Ⓒ Jakub Piechota
felietony

Pijąc książki / czytając piwa S01E04

Książkowo-piwny felieton, do poczytania i wypicia co dwa tygodnie.

Święta za pasem, więc witam się świątecznie:

Jak widać większość browarów przygotowało coś na świąteczną okazję. Już tak to jest. Były piwa na Halloween, są i piwa na Święta. Pewnie i na Walentynki będą, albo, nie daj Boże, doczekamy się piwa patriotycznego z okazji 3-go Maja, lub 11-go Listopada… Zobaczymy.

Tymczasem poniżej wcale nie będzie sielsko, anielsko i świątecznie. Bo dlaczegóż miałoby być? W Dzikiej Bandzie – dzikie święta. Będzie wystrzałowo, męsko i bez brania jeńców. No to jedziemy:

Pojawiła się kiedyś poezja w Dzikiej Bandzie? Nie wiem, ale jeśli to czytacie, to znaczy, że naczelne puściły. No i dobrze, bo poezja Piotra Macierzyńskiego jest dzika i często jedzie po bandzie.

Pierwsze wydanie „Danse macabre i inne sposoby spędzania wolnego czasu” (na zdjęciu w tle) Piotra Macierzyńskiego ukazało się w roku 2001 i było wydane przez Wydawnictwo Zielona Sowa w ramach serii Biblioteka Dwumiesięcznika Literacko-Artystycznego Studium. Ukazało się jako 32. tom tej serii. Kiedyś jak nie było Internetu, to właśnie ze Studium dowiadywałem się o polskiej młodej poezji. A potem był nastał Internet i Studium już nie ma. A mnie się już nie chce dowiadywać nic na temat polskiej młodej poezji.

Napisałem o pierwszym wydaniu wspomnianej książki, bo oto po 16. latach ukazuje się jej drugie wydanie w Fundacji Sąsiedzi. Pistolet zmieniony na rewolwer, ale to ta sama siła rażenia tych wierszy. Co ja poradzę, że trafiają we mnie w punkt? Są specyficzne. Są osobiste, przynajmniej mam takie wrażenie, ale na ile to jest fikcyjny podmiot liryczny, a na ile sam autor tego nie wiem. Dużo jest w nich brudu, traumy i erotycznych obsesji, ale również miłości, autoironicznego dystansu do siebie i przewrotnego humoru. Te wiersze nie czyta się z jakimś nabożeństwem, do którego przyzwyczaja szkoła. Dzięki temu, że był Bursa i jemu podobni wybrałem inną percepcję odbierania poezji i oprócz wielu innych Piotr Macierzyński ze swoimi wierszami znalazł sobie we mnie przytulne gniazdko. Bo bez nabożeństwa też można trafić do celu. A ich precyzja i prostota obezwładnia. Te wiersze same mnie przyciągnęły. Kończyłem czytać jeden i nie mogłem nie przewrócić kartki dalej. Potem wracałem, czytałem w domu na głos, była kupa śmiechu.

Ja nie wiem czy potrafię pisać o poezji. Dla mnie czytanie wierszy to jak łapanie motyli przez dziecko. Dziecko o łapaniu nie będzie opowiadać, tylko od razu będzie się chwalić ile motyli ma w słoiku. Ja jestem odbiorcą. Czytam wiersze i czuję; wsiąkają w mózg, czy też nie. Jeżeli wsiąkają, to łatwiej mi przeczytać komuś wiersz niż powiedzieć dlaczego on we mnie siedzi. Do dzisiaj nie pojmuję dlaczego wywarł na mnie wrażenie wiersz „Czy Bóg naprawdę się o nas troszczy”, gdzie jednocześnie jest o Bogu, miłości, odrzuceniu, pismach pornograficznych i chęci zrobienia kupy.

Dlatego nie będę się więcej wymądrzał, a jedynie jeszcze raz zachęcam do zapoznania się z tą książką i tym autorem; jest moc, naprawdę jest moc.

X XX

urodziłem się na 52° szerokości geograficznej północnej
i 20° długości geograficznej wschodniej
wylosowałem Polskę

w pokerze po takim rozdaniu
mówi się pas

„Na plakacie goła baba z karabinem maszynowym”, jak śpiewał Kazik. Blisko, blisko, ale mamy tutaj niebezpieczną broń w kobiecych rękach na okładce i etykiecie (chociaż znawcy twierdzą, ze to broń na kule gumowe), a w obu wnętrzach prawdziwa bomba. Kiedy otworzyłem to piwo atomowy podmuch chmielu zostawił po sobie opalone włosy w nosie. W smaku było podobnie bezkompromisowo. Ale piwo! Jakby pode mnie zrobione.

Piwo „Atomic Lucy” w stylu IPA, wersja imperial cloudy, z Browaru Birbant z Zielonej Góry. Mętne, piana prawie zerowa, ale ten smak… Nachmielone do granic wytrzymałości. Goryczka balansuje w okolicach 50 IBU. Oprócz słodu jęczmiennego dodano słód owsiany i pszenicę niesłodowaną. Tak ładnie wygładziło to piwo, że jednocześnie przemykając do gardła zostawia bandę szczypawek na języku i na przełyku. Genialne. Wysycenie niewielkie. Czujemy smak, a nie bąbelki rozbijające się o podniebienie. Jak po większości piw kraftowych górnej fermentacji, tak i po tym piwie się nie beka jak z rury. Po klasycznych piwach koncernowych można arie basiorem wyśpiewywać po paru łykach. Tutaj tak nie ma. Uwielbiam takie piwa. Intensywny chmielowy owocowo-kwiatowy smak. „Imperialny” przy nazwie stylu oznacza jego mocniejszą wersję. Tutaj alkohol jest na poziomie 7,8 % obj., ale w ogóle nie czuć go w smaku. Później tylko po schodach schodzi się na sztywnych nogach.

Lecimy dalej w czarną czeluść. Oto sześć opowiadań Raymonda Chandlera zebranych w zbiorze „Czysta robota”.

Nie są równe. „Czysta robota” i „Wpadka na Noon Street” bardzo zaniża całościowy poziom. „Gaz skazańców”, „Hiszpańska krew” i „Król w złotogłowiu” na czwórkę z plusem. „Perły to tylko kłopot” – rewelacja.

CZYSTA ROBOTA
Napisane w 1934 r. Głównym bohaterem jest prywatny detektyw Johny Dalmas. Wątek kryminalny dość skomplikowany i wydaje się, że trochę wydumany. Mało tu jeszcze Chandlera, jakiego lubię. Opis strzelaniny pod koniec opowiadania jest taki, że do końca nie wiem kto kogo kropnął i za co. Ale zdarzają się przebłyski: „Portier (…) miał 1,90 m wzrostu (…). Otworzył drzwi taksówki równie delikatnie, jak stara panna głaszcze kota„. Albo opis lokalu: „Plama bursztynowego światła wytyczała pusty parkiet do tańca, na oko niewiele większy od dywanika w łazience gwiazdy filmowej„.

GAZ SKAZAŃCÓW
Napisane w 1935 roku. Nie ma tu prywatnego detektywa. Głównym bohaterem jest Johnny De Ruse – „uczciwy hazardzista” – jak nazywa go jego kobieta Francine Ley.”Lubię hazard, w tym także kobiety„. Opowiadanko powoli się rozkręca i pod koniec robi się bardzo ciekawie. Ale najciekawsze są rozstania i powroty Johnnego z Francine. Jedno z nich, okraszone dialogiem będącym absolutnym mistrzostwem świata i kwintesencją relacji twardych facetów z kobietami upadłymi mam przepisane i służę kopią. Tu by trochę dużo miejsca zajęło. Może kiedyś wydrukuję, w ramki oprawię…

HISZPAŃSKA KREW
Napisane w 1935 roku. Bardzo zgrabne, przesiąknięte smutkiem i beznadziejnością, ale bez fajerwerków, za to z zaskakującym finałem. Ciekawostką jest to, że pierwszy raz u Chandlera głównym bohaterem jest policjant – Sam „Hiszpan” Delaguerra.

WPADKA NA NOON STREET
Napisane w 1936 roku. Bohaterem jest tu Pete Anglich, tajniak z brygady antynarkotykowej. Wplątuje się w jakąś kabałę, której nie rozumie i trochę po omacku próbuje się dowiedzieć o co chodzi. A my razem z nim. Trochę to opowiadanie kuleje. Za dużo trupów, za mało odpowiedzialności.

KRÓL W ZŁOTOGŁOWIU
Napisane w 1938 roku. Wygląda na to, że Chandler pisał tak średnio 3 opowiadania rocznie. Dopiero za rok napisze pierwszą powieść „Głęboki sen”. Opowiadanko fajne. Bohaterem jest detektyw hotelowy Steve Grayce. Ma zatarg z gościem hotelowym – królem jazzowym. Przy okazji dowiaduje się, że król jest szantażowany przez jakiegoś anonima. Potem ginie sąsiad hotelowy króla. Zaczyna robić się ciekawie… No i mój jeden z ulubionych cytatów Chandlera:
„- Nietęgi ze mnie pijak – wytłumaczył się cicho detektyw, patrząc jej prosto w oczy. – Jestem z tych, co to wyskakują na piwko i budzą się w Singapurze z brodą do pasa.”

PERŁY TO TYLKO KŁOPOT
Napisane w 1939 roku. Świetne, świetne, świetne. Bohaterem i narratorem jest bogacz Walter Gage, który na prośbę swojej dziewczyny chce odzyskać skradzione perły staruszki – znajomej tej dziewczyny. Nie ma ani jednego trupa, za to jest rewelacyjnie napisana intryga. No bo: intryga intrygą, jak najbardziej zaskakująca, ale jak napisana! Czytałem po kilka razy, na przykład takie fragmenty, kiedy bohater dostaje cios pięścią w splot słoneczny i: „Zgiąłem się w pół, oburącz schwyciłem pokój i zakręciłem nim. A gdy już pięknie wirował, jeszcze raz zakręciłem nim zamaszyście i uderzyłem się w tył głowy podłogą. To sprawiło, że na chwilę straciłem równowagę, kiedy zaś rozmyślałem nad tym, jak by ją odzyskać, mokry ręcznik zaczął mnie klepać po twarzy…” No po prostu mistrzostwo świata.

Jeszcze kilka cytatów, które można wyłowić nawet  z tych mniej porywających opowiadań:

„Jej głos przypominał ochrypły rechot; był wyprany z melodii, fałszywy jak jej rzęsy i ostry jak jej paznokcie.”

„Dziewczyna zniknęła za drzwiami po drugiej stronie salonu, a wraz z nią krótka spódniczka, jedwabne pończochy i dziesięciocentymetrowe szpilki.”

„Wkrótce drzwi otworzyły się ponownie i weszła Ellen Macintosh. Być może nie podobają wam się wysokie dziewczyny o włosach koloru miodu i cerze jak pierwsza brzoskwinia, którą sprzedawca ukradkiem odkłada dla siebie. Jeżeli tak, to żal mi was.”

„W zasłoniętych kotarą drzwiach, pod złotym szyldem z napisem: ZAKŁAD POGRZEBOWY PAOLO PERRUGINIEGO, stał śniady, szpakowaty Włoch w żakiecie. Palił papierosa, czekając, aż ktoś umrze.”

To piwo czekało na Chandlera. „Jules” – rozpływające się czarne niebo w gębie. Ponownie z Browaru Birbant z Zielonej Góry, tak się wystrzałowo złożyło. Opis na etykiecie jak z klasycznego noir: „Noc zapada nad miastem, lecz w przeciwieństwie do innych dni panuje absolutna cisza. Lokalni birbanci sączą drinki w zadymionych barach. Po chwili dociera do nich informacja o gościu, który robi porządki na mieście… Podobno szuka skradzionej walizki…” Pachnie czekoladą i figą. W smaku czuć gorzką czekoladę z nutami żywicznymi razem ze średnią goryczką. W ogóle nie wyczuwalny alkohol (7,8% obj.). Jest paloność i wytrawność. Porter w stylu double robust, czyli jeszcze mocniejsza amerykańska wersja porteru; wyrazistsza i z nerwem . Jak ówczesna amerykańska wersja kryminału. No i ta etykieta…

Od kiedy namierzyłem piwo „Sweet Temptation” w stylu barley wine barrel aged browaru Brokreacja z Krakowa, którego inne – „The Fighter” – już tutaj omawiałem przy okazji „Króla” Szczepana Twardocha, wiedziałem, że muszę go wychylić tylko przy tej oto lekturze. Pięknie wydane, butelka w tekturowym pudełeczku, prawdziwe cacko. No i jak ładnie nie pasuje jeden wielebny do drugiego. A samo piwo? Już nazwa stylu barley wine (wino jęczmienne) mówi o tym, że piwo będzie mocne i zdominowane słodem, natomiast barrel aged oznacza, że jest leżakowane w beczkach po mocnych alkoholach. Sweet Temptation, jak można wyczytać na etykiecie, było leżakowane w beczkach po polskim czerwonym winie. Piwo po otwarciu czuć czerwonym winem, daktylami, trochę landrynkami, karmelem. Piana wysoka i gęsta szybko opada, ale nie znika całkowicie, nawet pod koniec utrzymuje się przy brzegu szkła. Kolor miedziany.

Piwo jest gęste, pełne i można się przy smakowaniu zaciumkać. Słodko-wytrawne, do picia małymi łyczkami i przeżywania jakie to życie jest piękne. Absolutnie nie jest to ulepek, czy syrop. Czuć słodkie czereśnie i cierpkość wiśni. Nie można przestać pić. Alkohol, mimo swoich 10% obj., w ogóle nie wyczuwalny. Goryczka w normie – 50 IBU. Kompozycja smakowa wybrzmiewa jak koncert organowy w Archikatedrze w Gdańsku-Oliwie. Rewelacyjne piwo.

Garth Ennis i Steve Dillon – „Kaznodzieja. Tom drugi”. Tom pierwszy to była istna petarda wystrzelona w czarne niebo. Tam wydarzenia następowały znienacka z siłą magnum. Komiks poprowadzony był epizodami luźno powiązanymi ze sobą, ale przybliżały one sylwetki głównych postaci i dużo mówiły o ich przeszłości. To było takie atomowe wprowadzenie do zasadniczej opowieści, którą moim zdaniem zaczęła się właśnie w niniejszym tomie drugim.

Siła tego komiksu absolutnie nie zelżała. Może nie ma tu takich spektakularnych zwrotów akcji, ale mamy solidną, ciągłą opowieść od pierwszej do przedostatniej strony.

Po wydarzeniach z pierwszego tomu kaznodzieja Jesse Custer i jego dziewczyna Tulip mogą się w końcu sobą nacieszyć i odwiedzić w San Francisco Cassa – przyjaciela, z którym z niejednego kielicha krew… tfu, wino pili. Taka ich rozmowa na kacu:

Cass: – Jestem zbyt tchórzliwy by być sam… Może brakuje mi pewności siebie.

Custer: – Nienawidzę tego określenia.

– Ee?

– Brak pewności siebie. Pierdolone słowo wytrych pieprzonych poppsychologów z późnych lat osiemdziesiątych. Lubisz być wolny i samotny – brak pewności siebie. Od czasu do czasu popijasz – brak pewności siebie. Nie rozmawiasz o uczuciach – brak pewności siebie. Nie zgadzasz się z opinią, że pierdolony Woody Allen jest geniuszem – brak pewności siebie. (…) Idę się odlać.

– Nie radzę, stary. Wystrzeliłem tam torpedę, która zatopiłaby „Titanica”.

Nie za długo nacieszą się swoim spotkaniem, bo naszym wielebnym bardzo zaczyna się interesować tajna, istniejąca od niemal dwóch tysięcy lat, religijna organizacja Graal, która, jak się okazuje, z Bogiem ma całkiem bliskie konszachty. Custer interesuje ich z powodów swoich mocy, ale również dlatego, że mógłby pasować na nowego mesjasza, wszak kończy się drugie tysiąclecie. Próbują go dorwać właśnie w San Francisco i umieścić w swojej siedzibie we Francji.

Niemal cała opowieść drugiego tomu jest właśnie o tym. Wysłannicy Graala próbują dorwać Custera, ale czy im się to udaje…? Ostatecznie akcja kumuluje się we Francji i naprawdę dzieje się tam niezła rozpierducha. Po drodze mamy szereg świetnych rozwiązań fabularnych, kolejnych wyjaśnień istoty Genesis i kompletnie odjechanych dziwnych postaci. Dość wspomnieć o pojawiającej się agencji detektywistycznej: Seksualni Detektywi. Czysty odlot. W samym Graalu też dzieje się ciekawie; to nie jest jakaś nudna organizacja typu zakon.

Ta sama moc komiksu co w tomie pierwszym, tylko bardziej linearnie ukierunkowana. Jest konkretny problem – wszystkie działa na niego. Nie ma prostych rozwiązań, co kilka stron czytelnik dostaje wytrzeszczu ze zdumienia. Dalej jest to wzorcowa jazda bez trzymanki na maksa.

Natomiast sama końcówka tomu jest nieco spokojniejsza; przybliża postać Cassa. Dlaczego stał się tym kim jest, jak do tego doszło, itp. Można chwilę ochłonąć przed trzecią częścią, która chyba już w styczniu. Świetna robota Wydawnictwa Egmont, które postanowiło wznowić ten komiks w takiej pojemnej formie.

Kategorie
felietony
Jakub Piechota

GeoKuba. Rocznik 1975. Miłośnik książek od urodzenia i miłośnik piwa od osiemnastego roku życia. Mieszka na Roztoczu, głowę ma w chmurach, a serce w górach. Próbuje łączyć swoje pasje i dzielić się tym na swoim blogu. Oprócz tego żyje z posiadanych uprawnień zawodowych w zakresie geodezyjnych pomiarów sytuacyjno-wysokościowych, realizacyjnych i inwentaryzacyjnych, rozgraniczania i podziałów nieruchomości oraz sporządzania dokumentacji do celów prawnych. Ma trzy psy i pięć kotów.

Prowadzi bloga Book-Beer Geek.

Komentarz
  • Raymond Chandler – „Czysta robota. Opowiadania” – Book-Beer Geek
    21 grudnia 2017 at 21:07
    Skomentuj

    […] W tych opowiadaniach nie ma jeszcze Philipa Marlowe. Pojawi się dopiero w powieści „Głęboki sen”. Ale warto się z nimi zapoznać, bo mimo, iż są nierówne można wyłowić kilka perełek. Jakie perełki mnie się udało wyłowić? Piszę o nich na stronach Dzikiej Bandy. […]

  • Dodaj komentarz