felietony

Omen, czyli układanka

Ten film składałem z części, jak potwora Frankensteina. Odwiedzałem najróżniejsze groby.

Na początku był dźwięk – chór zwiastował diabelskie panowanie. Właściwie parę przejmujących, wysokich dźwięków nagranych na zużytych kasetach. Brzmiały jak nagrane w bazylice św. Piotra. Przynajmniej tak to sobie wyobrażałem, we wczesnej nastoletniości. Zafascynowany horrorami i muzyką metalową nie miałem pojęcia, że mam do czynienia z muzyką filmową. Przeciwnie. Charakterystyczny, chóralny passus usłyszałem na kasecie jakiejś młodej kapeli grające death, black czy jeszcze jakiś inny metal. Do tego byłem tak durny, że skomponowanie jak i wykonanie przypisałem jakimś nastoletnim szarpidrutom. Przecież metal był najgenialniejszą muzyką na świecie! Tylko metale mogli stworzyć coś ciekawego.

Niedługo później usłyszałem ten sam fragment otwierający inną taśmę odmiennej kapeli. Zaraz pojawił się na jakiejś płycie. Zacząłem z wolna kojarzyć, że to nagranie musi pochodzić skądinąd a rola metalowców zawęża się do samplowania dźwięków celem stworzenia intra na płytę. Rozpowszechniali tę muzykę jak szczury dżumę w portowym mieście. Do tego nikt się nie przejmował faktem, że takie samo intro ma już z pięćset innych zespołów. Kto wie – pomyślałem sobie – może metal nie jest jednak najgenialniejszą muzyką na świecie, a nawet, o zgrozo istnieją ludzie mądrzejsi od metali?

Potem były zdjęcia publikowane, a jakże, w półoficjalnej prasie muzycznej a także albumach poświęconych horrorom, które wielkim kosztem sprowadzałem z Niemiec. Dziennikarze tych nieszczęsnych periodyków nie opatrzyli podpisem żadnej z fotografii, uznając, skądinąd słusznie, że każdy wie o co chodzi. Byłem więc durniem, ospałym idiotą który nie uzyskał dostępu do tajemnicy. W niemieckich albumach i owszem, każde zdjęcie zostało podpisane, lecz po niemiecku, którego to języka nie zdołałem opanować mimo sześciu lat nauki szkolnej i gwałtownego osiwienia obu, wyjątkowo wyrozumiałych nauczycielek. Niewątpliwie, gdybym uważał na lekcjach, o filmie „Omen” dowiedziałbym się wcześniej.

Obrazki, kadry filmowe pamiętam doskonale. Był ponury chłopczyk ustawiony przed rzędami jednakowych, białych, cmentarnych krucyfiksów i przerażona kobieta trzymająca w ramionach jakiegoś brzdąca. Skąd miałem wiedzieć, że to jedno i to samo dziecko? Ogromne wrażenie zrobił mężczyzna przygwożdżony do ziemi długim prętem, tuż przed katedrą. Nie miałem pojęcia, że ów nieszczęśnik był księdzem. Zastanawiałem się co go zabiło. Ten sposób umierania wydał mi się niesłychanie cudaczny, właściwie niemożliwy, jak babina nadziana na żyrandol w „Wyklętym” Mastertona. Oczywiście, ktoś mógł przebić biedaka, lecz wówczas narzędzie zbrodni tkwiłoby raczej poziomo. Przecież pręty nie spadają z nieba, pomyślałem i zaraz zacząłem wyobrażać sobie horror właśnie o chmurach pełnych zabójczych prętów, masakrujących ludzi z jakiegoś wyimaginowanego powodu.

Nie potrafiłem połączyć tych zdjęć ze sobą. Facet z prętem (rzecz dość powszechna w innym rodzaju kina, które wówczas mnie fascynowało) moim zdaniem pochodził z innego filmu niż malec na tle grobów. Pomysł, by połączyć muzykę której fragmentami się zachwycałem nawet nie przyszedł mi do głowy.

Co jeszcze? Chyba czarny, niezbyt atrakcyjny plakat z mordą Gregore’a Pecka, figurą dziecka rzucającą cień psa i jakimiś bazgrołami. Pisząc te słowa celowo nie wyszukuję odpowiednich grafik w google, próbując przywołać tamto, młodzieńcze doświadczenie. Plakat niezbyt mi się podobał, a już na pewno nie zapraszał do oglądania. Oczekiwałem raczej wyprutych flaków, odwróconych krzyży, gołych bab a najlepiej wszystkiego naraz. Do tego, wstyd się przyznać, nie rozumiałem tytułu. Po prostu nie wiedziałem co słowo „Omen” znaczy. Na swoje usprawiedliwienie podam wiek – czternaście lat. Większość moich rówieśników dalej tego nie wie.

Aż wreszcie, we wstępie do straszliwie okrojonego wydania „Drakuli” przeczytałem, że „Omen” nie tylko jest horrorem, ale i dobrym, co więcej – legendarnym w naszym kraju. Korzenie tej legendarności sięgają komuny. Cenzura Polski Ludowej dość szybko pozwoliła na sprowadzanie i wyświetlanie amerykańskich filmów, wyjąwszy dzieła grozy. Duchy, diabły, wampir bojący się krzyża niezbyt zgrywały się ze świeckim światopoglądem (zapewne, za sprawą tego samego rozumowania docierało do nas sporo fantastyki naukowej). Wyjątek uczyniono dla „Omena” ze względu na tezę o diabelskich inklinacjach amerykańskiej polityki zagranicznej.

Ten impuls, w połączeniu z uwielbieniem dla George Pecka, znanego z westernów sprawił, że postanowiłem wreszcie zobaczyć ten cholerny film. I nagle wydarzyło się coś potwornego. Wszyscy wokół mnie już widzieli ten film, łącznie z moim poczciwym ojcem, nienawidzącym przecież wszelkiej fantastyki („jeśli już musisz, durniu jeden, oglądać te horrory to przynajmniej takie jak” powiedział mi kiedyś). Mało tego! Nieustannie rozmawiali o tym dziele, wymieniając ulubione fragmenty oraz rozliczne zalety. Dokądkolwiek nie poszedłem, gdzie kufla nie wzniosłem nic tylko „Omen”, „Omen”, „Omen”.

Co miałem zrobić? Nie mogłem przyznać się, że nie widziałem „Omena”. Ja, rzekomy ekspert od horrorów, największy fan? Jakby to wyglądało? Zacząłem więc udawać, że film jest mi doskonale znany. Kłamałem nawet jak to oglądałem go u wujka na wideo, w Raciborzu, jeszcze w poprzedniej dekadzie. Ponieważ temat „Omena” powracał, sprytnie zapamiętywałem to, co było mówione i podkradałem opinie innych. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób: na bibce u Czarnego przysłuchuję się rozmowie na temat „Omena”. Tydzień później, w pubie „Burzliwy poniedziałek”, w innym towarzystwie powtórzyłem opinię Czarnego na temat filmu robiąc korzystne wrażenie. Ktoś coś powiedział, rzucił argumentem, dał świadectwo jakieś fascynacji. Podniosłem ostrożnie te skarby i poniosłem do Czarnego jako swoje.

Straszliwie upraszczam. Ale mechanizm mniej więcej tak wyglądał.

Często pijałem u Czarnego i lubiłem przesiadywać w „Burzliwym poniedziałku”. Po jakimś czasie stałem się ekspertem od filmu „Omen” nawet go nie obejrzawszy. Znałem po kolei wszystkie sekwencje, potrafiłem powiedzieć to i owo na temat montażu, a imiona postaci mógłbym wykrzyczeć obudzony w środku nocy. Zorientowałem się też, że rzeczy rozproszone – muzyka, plakat, zdjęcia – stanowią części jednego, integralnego dzieła. Wiedziałem, że muszę kiedyś ten film zobaczyć, lecz zwlekałem z decyzją. Bardzo pokochałem „Omena” nie oglądając „Omena” i bałem się rozczarowania. Aż wreszcie zobaczyłem.

Film jest piękny, wspaniały. I wiele mu zawdzięczam.

Metodę, wynalezioną przy rozmowach o „Omenie” z powodzeniem zastosowałem na studiach i w pracy twórczej, jako pisarz i publicysta, we wszystkich możliwych dziedzinach wiedzy. Doskonale sprawdza się do dziś.

Kategorie
felietony

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i „Nowej Fantastyki”. Aktualnie mieszka w Warszawie.

Dodaj komentarz