiś rodzaj wrażliwości, ona jest po prostu romantyczna… inaczej.  Pewna cześć widzów, powiedzmy takich, których bardziej interesuje „Ostatnia rodzina” (albo nie wiem, ostatni Woody Allen, czy „Carol”) „Pitbulla” sobie odpuści, a jeśli przypadkiem obejrzy, będzie czuła się dotknięta, ubrudzona. Być może taki widz pewnego dnia obudzi się i stwierdzi, że nie ma wyjścia, w tej nowej  Polsce trzeba strzelić sobie w łeb, skoro nie da rady się przystosować.  E tam, my sie do wszystkiego świetnie przystosowujemy. Zresztą, jeśli dajmy na to mamy do czynienia z  rodzajem poszukującego artysty – niech ów dalej robi swoje i dzieli się tym z innymi – bo zawsze znajdzie się ktoś, kto podziela nasze poglądy i naszą wrażliwość.

Bo nawet w tym dziwnym kraju Króla Ubu,  chyba nie będzie tak, że wszyscy przejdą na Veganizm, nie wszyscy są kibicami polskich piłkarskich orłów i wyznawcami Małyszomanii, nie wszyscy też korzystają z Facebooka. To duży kraj, w którym jest miejsce dla każdego. A jeśli nie, zawsze antagoniści mogą spotkać się w klatce, lub nawkładać sobie na wspomnianym Facebooku bądź pod blokiem. Choć prawda jest taka, że to sztuczny podział. Bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami. A przede wszystkim, wszyscy uważamy się za inteligentnych, a już szczególnie za najmądrzejszych na świecie, zero pokory. Różni nas tylko wrażliwość. Czasami to jednak znaczy, że różni nas wszystko. No i chuj – jak pewnie powiedziałby Marcin Opałka, najśmieszniejszy bohater „Pitbulla”, wrażliwy wielbiciel Marcina Dańca zresztą. I co z tego, świat i tak jest tylko naszym (moim, Twoim) wyobrażeniem – jak powiedziałby Artur Schopenhauer plus jeszcze inny, chyba najważniejszy bohater ostatniego filmu Vegi. I wreszcie –  koniec i bomba, a kto czytał ten trąba – jak napisał kiedyś jeden gościu, o którym ludzie gadali, że to pedał był. A przy tym Polak. Ciekawe, co by napisał, gdyby dane mu było obejrzeć ostatnie dwa „Pitbulle”.

Kategorie
felietony
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz