Ⓒ Jakub Piechota
felietony

Pijąc książki / czytając piwa S02E01

Książkowo-piwny felieton, do poczytania i wypicia co dwa tygodnie.

Tak jak widać, jedziemy z nowym – drugim sezonem. To oznacza, że producenci widzą potencjał. Może nawet jakaś oglądalność jest. Dobre i to, jak ktoś obejrzy, to może i przeczyta. Pierwszy sezon nie okazał się klapą, zatem ciągniemy ten wózek dalej. I bardzo mnie to cieszy. A dopóki mam radochę z tej pisaniny, to może i Państwu się ona udzieli.

„Porzuć swój strach” Roberta Małeckiego (dostępna na Legimi) to druga część trylogii z toruńskim dziennikarzem Markiem Benerem. Już w pierwszej części pt. „Najgorsze dopiero nadejdzie” – swoim debiucie powieściowym – Autor dał się poznać jako gość, który ma lekkie, cięte i bystre pióro. Tak więc teraz z grubsza wiedziałem co mnie czeka, i pod względem stylu, i pod względem ciągłości wydarzeń.

Główną osią tejże – jeszcze nie skończonej – trylogii jest zaginięcie żony Marka Benera. Jej ciała nie odnaleziono, dlatego Bener cały czas ma nadzieję, że ona żyje i nie ustając w poszukiwaniach czepia się każdej nitki mogącej  go do niej doprowadzić. Ale ta część, jak i poprzednia, to również osobne historie z życia Benera.

Wydarzenia omawianej książki toczą się 3 lata później niż części poprzedniej. Bener już nie jest na etacie toruńskiego dziennika. Poszedł na swoje, założył swój tygodnik i razem z zaprzyjaźnioną dziennikarką Aldoną i fotografem, znanych również z pierwszej części, pchają go do przodu nie narzekając na kryzys. Bener, niejako siłą okoliczności, wyspecjalizował się w dochodzeniach w sprawie zaginionych osób; w Toruniu sprawa jego żony jest dosyć znana, więc czasami prywatnie pomaga rodzinom osób, które zaginęły.

W pierwszej części cyklu Marek Bener prowadził śledztwo dziennikarskie w sprawie śmierci swojego dawnego przyjaciela, natomiast tutaj dostaje zlecenie od lokalnego biznesmena, aby znalazł jego zagubioną (dorosłą – tuż po maturze) córkę Monikę. Sęk w tym, że kiedy Bener odbiera telefon ze zleceniem, owa córka znajduje się w jego redakcji…

Robert Małecki w „Najgorsze dopiero nadejdzie” przyzwyczaił mnie do tego, że trup tam ścielił się gęsto, akcja rwała do przodu, nawet jeżeli nie było wiadomo dlaczego coś się działo, to działo się, że hej. A tutaj przeczytałem (przesłuchałem) połowę książki i nikt nie zginął. Żadnego trupa (no chyba, że w prologu). Co jest grane? Zacząłem rozglądać się jak Vincent Vega w domu Mii Wallace w poszukiwaniu domofonu. Ale czy to oznacza, że akcja siadła? Skąd. Bener szukając dziewczyny odkrywa, że wszystkie wątki i poszlaki prowadzące do Moniki prowadzą go również do nowych faktów mających związek z jego żoną Agatą. Równocześnie Aldona chcąc dziennikarsko zgłębić temat toruńskiego nielegalnego hazardu zostaje wplątana w niezłą aferę. Oba wątki zaczynają się łączyć… Daje to taki suspens, że trudno oderwać się od lektury.

Powieść jest poprowadzona inaczej niż jej poprzednia część. Jest bardziej spójna, ułożona i metodycznie idzie do przodu. Wszystko jest bardziej dopracowane. Mniej trupów, ale więcej tajemnicy. Po nitce do kłębka. Bener zbierając informacje na temat Moniki coraz bardziej przestępuje z nogi na nogę ze zdenerwowania i emocji, bo wiąże się to z jego Agatą. Czytelnikowi się to udziela. Im bliżej końca, tym emocje rosną. Robert Małecki ma niezły dar trzymania czytelnika w napięciu. Stosuje takie triki: ucina rozdział w ekstremalnym momencie, by w następnym, dziejącym się już później, wrócić do niego jako wspomnienie. Trochę potrafi tym wkurzyć, ale to działa. Pod koniec nie można usiedzieć spokojnie. Finał jest mocny i spektakularny. Doraźne wątki się rozwiązują, ale oczywiście, na odpowiedź co do Agaty i jej zniknięcia, trzeba będzie poczekać do trzeciej części, która już ponoć napisana i czeka na redakcję.

Przygoda, akcja, humor, napięcie – bardzo dobra książka Roberta Małeckiego. Czekam na trzecią część z niecierpliwością.

Czytał mi tę książkę Jacek Mikołajczak. Bardzo mi odpowiada jego sposób czytania. Uważny, nieśpieszny i, co najważniejsze, nie modulował głosu czytając żeńskie, albo dziecięce role. Nienawidzę tego, kiedy lektor podnosi skalę głosu czytając kobiece kwestie, brzmi wtedy jak Smerfetka czytająca Hamleta. Jeszcze kiedy to robi delikatnie, to ujdzie, ale i tak po kilku godzinach słuchania irytuje.

Przed państwem piwo „Dear Minister” z Browaru Deer Bear z Torunia. Dlaczego wybrałem to piwo, które z wyglądu pasuje do książki jak zebra do wieloryba? A dlatego, proszę Państwa, że ten browar jest z Torunia, Autor jest z Torunia i rzecz w książce się dzieje w Toruniu. Tak więc tym razem łączy nas Toruń. Takie ładne rzeczy tam mają. Trzeba to zaznaczyć.

Z butelki pachnie limonką, ale i trochę zatęchłym pokojem. Po przelaniu do szkła to nieprzyjemne odczucie znika i pojawia się zapach zupy owocowej z kluskami, takiej z wiśni, czereśni lub truskawek – bardzo przyjemny zapach dzieciństwa, kiedy takie zupy często w lecie jadło się w domu.

Kolor niezwykły – podchodzi pod róż lub czerwień, Państwo ocenią sami, ja facet jestem i mi ciężko czasami odróżnić zielone od niebieskiego. Piana opadła szybciej niż Bolt przeleciał setkę. Mętne.

To piwo zostało uwarzone w stylu sour, czyli w stylu piw kwaśnych. (Tak, tak, piwa nie muszą być goryczkowe, mogą być też kwaśne.) Etykieta ponadto nas informuje, że jako dodatek zastosowano tu limonkę i arbuza. Tak więc mamy kwas wzbogacony kwaśną cytryną i słodkim arbuzem. Oczywiście, spodziewałem się kwasu i nie wnoszę rąk do nieba o grzmoty, że oto zamiast normalnego piwa muszę pić jakieś zepsute. Kwaśne piwa mają swój urok. W upalne dni są po prostu niezastąpione; nic tak nie orzeźwia jak kwaśne piwo, zsiadłe mleko i nagłe zero na koncie.

A to piwo z toruńskiego browaru jest bardzo, bardzo. Kwaśne jak mina Ojca Dyrektora, ale dobre i pijalne, że znika ze szkła w dosyć szybkim tempie. Nie męczy, nie ma się odczucia, że już więcej kwacha nie zdzierżę. Bardzo dobre. Lekkie, alk. tylko 4,2% obj. Jak ktoś chce zacząć przygodę z kwaśnym piwem to może od tego.

Toruń rules!

A teraz przejedźmy palcem po mapie nieco niżej…

Andrzej Folhoc – „42-200”.

Tytuł tego komiksu to kod pocztowy. Kto znaju jakiego miasta?

To pierwszy komiks Andrzeja Folhoca i, jak na razie, jedyny. Andrzej Folhoc studiował grafikę, malarstwo i rzeźbę na Wydziale Sztuki Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Od 13 lat jest grafikiem komputerowym. Komiks rysował na tablecie graficznym bez dodatkowych komputerowych upiększeń, wygładzeń, zaokrągleń. To powoduje, że rysunki mają specyficzny, niepowtarzalny autorski sznyt – zwłaszcza rysowane postacie – szybko można się do nich przyzwyczaić.

Historia dzieje się, oczywiście, w Częstochowie na przełomie wieków XIX i XX. Opowiada o perypetiach dziennikarza Kuriera Częstochowskiego, Wiktora Jury, którego syn zostaje znaleziony ranny na środku ulicy, a on sam chcąc dojść prawdy zostaje wplątany w nieciekawą historię, która znajdzie swój mocno wybuchowy finał na Jasnej Górze. Opowieść jest sensacyjno-fantastyczna, z ciekawą tajemnicą i nieźle wymyśloną intrygą. Tajne bractwo, tajne testy nowego tajemniczego paliwa-energii. Źródło tej energii jest ściśle powiązane z wieżą kościelną na Jasnej Górze. W realiach przełomu wieków Autor umieszcza przełajowe wyścigi rowerowe, przelot sterowcem, czy nocny wyścig bolidów na parę szynami tramwajowymi po centrum Częstochowy (!). Komiks jest oznaczony znaczkiem „18+”.

Scenariusz całkiem sprawnie napisany. Widać, że wszystko zostało drobiazgowo przemyślane i ułożone. Bohater z przeszłością i problemami, niedbający o siebie, rozpamiętujący tragiczną śmierć żony i ojca stracił kontakt z dorastającym synem. Wplątany jak mały kamyczek w ogromne i nieznane mu tryby machiny władzy stawia wszystko na jedną kartę. Solidnie opowiedziana  historia, wspomagana „myślącymi” dymkami. Całość tworzy ciekawą opowieść. Nie widać tu kompleksów debiutanta. Autor wręcz chce zwrócić uwagę na progres, na różnicę pierwszych rysowanych kadrów z ostatnimi. Jest niezła zabawa, lekka refleksja, emocje, ale co najważniejsze: jest Częstochowa.

Kod pocztowy Częstochowy w tytule to nie przypadek. Komiks jest zdecydowanie poświęcony temu miastu. Tło wydarzeń i akcji to drobiazgowo rozrysowane prawdziwe miejsca Częstochowy. Układ topograficzny ulic, dawne kamienice, linie torów kolejowych i tramwajowych to wszystko było rysowane na podstawie starych planów, map i zdjęć. No i te plansze gdzie widać kawałki miasta, budynków, ulic, torowisk, linii energetycznych to majstersztyk. To największa siła tego komiksu. Ujęcia tych samych ulic, fragmentów miasta z różnych stron, z innych punktów widzenia… Ja, który w Częstochowie byłem ostatnio niemal ćwierć wieku temu, przyglądałem się zaciekawiony, odnajdowałem się, śledziłem trasę bohatera…

Browar Częstochowa zawiadamia: Piwo Kmicic pije szlachta” – takie ogłoszenie było w gazecie czytanej przez Wiktora i taki baner wisiał na zawodach rowerowych. Smaczek. Lubię takie. Sprawdziłem: browar już nie istniejący. Warzył piwa pod różnymi nazwami od 1840 do 2004 roku. Dzisiaj ostały się tylko budynki wpisane do kategorii zabytków. Ale piwowarstwo nie lubi próżni i, tak jak Toruń, tak i Częstochowa ma swój browar rzemieślniczy. Nazywa się Fabryka Piwa. I jakie było moje ubolewanie, kiedy w całym Lublinie nie mogłem dostać ich piwa. Oprócz jednego – Serum Veritate. Ale to piwo już omawiałem przy komiksie „V jak Vendetta”. Musiałem zatem odpuścić, ale w zamian wybrałem piwo Metropolis z Browaru Raduga z Warszawy. Ciekawy browar (oczywiście, jest to browar kontraktowy, tworzą go dwie osoby – brat i siostra, warzą piwa w browarach przeważnie regionalnych, które udostępniają im odpowiedni, potrzebny sprzęt), nazwy swoich piw starają nawiązywać do tytułów filmowych. Tutaj jest miasto Metropolis. Wydaje mi się, że ten film swoim nastrojem nawiązuje do wizji komiksowej Częstochowy. Mimo, iż Metropolis to miasto przyszłości, ale ta Częstochowa przełomu XIX i XX wieku to tylko pretekst do pokazania co może się w tej przyszłości zdarzyć. Poza tym klimat, wydaje mi się bardzo podobny.

Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć jak pachnie chmiel użyty przy warzeniu piwa, to proszę powąchać to piwo. Zapach wzorcowy. Oczywiście chmiel chmielowi nie równy. Ale w tym przypadku użyto chmieli amerykańskich, które aromatem przypominają zapach owoców cytrusowych, że aż zimno robi się w nosie. American india pale ale, czyli amerykański chmielowy charakter tradycyjnego stylu IPA.  Na butelce napisano: „Wyraziste w smaku, z intensywną goryczką [60-70 IBU], o mocnym i bogatym aromacie pochodzącym z najlepszych amerykańskich chmieli. Cytrusowa i goryczkowa bomba!” Nic dodać, nic ująć, wszystko się zgadza. Piwo mętne, z wyrazistą goryczką, cały czas z lekką pianą, wysycenie średnie – orzeźwiające, kolor wnętrza brzoskwini, do samego dna przyjemnie się go piło. Rewelacyjne piwo. Dałem powąchać i spróbować mojej żonie; „Fu! Wędzonym boczkiem!”

Tomasz Kopyra, guru polskich znawców piwnych, chyba najbardziej znany bloger (vloger) piwny w Polsce napisał książkę o piwie o znamiennym tytule „Piwo. Wszystko, co musisz wiedzieć, żeby nie wyjść na głupka”. I bardzo dobrze, bo brakowało takiej przystępnej, aktualnej pozycji na temat tego trunku. Z informacji okładkowej o Autorze czytamy: „Tomasz Kopyra z bloga blog.kopyra.com – piwowar domowy i rzemieślniczy, jeden z założycieli Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych, certyfikowany sędzia Beer Judge Certification Program, krytyk piwny, publicysta i twórca największego kanału na YoyuTube poświęconego piwu”. Facet naprawdę zrobił i nadal robi bardzo dużo w propagowaniu tezy, że słowo piwo, to wcale nie synonim złotego trunku.

Zastanawiałem się dla kogo jest ta książka. Wydawało mi się, że nie jest ona dla ludzi, którzy w kwestii piwa zatrzymali się na jasnym pełnym i zza barykady koncerniaków nie wyścibią nosa. Ale zmieniłem zdanie. Uważam, że jest  ona dla tych, którzy nic na temat piwa nie słyszeli; dla tych, którzy już rozpoczęli przygodę z piwem, zaczynają im się oczy otwierać i szukają czegoś więcej; ale również i dla tych, którzy chcą pójść dalej i sami spróbować sposobem domowym wyprodukować swoje piwo.

Dla kogoś takiego jak ja, który niedawno zachłysnął się bogactwem piwnego świata, ta książka to świetne, podręczne kompendium wiedzy na temat rzeczy, o których trzeba wiedzieć, kiedy mówi się „piwo”. Bo, wbrew pozorom, temat piwa powszechnie dostępnego w sklepach, a piwa, którego chcemy posmakować, to dwa różne światy. Tomasz Kopyra lojalnie uprzedza: „Tak jak Morpheus zapytał Neo, muszę i ja zapytać, czy na pewno chcecie poznać prawdę. Bo później nie da się już wrócić do delektowania się czteropakiem jasnego lagera przy grillu. To jest podróż w jedną stronę! Od piwa bezsmakowego do takiego, które oszałamia, a na początku wręcz przytłacza smakiem. Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrych rzeczy. Problem w tym, że piwo, które kiedyś smakowało normalnie, przeciętnie, po prostu OK, stanie się dla was wodniste, bez smaku, a nawet odrzucające.”  No jest się czego bać, najgorzej szkoda mi tego grilla, ale wchodzę w to.

Znalazłem tu wiele rzeczy, o których nie miałem pojęcia, a które pozwoliły mi spojrzeć na całe piwne zagadnienie o wiele szerzej niż do tej pory. Tomasz Kopyra podzielił książkę na kilka części. W pierwszej skupił się na tym jak powstaje piwo, potem jak czyta się piwne etykiety i co tam te skróty znaczą oraz jak należy je interpretować, następnie omówił różne rodzaje i style piwne, a na koniec doradził jak zabrać się do warzenia i jak uwarzyć własne piwo.

Szczerze mówiąc książkę przeczytałem w mig. To jest po prostu fascynująca lektura. Nawet nie straszne były mi chemiczne nazwy i chemiczna metodyka warzenia piwa opisana z pierwszej części, ponieważ pod względem ogólnym wszystko idzie załapać. Oczywiście, będąc zupełnym warzelnym laikiem mam tylko ogólne wrażenie o tym jak powstaje piwo, ale napisane jest to w sposób bardzo przystępny, lajtowy i ciekawy. Pozostałą część, już mającą mniej wspólnego z chemią, czyta się jak ciekawą książkę popularnonaukową, która jest napisana językiem dowcipnym, mądrym i wyważonym. Oprócz tego, że można znaleźć wiele praktycznych informacji, jest wiele anegdot, ciekawostek i autorskich spostrzeżeń.

Tymczasem Państwo sobie zapamiętają: piwo się warzy, a nie waży; piwo nie robi się z chmielu, chmiel jest tylko przyprawą; piwa koncernowe to prawie wyłącznie jeden i ten sam styl piwa, czyli międzynarodowy jasny lager, który smakiem ma zadowolić jak najwięcej ludzi, zatem ma być jak najmniej wyrazisty; w Polsce 80% rynku kontrolują trzy międzynarodowe koncerny piwowarskie – Kompania Piwowarska, Grupa Żywiec i Carlsberg Polska; piwo mocno schłodzone nie wydziela prawie żadnego zapachu i nie czuć jego smaku, dlatego aby poczuć pełny smak piwa pije się je w temp. powyżej 10 st. C., a najlepiej w okolicy 15 st. C.; ciemne piwa lubią być leżakowane jak wino; piwo zawsze miało kolor brązowy – oczy piwne, to oczy brązowe – kolor złocisty piwa powstał w drugiej połowie XIX wieku; piwna rewolucja powstała w USA w 1976 roku i charakteryzuje się tym, że ludzie mając dość bezpłciowego, wodnistego jasnego międzynarodowego lagera próbują wracać do piwa, które było kiedyś oraz wzbogacać go o nowe pomysły; facetom nie rosną cycki od chmielu.

I tak dalej i tak dalej. Szeroki, głęboki piwny temat, którego fascynacją Autor próbuje zarazić czytelnika i robi to naprawdę skutecznie.

Jak już wspomniałem Tomasz Kopyra jest najbardziej chyba znanym blogerem i ekspertem piwnym w naszym kraju. Swego czasu o mało nie wygrał programu „The Brain. Genialny umysł”, kiedy musiał rozpoznać po smaku różne style piwne. Piwo, które tutaj prezentuję, było chyba stworzone specjalnie dla niego i jemu podobnym, aby się nie nudzili. Przed Państwem piwo „The Blogger 2017” z Browaru Brokreacja z Krakowa (już kilka razy goszczącym na Dzikiej Bandzie). Uwaga, podaję styl piwa, w którym zostało wyprodukowane: ultra Islaybarrelagedsalty kiwi & cocoa west coastwhitebitter. Wszystko jasne? A co można wyczytać z etykiety? Składniki: m. in. chmiel Magnum, purre z kiwi, ziarna kakaowca, sól, piwo leżakowane w beczkach po whisky z wyspy Isle. Z wyspy Isle. To bardzo ważne, bo to kolebka torfowej whisky. I tam te beczki to są dopiero beczki.

OK, piwo czuć wędzonką, torfem i rumem i to jest przyjemny zapach.

A w smaku jest bardzo dziwne. No takiego to ja jeszcze nie piłem. Co tu się dzieje! To piwo chyba miało sypnąć piaskiem w tryby wszystkim blogerom piwnym, którzy lubią sobie je klasyfikować i układać w tabelki i szufladki. Na pierwszy ogień wybija się uczucie kwaśności, zapewne to zasługa kiwi. Coś z tej beczki po whisky też jest. Delikatna wędzonka na kiju, chociaż najciekawsze, że nie ma tu wędzonego słodu. Goryczka – 75 IBU- osiada na dole języka i długo się przyjemnie utrzymuje. Słodowość wyczuwalna, w przeciwieństwie do alkoholu – 10,2 % obj. Piwo jest mętne i gęste. Przekombinowane na maksa, ale takie z założenia miało być. Pod koniec nuty kwaśne zmieniają się na słone. Ogólne wrażenia są bardzo przyjemne, ale nie rewelacyjne. Butelka 330 ml w zupełności wystarczy, bo i tak pod koniec zaczyna się robić męcząco. Piwo ewidentnie stworzone do picia małymi łyczkami, patrzenia w szkło pod światło, wąchania i smakowania. Dla koneserów. Na pewno nie dla tych, którzy dopiero chcą rozpocząć przygodę z piwem. Tych zapraszam za dwa tygodnie, będzie Atak Chmielu, pierwsze piwo rzemieślnicze w Polsce.

Doswidanija!

Kategorie
felietony
Jakub Piechota

GeoKuba. Rocznik 1975. Miłośnik książek od urodzenia i miłośnik piwa od osiemnastego roku życia. Mieszka na Roztoczu, głowę ma w chmurach, a serce w górach. Próbuje łączyć swoje pasje i dzielić się tym na swoim blogu. Oprócz tego żyje z posiadanych uprawnień zawodowych w zakresie geodezyjnych pomiarów sytuacyjno-wysokościowych, realizacyjnych i inwentaryzacyjnych, rozgraniczania i podziałów nieruchomości oraz sporządzania dokumentacji do celów prawnych. Ma trzy psy i pięć kotów.

Prowadzi bloga Book-Beer Geek.

Dodaj komentarz