felietony

Młody papież, nowa waluta, Chrystus Królem, czyli say you want a revolution

Co wolimy, co jest dla nas lepsze? Stabilizacja i ciepłe kapcie, czy to uczucie, kiedy życie wkracza na nowe tory? Spokój codzienności przerywany weekendowymi szaleństwami, czy podświadomą chęć wysadzenia w cholerę całego świata, by w jego miejsce powstał nowy? Status quo, czy zmianę? Odpowiedź wcale nie jest prosta, stąd zazwyczaj trwamy w niezdecydowaniu, najchętniej patrząc w ekran i obserwując,  jak rewolucji dokonują wymyśleni bohaterowie.

Fajny jest ten 2016 rok, bardzo fajny serialowo. Serca skradł widzom „Stranger Things”, ekscytuje zagadkami fabularnymi „Westworld, a jeszcze „Zamęt”, „The Get Down”,  „Luke Cage”, niezły sezon „Gry o tron” i wracający z hukiem, czy może raczej pierwszy raz w historii prezentujący świetną formę „The Walking Dead”. Ów ostatni wskoczył na właściwe tory, kiedy w życiu bohaterów i obrazie świata pojawiły się istotne zmiany. Rick i spółka dostali tym razem takiego przeciwnika, że role niespodziewanie odwróciły. Przestali mieć  kontrolę nad własnym życiem – ach jakie niemiłe uczucie – zmiana ich dotknęła, niemal pogrążyła, ale może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Negan to małe trzęsienie ziemi, mała rewolucja w serialu, a odbiorcy mogą już jedynie czekać na kontrrewolucję i powrót do dawnego stanu rzeczy, do status quo. Czyli do momentu, kiedy wszystko znów stanie się z lekka nudne. Bo póki bryluje Negan, na pewno nudno nie jest.

Pojęcie rewolucji poprzez historyczne odniesienia trochę się zdewaluowało, kojarzy nam się pejoratywnie, z kolei sama „zmiana” nie jest tak uderzająca, brzmi mało efektownie, zwyczajnie. Ale oto pojawił się serial, przy którym określenie rewolucja ciśnie nam się na usta, choćby za sprawą jego tytułu – trochę dziwnie brzmiącego, może nawet infantylnie, ale z pewnością wywołującego ciekawość – „Młody papież”. Dodajmy do tego jeszcze czołówkę serialu z kroczącym wzdłuż serii obrazów (po których przelatuje jako symbol zmiany kometa) Judem Law w papieskiej sutannie i przy dźwiękach „All along the watchtower”, ze znaczącym mrugnięciem do widzów pod koniec marszu. Trochę w stylu Franka Underwooda ta nić porozumienia. Do którego zresztą Pius XIII z „Młodego papieża” jest najczęściej porównywany.

Serial Paolo Sorrentino daje odbiorcy to, czego do pełni szczęścia i do pełni genialności brakuje nieraz w „Black Mirror”. Owszem, w telewizyjnej ofercie nie było chyba drugiego serialu, który w tak udany, przewrotny  sposób komentowałby naszą rzeczywistość, dając jej najczęściej futurystyczny sztafaż. Twórcy bez żadnego wahania manipulują tu naszymi sądami i zmieniając punkty widzenia pokazują obraz przyszłości, która wydaje się iść, także w imię technologicznego postępu, w iście diabelskim kierunku. Jednego ci od „Black Mirror” nie pokazują, bawiąc się w te obrzydzanie nam przyszłości – realnych zmian.

Zaraz, czy rzeczywiście? No bo przecież obserwujemy, jak zmieniają się wraz z kolejnymi etapami postępu ludzkie zachowania i przyzwyczajenia. Ale to wciąż nie są zmiany w sensie rewolucyjnym, to raczej zmiany w obrębie stałego cyklu, bez żadnego trzęsienia ziemi – to wciąż obraz mało świadomych owieczek prowadzonych na rzeź. Patrzymy, zachwyceni przenikliwością twórców potakując z uznaniem głowami, fascynujemy się przede wszystkim tą technologiczną otoczką, która usprawniając życie (bądź nabijając kasę korporacjom), zabija w nas resztki człowieczeństwa. Jest jak jest myślimy i pewnie będzie jak będzie, tak jak pokazują twórcy  – człowiek sam skazuje się na potępienie. Obraz jest tak sugestywny, tak przekonujący, że zamiast budzić protest, budzi raczej podświadome godzenie się na stan rzeczy. Zaprawdę, jest w tym coś przerażająco obezwładniającego. „Black Mirror” ożywia intelekt, ale paraliżuje duszę. „Młody Papież” daje zaś napęd obydwu z nich.

 

Można serial Sorrentino traktować jako intelektualny eksperyment – zresztą sama filmowa narracja ma postać estetycznego eksperymentu. Opowieść o duchowym przywódcy świata jest przede wszystkim zbudowana na zestawieniu kontrastów, co jasno do zrozumienia już sam tytuł. W roli głównej występuje przystojniak Jude Law, ale w typie  intrygującego swą powierzchownością mężczyzny i jest to, nie ma co ukrywać, najbardziej popisowa rola aktora w całej jego karierze. Pius XIII (nawiązanie do Piusa XII, czyli ostatniego, przed soborowego papieża), pali papierosy jak smok, na śniadanie każe podawać sobie Cherry Coke, i jeszcze mruga do nas porozumiewawczo z ekranu, zdobywając w łatwy sposób sympatię. Problem tkwi w tym, co robi oprócz tego, czyli w skrócie – jaką wizję Kościoła proponuje.

Jaka to wizja? Najpierw rozejrzyjmy się wokół. Wielu osobom, także i tym, którzy co niedziela uczęszczają na mszę, nie podoba się dzisiejszy obraz Kościoła. Uważany jest często za skostniałą, konserwatywną instytucję, która w zasadzie nie wiadomo dlaczego trwa nieprzerwanie przez te dwa tysiące lat, robiąc ludziom wodę z mózgu (przypomina się Stephenson z „Zamieci” z wizją religii jako wirusa infekującego ludzkie umysły). Wielu chciałoby żeby Kościół, tak jak cywilizacja szedł razem z postępem. Żeby pozwolono kobietom na święcenia i powszechną aborcję, księżom na współżycie, osądzono pedofilów w gronie duchownych i pokochano homoseksualistów. Ewentualnie żeby Kościół nie wtrącał się, nie wchodził z butami w ludzkie życia i nie urządzał takich wariacji jak uznanie Chrystusa za władcę Polski. Stop!

Pius XIII dokładnie to mówi – stop. Po czym daje popalić wszystkim. Nie ma zamiaru przypodobać się wiernym, gromi ich podczas jedynego przemówienia na placu Św. Piotra, nakazując bezwarunkowe posłuszeństwo Bogu, którego z pewnością uważa za króla nie tylko Polski, nie tylko Watykanu, a całego Wszechświata. Papież postanawia otoczyć sie nimbem tajemnicy i odmawia pokazywania publicznie swojego oblicza, rezygnuje z zagranicznych podróży. Budzi przerażenie wśród kardynałów, wprowadzając kolejne, restrykcyjne obostrzenia. Jest konserwatystą pełną gębą, a nawet więcej – jego sposób sprawowania pontyfikatu to przykład rodzącego się, czystego fundamentalizmu. Dopiero w tym, co prezentuje na ekranie Sorrentino, widzimy jak bardzo jesteśmy w błędzie oceniając dzisiejszy Kościół, jako siłę działającą wstecz.

Guzik prawda – patrząc na strach duchownych i szok wiernych zaczynamy pojmować, że to jedynie kolejna instytucja, która znalazła swój sposób na funkcjonowanie w świecie, robiąc z religii formę przemysłu (co nie przeszkadza budzić u jednych oddania, u innych frustracji i wściekłości). To trwanie przez dwa tysiące lat polega ponadto na częściowym kompromisie z resztą świata. Polega na rozdawaniu marchewek, przy jednoczesnym grożeniu kijem. Polega na przypodobaniu się i dostosowaniu (Benedykt XIV gaworzący po polsku i tweetujący papieże), polega na przemyślanej polityce, w której wiara często staje się monetą. Dzięki Sorrentino prawda ta staje się oczywista i po prostu banalna. Kościół jest po prostu częścią naszego życia. Częścią status quo. A w „Młodym papieżu” dostajemy nagle obraz tego, co by było, gdyby ktoś miał odwagę powiedzieć stop. I zrobić rewolucję, która wywróciłaby wszystko do góry nogami. Swoją drogą – pewnie tak samo ciekawa byłaby wersja z papieżem ultra-postępowym – który wariant spowodowałby większą rewolucję lub większą katastrofę?

Najlepsze w serialu Sorrentino jest to, że sposób pokazania tej wolty (w ogóle fakt, że ekipie pozwolono kręcić w Watykanie, świadczy chyba o tym, że duchowni przeczytali scenariusz i się im spodobał) ma w sobie urok paradoksu. Nieprzejednana postawa Piusa XIII budzi bowiem szacunek. Tak, postawa, która w rzeczywistości wywołałaby pewnie wściekłość i potępienie środowisk lewicowych (a gdzieś w ich wnętrzu pewnie i polityczną radość z takiego obrotu spraw), budzi szacunek i zrozumienie. Oczywiście ma w tym udział również urok filmowej manipulacji, bo budowanie wizerunku Piusa XIII i całej rewolucji odbywa się często w rytm świetnie dobranej muzyki i innych sztuczek formalnych. A także w myśl prostej, psychologicznej zasady kibicowania głównemu bohaterowi (tak dobrze działającej w przypadku postępków Franka Underwooda), który jest sam przeciw światu, bohaterowi, który ma odwagę pójść pod prąd.

Respekt dla takiej postawy pozostaje nawet po coraz bardziej irracjonalnych wybrykach decyzyjnych młodego papieża, bo ta rewolucja w jakiś sposób wydaje się być na miejscu, wydaje się być szczera. Głęboko przemyślana, choć pozorowana na spontaniczną. Rewolucja, która naprawdę może się udać – a co z jej owocami, to już pytanie na inną okazję. Ale w samym serialu jest coś jeszcze. Mimo że dla wielu bohaterów i odbiorców kierunek tej rewolucji wydaje się niepożądany, czy wręcz złowieszczy, ma przecież w sobie posmak nowości, posmak zmian, czyli posmak tego, co tak bardzo fascynuje i czego jednocześnie tak bardzo się boimy. Świetnie to widać na przykładzie innego serialu, w którym proponuje się inny rodzaj rewolucji. Zresztą sam tytuł również ma rewolucyjne konotacje. W myśl powiedzenia, że coś się kończy, coś się zaczyna.

„Startup” to sensacyjno-obyczajowa fabuła z kilkoma równorzędnymi bohaterami, skupionymi wokół tytułowego przedsięwzięcia. Jego pomysłodawcą jest młoda, niesforna Latynoska, która wymyśliła rodzaj nowej, uniwersalnej waluty, nazywaną GenCoin (tak, znamy coś takiego jak Bitcoin, ale tu chodzi o coś innego), która miałaby odmienić na zawsze nie tylko rynki walutowe, ale i obraz świata. Bohaterka ze swoją ofertą krąży po różnych instytucjach, próbując przekonać do swojego startup’u wielu przedstawicieli biznesu, ale nie daje rady. Dlaczego? Bo ludziom ciężko jest przestawić myślenie na inne tory, wyobrazić sobie coś zupełnie innego, niż od wieków jest nam dane i przerabiane, poza tym nikt nie chce podjąć ryzyka i pakować się w projekt, który ma niepewny (no i rewolucyjny) charakter. Do tego potrzeba… no właśnie czego? Odwagi? Zrozumienia? Wyobraźni (o tak, bo wsłuchując się w   tłumaczenia bohaterki czym charakteryzuje się nowa waluta, nam także wydaje się to wciąż abstrakcyjne)?  Sprzyjających okoliczności? A może po prostu tej jednej osoby, która zrobi rewolucję za nas wszystkich?

Rewolucja jest ekscytująca jedynie w czasie jej trwania. Potem zawsze przychodzi czas weryfikacji, a rewolucjonistów najczęściej już nie ma wśród nas. Jakaś grupka czerpie potem korzyści z dokonań rewolucji, inna ( z zasady większa grupa) zbiera gorzkie owoce zmian. Pozostaje fascynacja i oddanie albo nienawiść i pogarda dla tych, którzy poważyli się odmienić obraz świata. Pozostaje nam nasze małe status quo i nadzieja na zmianę, kiedy wiemy, że coś jest nie tak. I to uczucie, może nie zazdrości, ale po prostu pragnienia, żeby chociaż na chwilkę, na sekundę wiedzieć jak to jest, wejść w czyjeś buty i doświadczyć, jakie to uczucie, kiedy reszta świata wstrzymuje oddech, a Ty dokonujesz rzeczy, na które nikt inny nie był w stanie się poważyć. Ten boski moment, gdy jesteś królem życia, a może i całego wszechświata. Moment, na który pozwalamy sobie tylko w wyobraźni, bo tylko wówczas możemy uniknąć ciężaru odpowiedzialności. A ów ciężar – choć po młodym papieżu zbytnio tego nie widać – musi być przytłaczający. Po prostu musi. Inaczej cały ten serial o duchowej rewolucji nie miałby sensu.

 

Kategorie
felietony
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz