Ⓒ Jakub Piechota
felietony

Pijąc książki / czytając piwa S02E05

Książkowo-piwny felieton, do poczytania i wypicia co dwa tygodnie.

Ja tu sobie gadugadu z Państwem o książkach, o piwie, jak to, prawda, fajnie można połączyć, albo jak to niefajnie można połączyć, itd., itp. A tu okazuje się, że nie tylko piwo do książki w garść, że nie tylko książkę do piwa podobnie, ale również, uwaga, książka może stać się impulsem do wytworzenia piwa. Tak jest, proszę szanownego Państwa. W ostatnim czasie, trzy różne browary: Pinta, Łańcut i Trzech Kumpli wypuściły, lub niedługo to zrobią, piwa, których źródłem nazwy była literatura.

Mamy tu piwo Dimi3ri inspirowane „Braćmi Karamazow” Fiodora Dostojewskiego, piwo Idiota inspirowane „Idiotą” tego samego pisarza (przypadek?) oraz piwo Niedorżnięty, dla którego punktem wyjścia była proza Stephena Kinga.

Przyznam, że fajnie to wygląda. Przynajmniej mnie zainspirowało do powrotu w klasyczne strony literatury i aktualnie noszę na uszach „Idiotę”. Bo dlaczegoż by nie? Lecz póki co, na dzisiaj przygotowałem dwa kryminalne komiksy i jedną klasykę sensacji (też klasyczna strona literatury), od której sobie zaczniemy.

„Casino Royale” – Ian Fleming.  Powróciłem do książkowego Bonda po wielu, wielu latach. Byłem bardzo ciekawy jak to z nim na początku było zanim ukształtował się jego wizerunek filmowy. Czy wiele odbiega od tego książkowego? Aby się przekonać sięgnąłem po pierwszą część z agentem 007 „Cassino Royale”. Książka napisana w 1953 roku. Krótka, jak na dzisiejsze standardy – 200 stron w niewielkim formacie. Poznajemy Jamesa Bonda, którego zadaniem jest doprowadzenie do śmierci sowieckiego szpiega Le Chiffre’a, ale w taki sposób, aby zabili go swoi. Sprzeniewierzył on bowiem dane mu przez mocodawców pieniądze, a teraz próbuje je odzyskać i się zrehabilitować grając we francuskim kasynie o wysokie stawki. Czym prędzej do kasyna zostaje wysłany Bond, aby włączyć się do gry i zagrać z Le Chifrem o wszystkie jego pieniądze. Ewentualna wygrana Bonda pogrążyłaby Le Chiffre’a na amen. Książka składa się z dwóch nieoznakowanych części: pierwsza to akcja związana z Le Chiffrem, a druga to konsekwencja tejże akcji – wątek romansowy z agentką Vesper.

Czytało się przyjemnie i  czasami faktycznie nie można się było oderwać od lektury. Co tam się nie działo! A już rodzaj tortur, którym Bond był poddany to szczyt, cholera, wszystkiego!  Kolana mi miękły. Nie myślałem też, że akcja przy stoliku karcianym może być taka wciągająca. Lecz bardziej od samej akcji i intrygi interesowała mnie osoba Bonda. Z filmów znamy go jako twardziela z półuśmieszkiem, miłośnika kobiet, samochodów i gadżetów, lecz, mimo wszystko, jest to obraz typowo sensacyjno-rozrywkowy. Byłem bardzo ciekaw, czy w książce jego postać jest bardziej pogłębiona.

No i dostałem Bonda ponurego, bez sentymentów, całkowicie oddanego pracy, traktującego kobiety przedmiotowo, dopóki się nie zakocha. Tutaj nawet się oświadcza, ale kiedy okaże się, że nic z tego, od razu przechodzi nad tym do porządku dziennego, przekonując się po raz kolejny, że przez swoją nieuwagę dał się ponieść słabości. W pewnym momencie Fleming opisuje go tak:

„Przez parę chwil Bond siedział bez ruchu, patrząc przez okno na ciemną powierzchnię morza, potem (…) umył zęby, zgasił światło i z ulgą wsunął się w szorstką francuską pościel. Przez dziesięć minut leżał na lewym boku, rozmyślając nad wydarzeniami dnia. Potem odwrócił się i skupił na powoli ogarniającej go fali snu. Na koniec wsunął prawą dłoń pod poduszkę i dotknął kolby colta police positive kaliber 38 z odpiłowaną lufą. Gdy zasnął, ciepłe i przyjazne spojrzenie oczu zgasło, a jego rysy zmieniły się w maskę – ironiczną, brutalną, zimną”.

Tak, tak –„ ironiczną, brutalną, zimną”. Nie ma przeproś. Tak mówi o nim M do Vesper:

„- To człowiek bez reszty oddany pracy – mówił jej szef, objaśniając plan. – Nie wyobrażaj sobie, że to zabawa. Facet nie myśli o niczym innym oprócz zadania, a wtedy praca z nim to istne piekło. Ale jest zawodowcem. Takich mamy niewielu, więc nie będziesz tracić czasu. Do tego facet jest przystojny, więc nie zakochaj się w nim. Nie sądzę, żeby miał serce”.

Bond zdawkowo o sobie:

„Nietrudno dostać numer z podwójnym zerem, jeżeli nie ma się nic przeciwko zabijaniu ludzi”.

„Podwójne zero oznacza u nas, że wykonałeś zadanie, zabijając z zimną krwią człowieka”.

A co na temat kobiet myśli nasz bohater? Dostał agentkę Vesper do pomocy, w której zaczyna się bujać:

„A na dodatek jeszcze ta utrapiona dziewczyna. Westchnął. W jego świecie kobiety służyły do rozrywki. W pracy bez przerwy wchodziły w drogę, a seks, zranione uczucia i cały ten bagaż emocji utrudniały wykonywanie zadania. Bezustannie trzeba się było nimi zajmować i uważać na nie. – Co za suka – powiedział Bond”.

„Tego się obawiał. Cholerne baby, które wbiły sobie do głowy, że nadają się do męskiej roboty. Dlaczego, do diabła, nie mogą zostać w domu, zająć się garnkami, ciuchami i plotkami i nie zostawią męskich zajęć mężczyznom? Że też coś takiego musiało mu się przydarzyć właśnie wtedy, kiedy tak dobrze wykonał całe zadanie. Vesper dała się nabrać na sztuczkę starą jak świat. Porwana, pewnie dla okupu, jak jakaś pieprzona bohaterka komiksu. Co za głupia suka!”

A teraz trochę z innej beczki. Jaki wygląd miał James Bond? Proszę bardzo, okazuje się, że Bond miał bliznę na twarzy:

„Szaroniebieskie oczy spoglądały spokojnie i trochę ironicznie. Krótki kosmyk czarnych włosów, który nigdy nie miał ochoty słuchać grzebienia, powoli opadał, tworząc gruby przecinek nad prawą brwią. Jego twarz z wąską, pionową blizną, biegnącą w dół prawego policzka, mogła sprawiać wrażenie pirata”.

Natomiast Vesper opisuje go tak:

„Jest bardzo przystojny. Przypomina mi Hoagiego Carmichaela, ale jest w nim coś zimnego i bezwzględnego…”

Hoaggie Carmichael:

A jakie Bond miał hobby?

„Bond miał jedno jedyne hobby. Był nim jego samochód, jeden z ostatnich kabrioletów coupe Bentleya z cztero- i pół litrowym silnikiem doładowanym sprężarką firmy AmherstVillers. Kupił go prawie nowego w 1933 roku i przez całą wojnę trzymał w bezpiecznym miejscu(…) Bond prowadził ostro i pewnie, a jazda sprawiała mu niemal zmysłową przyjemność”.

No i na koniec przepis Bondowskiego drinka:

„Bond (…) uważnie spojrzał na barmana.

– Dla mnie wytrawne martini – powiedział –Jedna miarka. W głębokim kieliszku do szampana. (…) To nie wszystko. Trzy miarki dżinu Gordon’s, jedna wódki i pół Kina Lillet. Proszę bardzo dobrze wstrząsnąć, dopóki wszystko nie zrobi się zimne jak lód, a potem dodać duży cienki kawałek skórki od cytryny. Rozumie pan?”

Poznałem Bonda na nowo i jest to fascynująca postać. Ale to dopiero początek. Mam zamiar poznawać go dalej. Raz się już nawet przedstawił: „Bond. James Bond”.

Casino, pils z Browaru Raduga. Przypomnę, że pils to styl piwa wywodzący się z Czech i, jak pisał Tomasz Kopyra, „można go nazwać protoplastą dzisiejszego jasnego lagera”. W zapachu dużo słodu, jabłek i trochę mokrej tektury. W smaku już jest lepiej. Bardzo delikatnie, ale z wyczuwalną goryczką. Cały czas jednak gdzieś zza kotary wyglądają te jabłka, nie mogąc się zdecydować, czy wejść na scenę czy nie. Ta delikatność niebezpiecznie pikuje ku wodnistości, lecz goryczka katapultuje smak ratując całość. Kolor bardzo jasno słomkowy, nie wygląda zbyt zachęcająco. Piana się utrzymuje.

Reasumując: pachnie do kitu, smakuje w miarę. Może być, ale spodziewałem się czegoś innego. Na przykład czegoś, co zrobiła Pinta z lagerem w piwie Hoplaaga; jakiegoś pilsa, który mógłbym postawić na wzór wśród pilsów, a tu niestety tylko lekko się wyróżnia tą goryczką. Z bólem serca przyznaję, bo lubię piwa z tego browaru, ale to piwo jest tylko poprawne i tylko wśród innych pilsów.

Nie wiem, czy to będzie komplement dla Radugi, czy wręcz przeciwnie, ale moja żona powąchawszy to piwo powiedziała: „jak żywiec”.

„Blacksad. Pośród cieni” – Juan Diaz Canales i Juanjo Guarnido. Pierwsza część cyklu. Kiedy usłyszałem o tym komiksie miałem dosyć sprzeczne odczucia, bo z jednej strony jest to mój ulubiony gatunek, czyli czarny kryminał, a z drugiej nie byłem ufny do rysunków, w których występowały antropomorficzne zwierzęta. Okazało się, że niepotrzebnie się obawiałem, bo te rysunki są po prostu wspaniałe. Mało powiedziane – genialne. Każdy grymas oddany na twarzy jest prawdziwy. Każdy błysk w oku pełen emocji. Ponadto Juanjo Guarnido nadając ludzkim postaciom zwierzęce odpowiedniki nie robi tego na chybił trafił. Zawsze dana postać charakterem przypomina swój zwierzęcy odpowiednik. Szantażysta robiący śliskie interesy – jaszczur, bokser – goryl, krętacz grający na dwa fronty – szczur, gwiazda filmowa – kotka, barman o zatłuszczonym podkoszulku w zapadłej spelunie – wieprz, tajniak – lis. A jakie zwierzę jest przypisane policjantom? Oczywiście – pies.

Sama opowieść w konwencji czarnego kryminału też jest bardzo na miejscu. Zostało znalezione ciało gwiazdki filmowej, z którą niedawno miał romans prywatny detektyw Blacksad (czarny kot, a jakże), robiący u niej wówczas za bodyguarda. Wspomnienia nie pozwalają mu zostawić tej sprawy policji. Sam zaczyna dochodzić kto zabił, lub komu zależało na jej śmierci. Nić śledztwa zaczyna niebezpiecznie prowadzić do coraz wyższych sfer.

Wszystko tu gra z konwencją noir. Miasto, zepsucie, samotny bohater, który nie jest bez skazy. Wszystko w stonowanych kolorach z przewagą sepii. Blacksad w nieodłącznym bogartowskim płaszczu. Czas akcji – pierwsza połowa XX wieku. Całość czyta się z wielką przyjemnością. Punkt obowiązkowy, jeżeli chodzi o komiks i jeżeli chodzi o czarny kryminał.

Chyba się powtórzę, ale powiem to jeszcze raz. Dzięki komiksowi poznałem nową świeżość w kryminale. Trafia do mnie z ogromną siłą. Na razie to odkrywam, rozglądam się oszołomiony i wybieram co inni polecają. Zobaczymy co będzie dalej, kiedy komiks rozłoży przede mną większy wachlarz swoich dokonań. Bo, póki co, jest świetnie.

Piwo Ruda Maruda w stylu imperial red american india pale ale z Browaru Waszczukowe z Czarnej Białostockiej. Ekstrakt 19 st. BLG, alk. 8,3% obj. Amerykańska IPA, ale z polskim chmielem Marynka.

Pachnie karmelem, spodem od ciasta, kawą, chmielem, cukierkami „kukułka” i trochę mocną gorzką herbatą. Piana niezbyt obfita, ale cały czas widać jej cienką warstewką na wierzchu. Kolor: bardzo ciemny, wręcz nieprzejrzysty bursztyn.

Mmm… w smaku odczucia podobne jak przy zapachu. Do tego przepotężna żywiczna goryczka na samym końcu języka. Rewelacyjne piwo. Intensywny smak, w którym jest też miejsce na wszystkie wspomniane przy zapachu odczucia smakowe. Piwo petarda. Odczucia smakowe, jak pierwsza w życiu przejażdżka czołgiem.

Ruda Maruda bezkompromisowo oddala mi swój smak. A ja smakowałem ją długo, niespiesznie, małymi porcjami. Jednak powoli zacząłem zdawać sobie sprawę, że Ruda poddając mi siebie, zaczyna mną rządzić. Im bardziej ją brałem, tym bardziej byłem w niej zadurzony. Miała mnie i robiła ze mną co chciała. Na początek mało nie zleciałem ze schodów, gdy szedłem po kiszoną kapustę.

Jason Aaron i R.M. Guera – „Skalp. Tom trzeci”.

Zaczyna się co nieco zmieniać na szachownicy rezerwatu Indian Dakota. Lincoln Czerwony Kruk już wie, że ma kreta. Dashiell Zły Koń jest w nie lada tarapatach. W jego głowie zapadają decyzje, w wyniku których ubędzie trochę ludu tego świata. Ktoś musi się stać kozłem ofiarnym. I to nie będzie pierwszy lepszy Indianin.

Niezmiennie ten komiks wywołuje u mnie spazmy zachwytu. Różne powody się na to złożyły, ale wszystko ma tutaj swoje należne komiksowi miejsce i gra jak dobrze naoliwiony smith and wesson.

Po pierwsze: tło obyczajowe. Wszystko się dzieje we współczesnym rezerwacie Indian w USA. Autorzy pokazują to miejsce bardzo dosadnie. Indianie pozostawieni przez państwo samym sobie. Róbcie sobie co tam chcecie, my ubogim wypłacimy jakiś zasiłek, rządźcie się. I prawie wszyscy z braku pracy biorą ten zasiłek i chleją wódę. Ale jest jedna rzecz, która ich trzyma przy życiu: kultura, której śmierci boją się bardziej od własnej. Ujęte to wszystko w szerokim aspekcie zostaje  w głowie i rodzi wiele refleksji.

„– Dawno temu biały człowiek umieścił tu pański lud, by was ujarzmić, tak? By odciąć was od kolei i miasteczek górniczych. Generalnie, by trzymać was na uboczu. Dlaczego jednak tkwicie tu nadal? Dlaczego nie przeniesiecie się tam, gdzie jest robota, a ziemia nie jest naszpikowana kośćmi zmasakrowanych przodków?

– Bo to jedyne miejsce, gdzie możemy pielęgnować naszą kulturę i być samodzielni. Ma pan rację. Biali wsadzili nas do rezu, byśmy umarli. Ale my odgryzamy się tym, że żyjemy. Odgryzamy się codziennie trwając”.

Po drugie: czarny kryminał. Źli policjanci ścigają złych przestępców. Każdy ma sporo za uszami i motywy ich postępowań są bardzo złożone. Wszystko w otoczce upadku moralnego i beznadziejności. Kasa usprawiedliwi wszystko. Ale zawsze w czarnym kryminale jest ktoś, kto mimo tego bagna chwyta się czegoś, co nie pozwoli mu do końca utonąć, a tym czymś jest honor, albo to co z niego zostało. Taką postacią według mnie jest policjant Franklin Upadający Na Ziemię.

Po trzecie: sensacja w czystej postaci. Mordercy, szuje i gangi. Akcje policyjne. Rozwiązania fabularne z najwyższej półki, zupełnie nieoczywiste, które mnie co parę kartek zaskakiwały. Strzelaniny, narkotyki i tortury. Poza tym cały czas wisi nierozwiązana jedna z głównych tajemnic, czyli zagadka zabójstwa Giny Zły Koń. Jedna z głównych, bo tajemnic jest tutaj sporo.

Po czwarte czuję, że mógłbym wymieniać tak bardzo długo, ale wspomnę jeszcze tylko o jednym: rysunki. Moim zdaniem mistrzowskie. R.M. Guera swoją kreską podkreśla i uzupełnia to, o czym wyżej napisałem. Każdy niuans postaci lub otoczenia oraz emocje bohaterów są tak pokazane, że wracam po kila razy do tych kadrów nie mogąc się nadziwić. Każdy grymas oddaje nastrój i myśl. Wciąga to czytelnika jak topielec pod wodę. I chyba właśnie o to chodzi w komiksie. Nie jestem wyrobionym czytelnikiem komiksów, ale zacząłem osiem miesięcy temu od „Skalpu” i to był dobry wybór – wsiąkłem na całego.

Pozostańmy w klimacie amerykańskim. Piwo Yellowstone z kontraktowego Browaru Deer Bear z Torunia. Piwo uwarzone w stylu american india pale ale, czyli tradycyjna IPA na amerykańskich chmielach. Na etykiecie napisano: „Połączyliśmy intensywne chmielenie na każdym etapie produkcji piwa z drożdżami o mocno owocowym profilu”. Oprócz słodu jęczmiennego zastosowano też słód pszeniczny. Alkohol 5,8 % obj., goryczka ok. 60-70 IBU. No i jest fajnie. Piękny zapach chmielowo – słodowy (biszkopty), a jak na amerykańskie chmiele przystało – ich zapach to zapach owoców tropikalnych, tutaj dominuje mango. W smaku piwo również wywołuje pozytywne odczucia. Ten słód pszeniczny chyba robi swoje, bo piwo wydaje się gładkie jak policzek Lewandowskiego. Ładnie ułożone, czuć dużą słodowość, ale i niewybijającą się goryczkę. Fajnie się to razem komponuje i przy bardzo niskim nasyceniu daje ciekawy efekt. Do samego dna piwo nie nudzi i bardzo się zdziwiłem, kiedy je nagle zobaczyłem.

Zaraz po nalaniu do szklanki dałem powąchać mojej żonie: „jaśminowo – kwiatowo – gorzkie”. Nic dodać, nic ująć. Na marginesie: Państwo wiedzą, że nos kobiety przy nosie faceta jest jak Tour de France przy Tour de Pologne? Trzeba o tym pamiętać. Ale tylko czasami.

Kategorie
felietony
Jakub Piechota

GeoKuba. Rocznik 1975. Miłośnik książek od urodzenia i miłośnik piwa od osiemnastego roku życia. Mieszka na Roztoczu, głowę ma w chmurach, a serce w górach. Próbuje łączyć swoje pasje i dzielić się tym na swoim blogu. Oprócz tego żyje z posiadanych uprawnień zawodowych w zakresie geodezyjnych pomiarów sytuacyjno-wysokościowych, realizacyjnych i inwentaryzacyjnych, rozgraniczania i podziałów nieruchomości oraz sporządzania dokumentacji do celów prawnych. Ma trzy psy i pięć kotów. Prowadzi bloga Book-Beer Geek.
2 komentarze
  • Jason Aaron i R.M. Guéra – „Skalp. Tom trzeci” – Book-Beer Geek
    22 marca 2018 at 23:08
    Skomentuj

    […] Niezmiennie ten komiks wywołuje u mnie spazmy zachwytu. Różne powody się na to złożyły, ale wszystko ma tutaj swoje należne komiksowi miejsce i gra jak dobrze naoliwiony smith and wesson. Piwo Yellowstone z kontraktowego Browaru Deer Bear z Torunia dorównuje książce. Co i jak piszę na Dzikiej Bandzie. […]

  • Juan Díaz Canales i Juanjo Guarnido – „Blacksad. Pośród cieni” – Book-Beer Geek
    24 marca 2018 at 22:32
    Skomentuj

    […] ciekawych, na Dzikiej Bandzie zawarłem więcej […]

  • Dodaj komentarz