Ⓒ Jakub Piechota
felietony

Pijąc książki / czytając piwa S01E05

Książkowo-piwny felieton, do poczytania i wypicia co dwa tygodnie.

Toż to dzisiaj sylwester, ostatni dzień roku 2017. Proszę jak ładnie trafiło. Czas może zatem jakoś wystrzałowo zakończyć ten rok?

Tylko po co? Psy się jeno wystraszą. Zacznijmy inaczej:

Nuda, panie.

A może ja się trochę czegoś innego spodziewałem? Nastawiłem swój odbiornik inaczej, niż powinienem? Spodziewałem się przygody i intryg. Czegoś w stylu polskiej realistycznej „Gry o tron”, lub choćby „Krzyżaków”, a dostałem same intrygi, bez dreszczu przygody. Jedyne, co było w tej książce ciekawe, to autorska interpretacja historii.

Elżbieta Cherezińska w „Hardej” wzięła na tapetę historię Polski i okolicznych państw od momentu Chrztu Polski w 966 roku do końca pierwszego tysiąclecia. Punktem wyjścia opisywania tejże historii uczyniła życie córki Mieszka I i Dobrawy imieniem Świętosława, tytułowej Hardej. Lecz Świętosława nie była postacią główną w tej powieści. Siła ciężkości rozkłada się na wiele osób. I to, moim zdaniem, rozbija całą powieść. Tak jakby Autorka próbowała jak najwięcej nam powiedzieć o tamtych czasach, o tym jak ludzie żyli, jak była prowadzona polityka, jakie były układy, kto decydował o tamtym świecie, a po drodze zgubiła czytelnika, nie zaraziła emocjami. Akcję przenosi z miejsca na miejsce od Rusi poprzez Polskę, Szwecję, Norwegie, Danię po Anglię podążając za opisywanymi postaciami. Widać, że ją to pasjonuje, że próbuje się tym dzielić, ale przygody tam jak na lekarstwo.

Przynajmniej ja takowej nie odczułem. No, może dwa razy: kiedy Bolesław Chrobry odwoził na Węgry swoją zmarłą pierwszą żonę – Węgierkę i kiedy Świętosława próbowała nie dopuścić do śmierci swojego pierwszego męża – Szweda. Ale to wyjątek, który stanowi mały procent całości.

Tak więc Świętosława nie jest główną bohaterką, tylko tytułową. Bohaterowie to władcy, albo przyszli władcy europejskich państw, szczególnie Skandynawii. 60% powieści to intrygi, knowania, sojusze, wojny, uczty, sny, przemyślenia, ceremonie. Pozostałe 30% to miłość i rozmyślania o miłości, reszta to przygoda, z której czytelnik ma najwięcej uciechy.

Doceniam ogromną pracę pani Cherezińskiej. Przyznam, że przed i w trakcie lektury czytałem życiorysy opisywanych postaci historycznych w Wikipedii, tak więc wiedziałem z grubsza co się wydarzy w książce, ale te życiorysy miały bardzo wiele niedomowień i sprowadzały się do najważniejszych wydarzeń. Tak więc autorka miała niezłe zadanie tak to wszystko powiązać i wymyśleć, aby nawiązywało do faktów i było w miarę prawdopodobne. Z niepotwierdzonych zapisków, jakoby Świętosława miała romans z przyszłym królem Norwegii, Cherezińska uczyniła główną miłosną nić tej książki.

Autorka najmocniej czuje się nie tyle w opisywaniu historii Polski, co zwłaszcza państw skandynawskich. Wikingowie to jej konik. Dużo szczegółów, dużo zwyczajów tego ludu. (Trzeba wspomnieć, że o Wikingach napisała zupełnie osobny cykl powieściowy). W zdumienie może sprawić, jak kiedyś krew głów państw była wymieszana. Chrobry i Świętosława to przecież pół Polacy, pół Czesi. Świętosława, matka królów, spłodziła następcę tronu w Szwecji, potem w drugim małżeństwie w Danii, a nawet jej syn panował w Anglii. Tak więc polsko-czeska krew została połączona z krwią Wikingów i rozsiana po niemal całej ówczesnej północnej Europie. Pierwszy syn Chrobrego to też Polak-Czech-Węgier. Kiedyś państwa, księstwa, i pomniejsi możni wewnątrz państw zawierali sojusze poprzez małżeństwa; krew się mieszała jak w szejkerze. Dość wspomnieć naszą świętą królową Jadwigę Andegaweńską, której krew była węgiersko-bośniacko-polska, a której mąż był Litwinem i rozpoczął dynastię Jagiellonów. A teraz co? Polska dla Polaków! Nikt by się nie ostał.

No, ale tego to ja się mogłem dowiedzieć z Wikipedii. Natomiast cała tkanka wymyślona przez Cherezińską, okalająca kościec historii, nie zaciekawia, a wręcz nuży. Nie porwały mnie miłosne i polityczne dylematy opisywanych postaci, ani nie wywarły takich emocji, abym zapomniał o Bożym świecie. Harda, zachowywała się hardo, jak na średniowieczną niewiastę przystało, królowie byli męscy i waleczni, wszyscy ucztowali, kochali się, spiskowali, a niektórzy to nawet umarli, zabijając się nawzajem. Nawet ładnie jest to opisywane, bo pióro Autorka ma pewne i wyrobione, ale i tutaj wkradła się pompatyczność, werble i fanfary, bo oto coś tam.

Książki słuchałem w wykonaniu pana Filipa Kosiora dzięki Legimi i za połową już coraz częściej wyglądałem końca. Swoją drogą nie mam szczęścia do tego lektora, bo ostatnio jak go słuchałem, też czytał mi nudną książkę „Cień góry” Robertsa.

Natomiast piwo daje zupełnie inne doznania.

Browar Jan Olbracht z Piotrkowa Trybunalskiego uwarzył piwo o nazwie Kord. Kord to rodzaj krótkiego miecza. Piwo, jak napisano, „długo dojrzewające, leżakowane w drewnianych beczkach po szlachetnych mocnych alkoholach”, opis dosyć enigmatyczny z oszczędności na etykietach, ale na szyjce butelki osobno dopisano, że to była whiskey (są wersje tego piwa z beczkami po innych alkoholach). Połączenie dwóch stylów piwnych – angielskiego barleywine i belgijskiego quadrupla. Czyli już wiadomo, że będzie ostro. No i faktycznie: alk. 12% obj. to już nie w kij dmuchał, ani nawet w kord.

Bardzo ciemny bursztyn, grzeje w przełyku, ale alkohol słabo wyczuwalny jak na taką moc. Czuć gorzką czekoladę, nuty wiśniowe i lekką wytrawność. Wszystko tak zbalansowane, że uruchamia mruczenie. Gęste, rozpływa się na języku szczypiąc kubki smakowe. Mimo małego wysycenia piana nie znika, do końca utrzymuje się choćby pierścieniem wokół szkła. Do powolnego smakowania małymi łyczkami. Bardzo dobre.

Z ostatniej chwili: Piwo „Kord” zdobyło w swojej klasie (stylu) tytuł „kraft roku” w Konkursie Piw Rzemieślniczych 2017.

„Drogę” wypożyczyłem z mojej wiejskiej biblioteki. Kupowałem tam z bibliotecznej wyprzedaży stare kryminały za złotówkę od sztuki i pani bibliotekarka (nota bene moja sąsiadka, pozdrawiam!), dała mi do ręki propozycję nie do odrzucenia w postaci tej książki. Czasami coś ląduje w moich łapach do przeczytania bez obowiązkowej kolejki, która przecież już jest ustalona 5 lat do przodu bez możliwości ingerencji. Tu nie miałem nic przeciwko zaistniałej sytuacji. McCarthy’ego nic jeszcze nie czytałem, ale książkę znałem chociażby z filmu, który kiedyś dane mi było obejrzeć. A który mnie trochę rozczarował.

No ale książka wszędzie jest przedstawiana niemal jako arcydzieło. Czy wywarła na mnie aż takie wrażenie? Nie. Jest nieźle, ale nie dostałem nią przez łeb.

Świat przyszłości. Postapokaliptycznej przyszłości. Koniec świata. Wszędzie popiół i zero życia. Jest zimno, słońce ledwie się przebija, wszystko zniszczone, miasta zburzone, domy rozgrabione. Garstka ludzi, która ocalała nie ma co jeść, nikt nikomu nie ufa, panuje kanibalizm, zezwierzęcenie i deprawacja. Przez taki świat wędruje ojciec i jego kilkuletni syn. Idą drogą na południe pchając przed sobą sklepowy wózek z najpotrzebniejszym bagażem. Kryją się przed ludźmi, by przeżyć, by nie stać się pożywieniem. Każdy dzień to walka o przetrwanie, każda noc to walka o kolejny dzień.

Książka jest napisana bardzo minimalistycznym i naturalistycznym językiem. Zdania są krótkie, a dialogi pozbawione zbędnych słów. Jest surowo, jak surowa jest zastana rzeczywistość. Właściwie nie wiemy co się stało ze światem i co się wcześniej działo z naszą osobliwą parą. Jakieś strzępki informacji autor nam dawkuje, ale nie to jest widać ważne. Moim zdaniem najważniejsze w tej książce to relacja między ojcem i synem oraz odbieranie przez jednego i drugiego zastanego świata. Ojciec – dorosły odbiera świat jako zagrożenie, robi wszystko aby przetrwać, aby mieć co jeść, aby mieć gdzie spać, a najważniejsze aby nie spotkać innych ludzi; cały czas ma świadomość końca. Natomiast dziecko jest inne; boi się świata, pustych domów, ciemnych miejsc, ale jest otwarte do ludzi i ich ciekawe. Można powiedzieć, że mimo deprawacji świata czystość dziecka jest zawsze nieskazitelna, jest takim błyskiem nadziei, że mimo ciemności oblegającej świat nie wszystko w człowieku stracone. Ojciec powtarza chłopcu, że idą niosąc ogień. Może to dziecko jest właśnie tym ogniem, które potrafi jeszcze rozpalić ludzkość od środka? Że może jest jeszcze jakaś dla niej nadzieja?

Przesłanie szlachetne, świat apokalipsy bardzo ciekawy, ale całość nie porywa. Szedłem z nimi przez ten świat, uciekałem przed kanibalami, cieszyłem się że zjadłem nadgniłe jabłko, grzałem się przy ognisku, marzłem w deszczu, ale czegoś mi zabrakło. Lazłem tam z nimi nie wiedzieć po co. No rozumiem, celem było iść na południe, ale dlaczego? Bo cieplej? Może ja za bardzo logicznie do tego podszedłem. Może ten minimalizm i surowość mnie omamiła? Może powinienem bardziej symbolicznie i psychologicznie do tego podejść? Końcówka to typowy wyciskacz łez. Hollywoodzki, żeby nie powiedzieć disneyowski zabieg. Na filmach Disneya zawsze płaczę, to i tu uroniłem łezkę. Mam tę moc.

Ech, żeby nie być okrutnym powiem, że zdaję sobie sprawę z tego, że ta książka może robić ogromne wrażenie. Nie ujmuję nikomu, jeżeli uważa ją za prawdziwą perełkę. Chcę tylko powiedzieć, że dla mnie siła tej książki byłaby największa, gdyby motywy, czy dylematy tam pokazane były w jakiś sposób unikatowe, spowodowane okolicznościami na miarę ukazanego świata. Bo ja miałem wrażenie, że już kilka razy o tym samym czytałem, tylko w innej scenerii. Była nią druga wojna światowa, dżungla, pustynia, kosmos, mroczne miasto. Wszystko to, gdzie człowiek staje się okruszkiem w trybach świata, przyrody, czy ludzkiej nikczemności. Tutaj forma i treść istniały obok siebie.

Dobra, solidna lektura, ale bez efektu „wow”.

Piwo o nazwie „Koniec świata” z Browaru Pinta w stylu sahti. Proszę bardzo, mogą Państwo śmiało się mnie pytać, dlaczego to piwo pasuje do tej książki.

O tym browarze pisałem już przy okazji piwa „Jak w dym” parę tygodni temu. Prekursor polskiego kraftu i aktualnie chyba najbardziej wszechstronny browar w Polsce. No, ale jak z tym piwem? Po nalaniu do kufla piana znikła po trzech sekundach. A po kilku minutach pojawiła się znowu by ładnym, gęstym i białym pierścionkiem zagnieździć się przy ściankach. Zapach nie był zbyt przyjemny; czuć było drożdże. To samo w smaku. Ale po paru łykach zaczęło się wszystko ładnie układać. Zapach całkiem przyjemnie przypominał ugotowaną kaszę gryczaną i ciepły chleb, a smak zrobił się słodko-jałowcowy, bardzo przyjemny. Nie ma tu goryczki – IBU bliskie zeru. Alkohol rozgrzewający – 7,9% obj. Kolor miodu, mętne. Nie jest to piwo urywające kubki smakowe, ale nie jest również niepijalne. Jest specyficzne, ale było mi bardzo przyjemnie. Trzeba się do niego otworzyć. Raczej nie dla tych rozpoczynających przygodę z piwem innym niż jasny lager.  Na etykiecie napisali: „zastanów się dwa razy zanim kupisz”. No nieźle, nie ma to jak reklama.

Sahti to bardzo ciekawy styl piwa. Praktycznie można zapytać, czy to jeszcze jest piwo. Dlaczego? Bo się go nie warzy: słód po przygotowaniu jest „od razu szczepiony gęstwą drożdżową”, czyli poddawany procesowi fermentacji bez gotowania. Tradycyjne fińskie piwo. Przyprawiane gałązkami i owocami jałowca. Zalecają jego picie w glinianych kubkach. Bez sensu.

„Idący człowiek” – Jirō Taniguchi. Komiks, który na tle innych komiksów zdaje się być takim nieciekawym przytłustawym okularnikiem, który melancholijnie się uśmiecha, nie kuma czaczy prawdziwych mężczyzn i na wuefie, przy grze w zbijaka, odpada zawsze pierwszy. Ciepłe kluchy, nic ciekawego zdawałoby się. Ale.

Ale ma bardzo ciekawe życie wewnętrzne. Ciekawe swoją nieciekawością, codziennością i prostotą. Bo ten komiks to historie o rzeczach nieistotnych, nieciekawych, zupełnie nic na pierwszy rzut oka nie znaczących, o rzeczach, które mijamy codziennie w drodze do pracy.

A tutaj, proszę, idziemy i stajemy, bo muszelka. Skąd muszelka w mieście? Pojedźmy nad morze, zwróćmy ją morzu. Zgubiliśmy się w mieście? Świetnie. Pobłądźmy trochę, poznajmy nowe miejsca. Ptaki. Ptaki? Pełno ich wszędzie. Ale to jest przecież bogatka wschodnia. Bogatka wschodnia? Ja pierdziele, bogatka wschodnia…

Czas płynął powoli. Pomyślałem, że nad tą rzeką, nad którą tak przypadkowo wyszedłem powietrze jest jakieś inne. Coś tu jest innego. Ciekawe co? Spokojnie szedłem po bezdrożach wzdłuż rzeki. Nie było po co się spieszyć. Taka przerwa od codzienności”.

Te kilka zdań to aż dwie strony obrazkowych kadrów rzeki, miasta i człowieka w garniturze z teczką.

Komiks, który każe przystanąć. Stop, mówi, rozejrzyj się, odetchnij głęboko, wejdź pod to drzewo, niech cię ogarnie jego szum, zrób cos szalonego – biegnij w deszczu, wykąp się nago nocą sam w publicznym basenie. Jesteś zmęczony po pracy? Wyjdź na spacer, to nic że jest noc, miasto o tej porze jest inne, te same miejsca są puste w nocy i mają dużo miejsca, abyś oddał im swój stres.

Zbiór krótkich, na pierwszy rzut oka nic nie wnoszących historii. Co może być pasjonującego w relacji spaceru mężczyzny z psem? A jednak, do diaska, a jednak udaje się Autorowi oddać zwyczajność jako pasjonującą iskrę życia.

Tam prawie nie ma dialogów. Tam jest człowiek i coś dookoła niego. Inaczej te same ulice wyglądają w upał, inaczej w deszczu, a inaczej po przejściu tajfunu. Przyglądałem się obrazkom i aż uderzał od nich taki spokój, melancholia i jednocześnie pasja, ogromna pasja zauważania nieistotnych chwil.

I to jest chyba taka forma poezji komiksowej. Zatrzymać się nad obrazkiem, nad złapaną chwilą.

Do tej książki wybrałem piwo o nazwie „Obieżyświat” uwarzone w Browarze Profesja we Wrocławiu. Piwo zostało wyprodukowane w stylu west coast india pale ale, czyli ma to być klasyczna IPA z charakterem zachodniego wybrzeża USA, czyli mocno chmielona amerykańskimi chmielami o wyrazistym smaku.

Po otwarciu zapach jest bardzo przyjemny; czuć ziołami, skórką pomarańczy, kwiatami i trochę zaparzoną mocną herbatą. Spore wysycenie, co widać po obfitej pianie; do samego dna jest biała kołderka na wierzchu. Goryczka konkretna, ani za duża, ani za mała. W smaku dużo ziół i cytrusów. Nachmielone piwo fest. Wyczuwalna delikatna słodowość. Jest OK, jednak bez fajerwerków. Piwo wydaje się być nieułożone. Mimo doznań smakowych przeciska się przez gardło zbyt tępo. Taki mały łobuziak co nie usiedzi na miejscu; budzi radość, ale na dłuższą metę trochę męczy.

Do siego roku!

Kategorie
felietony
Jakub Piechota

GeoKuba. Rocznik 1975. Miłośnik książek od urodzenia i miłośnik piwa od osiemnastego roku życia. Mieszka na Roztoczu, głowę ma w chmurach, a serce w górach. Próbuje łączyć swoje pasje i dzielić się tym na swoim blogu. Oprócz tego żyje z posiadanych uprawnień zawodowych w zakresie geodezyjnych pomiarów sytuacyjno-wysokościowych, realizacyjnych i inwentaryzacyjnych, rozgraniczania i podziałów nieruchomości oraz sporządzania dokumentacji do celów prawnych. Ma trzy psy i pięć kotów.

Prowadzi bloga Book-Beer Geek.

Dodaj komentarz