Ⓒ Jakub Piechota
felietony

Pijąc książki / czytając piwa S02E03

Książkowo-piwny felieton, do poczytania i wypicia co dwa tygodnie.

Dzisiejszy odcinek sponsoruje alkoholizm, czarny kryminał i, z jednym wyjątkiem, czarne piwo.

Filip Marlowe (tak w książce pisane jest jego imię), lat 42, prywatny detektyw, poznaje przypadkiem Terry’egoLennoxa. Facet jest napity w trzy ognie, a na dodatek żona go wyrzuciła z samochodu i zostawiła na środku ulicy. Lennox wygląda biednie, ale sympatycznie, więc Marlowe lituje się nad nim, zabiera go do domu i daje mu dach nad głową na kilka dni. Potem ich drogi się rozstają, ale po jakimś czasie Marlowe znowuż znajduje Lennoxa zapijaczonego na środku ulicy i historia się powtarza. Marlowe pomaga mu się podnieść, ale tym razem facet na tyle się zbiera, że wraca do niego bogata żonka, a z detektywem chodzi sobie od czasu do czasu na przyjacielskiego drinka. Za trzecim razem jest inaczej; pewnej nocy Lennox staje u drzwi Marlowe’a i oświadcza, że zabił żonę i żeby ten pomógł mu go zawieźć na lotnisko, z którego ucieknie do Meksyku. I zaczyna się dziać.

„Długie pożegnanie” Raymonda Chandlera to szósta część z Philipem Marlowe. Wszystkie poprzednie książki Chandlera to były fajerwerki; olśniewały, zdumiewały, zachwycały – biłem brawo, bo to była przednia zabawa. Ta książka jest inna. Zostawia głęboki ślad. Wielowątkowa, dojrzała, wymowna i niezwykle oddziaływująca. Nie ma typowego zagmatwanego śledztwa, takiego do którego przyzwyczaił nas Autor. Jest intryga, ale przede wszystkim są ludzie zaplątani w morderstwa, kłamstwa, spekulacje i własne demony. Lekarze nie leczą, tylko zarabiają na ludziach podając im narkotyki. Policja potrafi tylko używać pały. Prokuratura i gazety są na usługach oligarchów. Gangsterzy panoszą się nic sobie z tego nie robiąc. Kobiety są zepsute do szpiku kości, a wszyscy faceci to alkoholicy. Żarcie w barach nie nadaje się nawet dla szczurów, a lokaje i służący latynoscy chowają w mankietach sprężynowe noże. A wśród nich Filip Marlowe, który wyśmiewany, popychany i bity, w imię honoru i pamięci dla przyzwoitego człowieka, próbuje wykrzesać iskierkę normalności, którą pewnie i tak nikt nie zauważy, bo wszystko przykrywa smog miasta Los Angeles.

Dodatkową siłą wyrazu książki może być również zestawienie jej treści do ówczesnych problemów życiowych Raymonda Chandlera. Opisy problemów alkoholowych, zachowań alkoholików, wręcz całe studium alkoholizmu zawarte w powieści przeszywa na wskroś.

Kwintesencja stylu noir. Daje kopniakiem prosto między oczy. Aż niewiarygodne, że książka powstała w 1953. Genialna, genialna.Zawarty w książce opis rodzajów i typów blondynek, to dla mnie Nobel. Służę skanem.

„Jeśli pijak rzeczywiście chce się napić, to nie ma sposobu, by mu w tym przeszkodzić.”

„Nigdy nie należy zajmować się pijakiem, to błąd. Nawet jeśli cię zna i lubi, to i tak można się spodziewać, iż znajdzie dogodny moment, żeby cię strzelić w zęby.”

„Udałem się do pobliskiego barku, zjadłem kanapkę i napiłem się kawy. Kawa była lurowata, a kanapka miała smak starej podeszwy. Amerykanie zjedzą wszystko, o ile tylko jest to podane na grzance, przekłute paroma wykałaczkami, a z boku wystaje sałata, najlepiej jak trochę zwiędnięta.”

„Francuzi mają na to określenie. Te sukinsyny mają na wszystko określenie i to doskonale oddające istotę rzeczy. Żegnać się to tak jakby trochę umierać.”

Porter Podbity Śliwką to porter bałtycki z dodatkiem naturalnej wędzonej śliwki (2%). Uwarzony przez Browar Jabłonowo. Pierwsze tego typu piwo wypuścił Browar Kormoran i nosiono nazwę Imperium Prunum. Piwo to stało się już legendą i ikoną polskiego piwowarstwa. Porter Podbity Śliwką ma aspirację dorównać legendzie i idzie mu całkiem dobrze.

Browar Jabłonowo nie powstał na bazie piwnej rewolucji, istnieje od 1992 roku. Był jednym z pierwszych browarów, które zaczęły produkować piwa mocne, jak również jednym z pierwszych które zaczęły rozlewać piwa w puszkach aluminiowych. To ten browar produkował piwo Gulczas z wizerunkiem Piotra Gulczyńskiego, bohatera pierwszego programu Big Brother w Polsce.

Jednak przyszło nowe i chcąc wejść na rynek piw nowofalowych Browar Jabłonowo wyodrębnił markę pod nazwą Manufaktura Piwna i w ramach tejże wypuszcza na rynek naprawdę fajne piwa. Jednym z nich jest właśnie to. Na zdjęciu jest jego poprzednia warka z przed roku. Obecna warka ma podbite drugie – prawe oko. I tę otworzymy.

O borze tucholski, jak ono pachnie! Jest karmel, wędzonka, słodka dojrzała śliwka, praliny i trufle. Coś niesamowitego. Nalejmy, bo dostałem jakiejś erupcji we łbie i ślinianki zaczęły wariować. Gęste, oleiste, kolor czarny, nieprzejrzysty jak smoła. Piana zasyczała i tyle ją widziałem. Wizualnie bez tej piany biednie to wygląda. Wypijmy. Jest słodko, jest wędzonka, jest gorąco w przełyku i jest słodka śliwka. Znajdzie się też trochę kawy i czekolady. Ależ to, kurde, połączone! Wszystko tu gra. Nic się nie wybija. Karmel połączony z nutami tej wędzonej śliwki, wpasowana w to goryczka… Goryczkę czuć na dole języka, a słodkość na przedzie, nuty wędzone gdzieś na podniebieniu. Układa się wszystko wzorowo. Alkohol 9,9% obj. zupełnie nie wyczuwalny w smaku, za to rozgrzewa przełyk jak termofor zziębnięte kobiece ciało…

Piwo wymiata. Jest rewelacyjne, jak to mówią: sztos! Poprzednia edycja, jak i ta, tak samo była wyśmienita. Jedyne co można w nim poprawić, to rozlewać je w mniejszych butelkach, bo jednak 0,5 są za duże na taką dawkę intensywności. Pod koniec butelki byłem już tak otumaniony wrażeniami, że zbyt długo szukałem słów.

Piwo o nazwie Dla Paskudnych Pijaków z Browaru Brodacz z Sopotu w stylu nowofalowego pale ale to pretekst do kolejnej książki.

Poprzednie warki tego piwa były sygnowane jako newwave german pale ale, czyli na niemieckich chmielach, ale tutaj już są same amerykańskie.

Zapach nie jest zbyt przyjemny; pachnie skiśniętymi jabłkami, cydrem, a także czuć płyn do mycia naczyń. Jak mocno się postarać, to można naciągnąć ten zapach do zapachu żurawin. W smaku też nie jest za ciekawie; smak musującego wina, który dopiero teraz odbił się po sylwestrze. Gorzkie, ale nie jest to przyjemna goryczka. Być może taka butelka mi się trafiła, że coś się stało z tym piwem, dofermentowało, albo co. Jest jakby skwaśniałe. Termin przydatności do spożycia to luty 2018, a piłem je na początku stycznia, tak więc przeterminowane ono nie było. Jako dodatki do piwa zaserwowano skórki z pomarańczy, ale ich nie czuć. Opis na butelce jest podobny do obrazka. Paskudnie śmieszny.  Piłem lepsze piwa z tego browaru. Piwo Dla Paskudnych Pijaków, widać nie dla mnie. Tym bardziej przejdźmy do lektury.

Tym, co spowodowało, że wziąłem się za tę książkę było, po pierwsze, osoba Autora, którego znam głównie jako dziennikarza mającego jedną z większych w naszym kraju wiedzę i rozeznanie na temat kryminału, i z którego opiniami się liczę,a po drugie, to piwo, które wyhaczyłem kiedyś na sklepowej półce i od razu skojarzyło mi się w tą książką. (Tak więc klasyczny przypadek, kiedy to piwo zdecydowało ostatecznie którą książkę będę czytał. Można? Można, proszę Państwa, i to nie jest i nie będzie odosobniony przypadek).

Zauważyłem, że „Wspaniałe życie” Roberta Ziębińskiego zbiera skrajne oceny od czytelników. Jednym się podoba, a inni nie mogą doczytać do końca. Z reguły tak mam, że nie lubię przed lekturą czytać drobiazgowo o czym jest dana lektura. W tym przypadku doleciały do mnie strzępki informacji, że to o jakimś pijaku, i że wątki kryminalne, klimat noir… Myślę: dawaj, przekonajmy się.

Przekonałem się po raz kolejny, że lepiej nie czytać streszczeń.

Teraz rozumiem tych wrażliwców, którzy nie dali rady przebrnąć przez początkowe rozdziały. Robert Ziębiński stworzył tamę dla czytelnika o słabych nerwach, by go nie dopuścić dalej, żeby nie tracił czasu. Tama składała się z prawie wszystkiego, czego trzeba, aby od książki odrzuciło. Narracja jest pierwszoosobowa, więc wszystko skupia się na głównym bohaterze – Pawle. A koleś jest totalnie odpychającym, wulgarnym, zadufanym w sobie alkoholikiem, wszystkich traktuje z góry, a kobiety przedmiotowo. Jeżeli ktoś stworzył słownik wulgaryzmów, to Paweł zna go na pamięć, a może i nawet dodać do niego kilka pozycji. Pracuje w wydawnictwie i uważa, że złapał Pana Boga za nogi. Opisuje swoje oraz kolegów pijackie wyczyny i seksualne podboje językiem bezpardonowym, ze szczegółami i bez ogródek. Żonę zdradza, oszukuje i kiedy ta ma dość, jest wobec niej ordynarny.

Nie ma to jak zachęcić czytelnika do dalszej lektury. Ale kogo miało odrzucić to odrzuciło, a kogo miało tym bardziej zaintrygować, to uwiodło. Bo przecież nie chodzi tu o wulgarność samą w sobie. Jest ona rażąca, owszem, ale jest tylko tłem do ukazania istoty tej książki – alkoholizmu. Nie zawsze opowieść jest wymuskanym pudelkiem na wystawie, ale może też być wytarzanym w błocie wilczurem wpadającym na salony. Alkoholizm może dopaść cichą panią domu, albo typka o niewyparzonej gębie i zaburzonej empatii jak Paweł.

Kiedy Paweł po utracie pracy i dziewczyny uświadamia sobie, że to chyba jednak trochę jest jego wina w tym, że jego postrzeganie rzeczywistości grało znaczonymi kartami, a teraz właśnie zostaje wyrzucone kopniakami za próg kasyna, decyduje się na terapię odwykową. No i tu się zaczyna właściwa książka. Dalej historia jest opowiadana przez Pawła bez ogródek i prosto z mostu, ale mimo wszystko z poczuciem winy. Jego „co to nie ja” powoli przeradza się „tam w lustrze to nie ja”.

Oczywiście Paweł snuje swoją opowieść w sposób cyniczny i sarkastyczny, ale również z przewrotnym humorem. Ta książka to nie jest muł, w którym ciężko czytelnikowi nabrać powietrza, bo aż ciśnie na płuca. Owszem, kaliber ciężki ale niesiony sprawnie z częstą autoironią i dowcipem. (Ewelina Dyda, autorka „Złej waluty”, nazwała tę książkę „wesołą degrengoladą”).

„Nieobecność sekretarki powinna była mnie zaniepokoić. Panna siedzi na swoim stanowisku niemal całą dobę. Żartowaliśmy w dziale, iż jej posadę zapewne sponsoruje Pampers.”

„Zauważam pewną ponurą prawidłowość. Większość alkoholowych tragedii w życiu moich terapeutycznych pobratymców wiąże się albo z seksem, albo z pracą. Leją żony, bo im nie staje. Nie staje im, bo piją. Po pijaku chodzą na dziwki, bo wtedy im staje, a gdy wracają do domów, leją żony, ponieważ byli na dziwkach przez nie, bo przy nich im nie staje.”

„Nigdy nie ufaj mężczyznom palącym cienkie papierosy”.

„W końcu wszyscy wiemy, że nie ma diabła. Jest tylko Bóg, kiedy się nawali.”

Główny bohater ma cięty język, i sam na sam próbuje traktować  siebie z dystansem. Świetnie wczuł się w to lektor audiobooka – bo w takiej formie „czytałem” tę książkę – Tomasz Sobczak.

W sumie jedynym do końca poważnym w niej fragmentem był pisany przez Pawła w ramach terapii list do alkoholu. Wypadło to naprawdę przejmująco.

Poza tym dla oddechu dostajemy fragmenty powieści, którą Paweł, jako swoją autoterapię, pisze. Zatem możemy wejść w książkę w książce. Paweł ma świetne pióro i pisze kryminał o zawodowym zabójcy. Fragmenty, które dostajemy, to kolejne e zabójstwa. I jest to bardzo ciekawy, odświerzający zabieg.

Książka bogata interpretacyjnie. Warto było.

Mam nadzieję, że już niedługo będzie kontynuacja, bo nie wysiedzę spokojnie na miejscu. Książka urwała się jak ciachnięta toporem i nic nie zrobisz, człowieku.

Ale od początku. Pierwsza część „Grimm City. Wilk!” Jakuba Ćwieka olśniła mnie swoją świeżością, mimo iż pochodziła z najciemniejszych zakątków tłustego i przyprószonego sadzem miasta. To było coś, co we mnie trafiło rozwichrzając moje wąsy i strącając tupecik. Z zapałem zabrałem się za niniejszą, drugą część cyklu, czyli „Grimm City. Bestie”.

Są tam postacie znane z poprzedniej części: inspektor Evans, agent McShane, dziennikarka di Neve, zabrakło natomiast muzyka Moore’a. Ale za to doszły też nowe, a zwłaszcza Emmeth „Bestia” Braddock, samozwańczy przywódca części miasta pozostającej poza prawem, czyli tej położonej za mostem. Były żołnierz i bokser, potężny gość, niezniszczalny facet, a jednocześnie czuły na krzywdę dzieciaków, posiadający córkę, która jest całym jego światem. Od razu stanął mi przed oczami Mickey Rourke z Sin City.

Ale to cały czas miasto Grimm City jest głównym bohaterem opowieści. Tym razem wnikamy w jego jeszcze czarniejszą stronę, czyli tę część położoną za mostem, gdzie diabeł mówi dzień dobry, a wrony nie zawracają, bo nawet nie doleciały.

To co się dzieje w tym tomie nie ma jakiejś bezpośredniej kontynuacji z tomem pierwszym. Owszem, to co było konsekwencją poprzednich wydarzeń tkwi w powietrzu, ale akcja skupia się na nowych. Po pierwsze, w mieście zostaje zabita szycha, a może nawet głowa jednych z dwóch największych rodzin mafijnych. Miasto nabrało powietrza w płuca ze strachu i nie śmie go wypuścić, żeby czegoś nie sprowokować, jednocześnie się dusząc. Wojna mafijna wisi na włosku, wszystko tkwi w klinczu i coś trzeba z tym szybko zrobić. Okazuje się, że znaleziono zabójcę, którego jak najszybciej trzeba osądzić, żeby załagodzić sytuację. Wokół tego toczy się szereg wydarzeń związanych z procesem sądowym, zbieraniem przysięgłych, słownymi potyczkami prokuratora z adwokatem, przesłuchiwaniem świadków.

A po drugie, w mieście rozpanoszył się seryjny morderca nazwany drwalem, który porywa kobiety, morduje je i części ich ciał podrzuca w różne miejsca w mieście. Na tle mafijnego kryzysu problem jakiegoś jednostkowego kata nie wydaje się priorytetowy. Do tej sprawy przydzielony zostaje inspektor Evans w ramach kary za wydarzenia z poprzedniej części. Jednak okazuje się, że bez współpracy  ludzi zza mostu, nie da się za wiele wyjaśnić. Na domiar złego, niebezpiecznie sprawa Drwala zaczyna mieć dziwny związek z trwającą akurat sprawą sadową.

Świetnie Autor to wszystko prowadzi. Łączy środowisko sądowe, policyjne, mafijne i to pomniejsze gangsterskie. Z jednej strony pełne niuansów taktyczne rozmowy prokurator – sędzia – adwokat, a z drugiej kobieta uwięziona przez Drwala w klatce, która słyszy dźwięki rąbanych ciał innych uwięzionych. Wszystko polane czarnym noirowym sosem, gdzie gangsterzy nie muszą być źli, a policjanci dobrzy.

Całość trzyma poziom i rozpisana jest, widać, na wiele części, bo niektóre wątki wyjaśniły się pod koniec, ale inne nie, a wręcz zostały urwane niemal w połowie. Zacny to cykl, ujął mnie swoim klimatem, bohaterami i scenografią. Nie pozostaje nic innego tylko czekać na kolejną część „Grimm City”. Co też właśnie czynię.

Piwo RYŚ z Browaru Dukla. Russian imperial stout, czyli mocne (alk. 9,7% obj.), gęste (ekstrakt 24 st. Blg), ciemne piwo. Na etykiecie taka oto morska opowieść: „Samotny twardziel jest tak samotny i tak twardy jak nigdy dotąd, zaś jego przeciwnicy tak okrutni i nieludzcy jak to tylko możliwe. Toteż nic dziwnego, że żadna ze stron nie bierze zakładników, a przegrana oznacza zawsze fizyczna eliminację”. Strach się bać, panie. W dodatku wszystko pisane dużymi literami bez znaków interpunkcyjnych.

W zapachu czuć gorzką czekoladę, kawę, susz świąteczny i trochę nuty mentolowe(?). W smaku okazuje się słodko – wytrawne, gorzkie. Piwo nie jest słodkim ulepkiem, co się przymila do podniebienia jak kotek do nogi pańci. Trochę trzeba  z nim powalczyć, ma charakter, zostaje na języku igiełkami cholernie gorzko-kwaśnej kawy arabica z domieszką wytrawnego czerwonego wina. Trochę jest też gorzkiego przypalonego spodu od ciasta. Czarne, gęste, oleiste niczym kałuża po deszczu na ulicy w Grimm City. Trzeba stawić mu czoło. Faktycznie nie bierze zakładników. Albo do gardła, albo do zlewu. Wybrałem to pierwsze i to był dobry wybór. Dziękuję za uwagę.

Kategorie
felietony
Jakub Piechota

GeoKuba. Rocznik 1975. Miłośnik książek od urodzenia i miłośnik piwa od osiemnastego roku życia. Mieszka na Roztoczu, głowę ma w chmurach, a serce w górach. Próbuje łączyć swoje pasje i dzielić się tym na swoim blogu. Oprócz tego żyje z posiadanych uprawnień zawodowych w zakresie geodezyjnych pomiarów sytuacyjno-wysokościowych, realizacyjnych i inwentaryzacyjnych, rozgraniczania i podziałów nieruchomości oraz sporządzania dokumentacji do celów prawnych. Ma trzy psy i pięć kotów. Prowadzi bloga Book-Beer Geek.
2 komentarze
  • Jakub Ćwiek – „Grimm City. Bestie” – Book-Beer Geek
    16 lutego 2018 at 23:59
    Skomentuj

    […] Więcej na ten temat wyprodukowałem na Dzikiej Bandzie. […]

  • Robert Ziębiński – „Wspaniałe życie” – Book-Beer Geek
    22 lutego 2018 at 22:30
    Skomentuj

    […] Więcej moich pokrętnych tłumaczeń o niej poszło na Dziką Bandę. […]

  • Dodaj komentarz