Ⓒ Jakub Piechota
felietony

Pijąc książki / czytając piwa S01E03

Książkowo-piwny felieton, do poczytania i wypicia co dwa tygodnie.

Dzisiaj będą dwa kryminały, jeden komiks i trzy ciemne piwa w tym dwa na wędzonych słodach.

Zacznę od komiksu, który już stał się klasyką: „V jak Vendetta” Alana Moora i Davida Lloyda. Świetne kompleksowe wydanie. Pierwsza klasa.

Zastanawiałem się co takiego jest w tym komiksie, że przynitował mnie na ładnych kilka wieczorów do fotela i nie popuścił ani na milimetr. Historia niby banalna. Wizja przyszłości, w której Anglia jest państwem totalitarnym – nazistowskim – trwa zakłamanie, terror, zastraszanie i nagle pojawia się człowiek znikąd. Mało powiedziane człowiek – superbohater – V.

I na pierwszy rzut oka możemy spodziewać się kolejnej bajeczki o walce dobra ze złem, w której nadprzyrodzone moce bohatera grzeją się do czerwoności. Jednak to co otrzymujemy, to trochę inna historia. Mniej kolorowa, mniej jednoznaczna i bardziej wciągająca.

Tajemniczy V, który jako jedyny w tym orwellowskim świecie przeciwstawia się rzeczywistości kryje się pod płaszczem, kapeluszem i uśmiechniętą maską przypominając Guya Fawkesa. Już to oznacza, że jego wrogiem jest władza i zastany porządek. Sam przeciw machinom totalitarnego ustroju próbuje doprowadzić do anarchii, żeby, jak sam twierdzi, na gruzach władzy powstało coś nowego, lepszego. „Albo wśród gruzów zakwitnie róża, albo będzie za późno”. Wizja, można powiedzieć, naiwna, ale V nie jest politykiem, jest zwykłym człowiekiem, który chce wolności. On jest tym, który pchnie domino, a reszta będzie ciągiem zdarzeń i decyzji wolnych ludzi.

V nie jest kryształowy. Jest bohaterem, sumieniem ludzi wolności, ale jest też bezwzględnym mordercą i terrorystą. Mści się na swoich oprawcach, wysadza rządowe budynki. W pierwszych kadrach komiksu V ratuje z rąk tajnej policji młodą dziewczynę, Evey Hammond. Jego ojcowski do niej stosunek nie jest do końca właściwy. Czy doświadczanie drugiego człowieka można usprawiedliwić szczytnym celem? Ale jego działanie przeciw dyktaturze przyniesie pożądane skutki. Cytuję z pamięci: „muszą być tacy, którzy łamiąc prawo przeciwstawiają się każdej władzy. Gdyby nie oni, dalej byśmy tkwili w feudalizmie”.

W wyniku zabójstw dokonanych przez V zostaje wszczęte śledztwo, które prowadzi doświadczony detektyw Finch. I tutaj pojawia się pasjonujący element czarnego kryminału. Świetnie przedstawiona osobowość Fincha, zawiłe śledztwo, to jaką drogą poszukiwany jest V i ile razy wymyka się z rąk Fincha jest opowieścią na drugą recenzję. A wszystko powyższe pod ponuklearnym żółto-czarnym niebem, nocą, albo w mrocznych wnętrzach. Otrzymujemy posępne noir, w którym na końcu labiryntu i zagadki oczekuje z otwartymi zachęcająco ramionami czarna dziura.

Opowieść ma jeszcze kilka wątków, jeszcze więcej ważnych, lub mniej ważnych bohaterów, którzy mają wpływ na całą historię. Jest złożona, wielowymiarowa i niejednoznaczna. Obraz z nastrojem opowieści gra idealnie. No i cały czas towarzyszy nam pytanie, kto kryje się za tą maską? Chociaż można się domyślić. Dla tych, którzy lubią dedukcję i tropienie szczegółów i wskazówek – wspaniała zabawa. Tajemnica związana z V, to kim jest, jego filozofia, sposób działania nasącza każdą stronę i nie pozostawia obojętnym.

V pozostawia spuściznę. Jak sam powtarzał, pod maską kryje się nie człowiek, lecz idea, a idea nie może umrzeć, jest kuloodporna. Dlatego V żyje i będzie żył zawsze, kiedy ktoś będzie zabierał nam wolność. Nie ważne kto będzie krył się za maską. Takie jest przesłanie tego komiksu, może trochę górnolotne, ale świetnie zbilansowane ciężarem opowieści i formą przekazu.

Prawda was wyzwoli. Dlatego, żeby dopełnić opowieść dodatkową prawdą wziąłem się za piwo Serum Veritate  z Fabryki Piwa z Częstochowy. Piwo czarne jak londyńska noc w nieczynnym metrze. Ziołowy imperialny stout pachnie likierem wiśniowym. W smaku wiśnia, która szybko zmienia się w smak ziół i czekolady. IBU 68 (co za precyzja!), więc dosyć goryczkowe, ale stouty tak mają. Specyficzne piwo. Im dalej w dno, tym bardziej alkohol daje znać o sobie (9,4% obj.). Ale się nie wybija. Rozgrzewa przełyk jak winny grzaniec i faktycznie czuć taki wytrawny posmak. Początkowa słodkość ziołowego syropu zmienia się w winną wytrawność. Ależ piwo! Napisano na butelce, że dodatkiem jest tutaj przytulia wonna. I zapewne to zielsko tak tutaj pozytywnie miesza. Wypiłem i mało.

Jo Nesbo – „Wybawiciel”. Lecę sobie po kolei z Nesbo i jego Harrym Holem. To szósta pozycja w tym cyklu. I zdumiewające jak z książki na książkę jest coraz lepiej. Na początku były przygody norweskiego policjanta w Australii i Tajlandii; było fajnie i egzotycznie, ale dopiero kiedy akcja przeniosła się do Oslo, zaczęła się prawdziwa frajda z czytania. A teraz jest po prostu wyśmienicie. Z wielką przyjemnością przeczytałem ten tom. Ani przez chwilę się nie nudziłem.

Nesbo stworzył Harry’ego Hole’a jako typowego gliniarza po przejściach, alkoholika i samotnika.

Moller powiedział kiedyś, że jest tylko jedna rzecz, której ludzie nie lubią bardziej niż humorzastego alkoholika, a mianowicie potężnego humorzastego alkoholika”.

Ponad metr dziewięćdziesiąt, niesubordynowany, ciężko go ułożyć przełożonym, wydawałoby się degenerat, ale ma swój kodeks honorowy.  Nie ma przyjaciół oprócz Jim Beama, za to ma cięty język; uwielbiam jego przekomarzania ze zwierzchnikami. Kobiety też mu się trafiają z lekka upadłe, przynajmniej pochylone. To naprawdę ciekawa postać, bardzo męska, z honorem, ale ze skłonnościami do staczania się w rynsztok. Taki romantyczny twardziel chadzający własnymi drogami. Wyrazisty, z krwi i kości. Prawie Marlowe.

Harry rozejrzał się za mlekiem do kawy. Zaczął go używać. To na pewno znak, że się starzeje”.

Główny bohater to połowa sukcesu. Musi być jeszcze opowieść. A takowej Nesbo nam nie szczędzi. Jest naprawdę ciekawie. W Oslo pojawia się płatny zabójca. Robi co swoje, ale okazuje się, że nie do końca. Próbuje zatem za wszelką cenę zwieńczyć dzieło, ale czas nie działa na jego korzyść; zostawia coraz więcej śladów, a te nie omieszka wykorzystać norweska policja. Fajne jest to, że wszystko pokazane jest z dwóch perspektyw. Policji i zabójcy. Oczywiście wiemy kto zabił, ale nie wiemy kto zabójcę wynajął i dlaczego. Na domiar złego po drodze zdarzają się dodatkowe morderstwa. Dzieje się, oj dzieje się i to jak się dzieje! Kwintesencja kryminału. Można zapomnieć o całym świecie. Polecam tym niezapominalskim.

Już połowę Internetu zapewne napisało o tej książce, więc nie będę przynudzał. Dodam jeszcze tylko, że emocje jakie mi dostarczył Nesbo jeszcze mną targają. Zafundował taką bombę w środku książki, ze niech go szlag. Takie czasy, widać. Musi być trzęsienie ziemi, żeby małym człowieczkiem w fotelu potrząsnąć. Oprócz tego aura w książce świąteczna. Wszystko dzieje się około tygodnia przed Świętami Bożonarodzeniowymi. Jest śnieg, zimno i skandynawski dzień, który składa się ze wschodu i z zachodu słońca.

Egertorget. Niewielki otwarty plac stanowił skrzyżowanie deptaków w samym sercu Oslo, o ile miasto miało jakiekolwiek serce o tej porze roku”.

Tak.

No wiec jak to jest z tym Harrym? Ano, biorę go z całym dobrem inwentarza. Wchodzę jak w dym. Zatem, drodzy Państwo, piwo na tę okoliczność jak znalazł. Browar Pinta z Żywca. To m. in. od tego browaru wszystko się zaczęło. Jego „Atak chmielu” to już kultowe piwo. W każdym razie teraz uwarzył piwo „Jak w dym” w stylu Rauchbocka, czyli Koźlaka Dymionego. Butelka nas informuje, że ponad 80% zasypu stanowi słód wędzony dymem z drewna bukowego. I to jest coś, co tygrysy lubią najbardziej. Bo jednak trzeba lubić wędzonkę, żeby wejść w takie piwo. Jak kogoś odstręcza posmak wędzonki, to nijak nie da rady. Niżej podpisany wędzonkę uwielbia. A zatem, piwo w szkle jest prawie czarne, pod światło ma kolor bardzo ciemnego bursztynu, no i jak można się spodziewać pachnie lekką wędzonką. W smaku wyraźne ognisko w lesie z kiełbaskami na kiju. Po paru łykach delikatnie wyczuwalny alkohol, widać szwagier coś na to ognisko przemycił, ale to zupełnie nie przeszkadza. Czuć też delikatnie wiśnię. No bardzo jestem pozytywnie zaskoczony, że ta wędzonka nie tłamsi smaku, że oprócz niej coś jeszcze jest. A jest słodkość i nie za wiele goryczki. Pije się z przyjemnością  do samego końca. Chciałbym powiedzieć pijalne, ale nie wiem co to znaczy. Dla mnie prawie każde piwo jest pijalne. Mocna czwórka z mocnym plusem.

„Śmiertelnie poważna sprawa” Ryszarda Ćwirleja to trzeci jego kryminał, który przeczytałem. Czytam je chronologicznie według okresu wydarzeń. Tym razem okazuje się, że rzecz dzieje się w Grodzisku Wielkopolskim, gdzie kiedyś był browar, który produkował piwo grodziskie uważane za najlepsze w Polsce. Browar został zlikwidowany w roku 1993, ale że wydarzenia w książce mają miejsce w 1983 roku, więc piwo to leje się nieskończoną strugą.

Mamy tu okrutną zbrodnię na nastolatce i dwóch milicyjnych wysłanników z Komendy Wojewódzkiej w Poznaniu, aby ją zbadali – podporucznika Brodziaka i chorążego Olkiewicza. Wywiązuje się z tego większa afera niż mogłoby się na początku zdawać.

Ryszard Ćwirlej umiejętnie łączy grozę sytuacji związanej z morderstwem, kryminalną intrygę, sensacyjne akcje i przede wszystkim humor. Niektóre sytuacje przedstawione są w krzywym zwierciadle, ale umiejętność pisarska oraz to, że wówczas cała sytuacja w PRL to było jedno krzywe zwierciadło wszystko to równoważy i nie ma wrażenia humoru a la Chmielewska, lub zbioru głupich gagów jak w niektórych polskich komediach. Przeczytałem jednym tchem. Naprawdę fajna, rzetelna przygoda. To co zdecydowanie wyróżnia serię tych książek o milicjantach z Poznania to niezwykle barwna postać chorążego Olkiewicza. Ktoś powiedział, że to Zagłoba współczesnej literatury popularnej i miał absolutną rację. Warto poznać.

Stary browar z Grodziska został zlikwidowany, ale mimo to dorwałem tutaj piwo z Browaru Grodzisk, które jest połączeniem stylu grodziskiego z porterem bałtyckim. Warto zwrócić uwagę na ten browar, bo próbuje on z bardzo dobrym skutkiem odtworzyć styl piwa grodziskiego. (Styl piwa grodziskiego próbowały nawet odtwarzać browary rzemieślnicze z USA). A piwo grodziskie to jedyny czysty polski styl piwa! Charakteryzuje się tym, że jest warzone na wodzie z Grodziska, grodziskich drożdżach i, co najważniejsze, na słodzie pszenicznym dymionym drewnem dębowym, przy zastosowaniu polskiego chmielu. Browar Grodzisk powstał kilka lat temu z inicjatywy kilku pasjonatów. Odbudowali dawne budynki grodziskiego browaru i wzięli się ostro do roboty.

Piwo Grodziski Porter od razu po otwarciu czuć dymem z ogniska. Co nie dziwuje w kontekście tego, co przed chwilą napisałem. Nieco wyżej pisałem o piwie na wędzonym słodzie drewnem bukowym. Wydawałoby się wędzone, czy dymione jedna chwała. Ale okazuje się, że piwo grodziskie zasadza się na bazie słodu, który jest suszony w dymie dębowym, a nie gotowy słód się dymi (wędzi) dodatkowo. Poza tym mamy tu słód pszeniczny, a nie jęczmienny. Tym charakteryzuje się styl piwa grodziskiego. W smaku wyraźnie to czuć. I bardzo dobrze. Moim zdaniem piwa na wędzonych (dymionych) słodach, to jedne z ciekawszych smaków. Ale portera na dymionym słodzie to pierwszy raz zdarza mi się wychylić. Tutaj ładnie to wszystko jest skomponowane, wędzonka ładnie zagrała z typowymi czekoladowo–kawowymi porterowskimi nutami. Niezwykłe doznanie smakowe. Im dalej w piwo tym było lepiej. Bardzo dobre. Samo wchodzi. Alkoholu w smaku nie czuć mimo 8,5% obj., ale wyraźnie pod koniec zaczyna coś łomotać coraz głośniej w piwnicy; pójdę to wpuścić do domu, bo i tak już się nie mogę skupić.

Kategorie
felietony
Jakub Piechota

GeoKuba. Rocznik 1975. Miłośnik książek od urodzenia i miłośnik piwa od osiemnastego roku życia. Mieszka na Roztoczu, głowę ma w chmurach, a serce w górach. Próbuje łączyć swoje pasje i dzielić się tym na swoim blogu. Oprócz tego żyje z posiadanych uprawnień zawodowych w zakresie geodezyjnych pomiarów sytuacyjno-wysokościowych, realizacyjnych i inwentaryzacyjnych, rozgraniczania i podziałów nieruchomości oraz sporządzania dokumentacji do celów prawnych. Ma trzy psy i pięć kotów.

Dodaj komentarz