felietony

„Mindhunter” vs „Stranger Things 2”, czyli dzieciaki, agenci i potwory

Niebezpiecznie versus bezpiecznie, dziwne myśli kontra dziwne rzeczy. Dwa seriale, które dzieli wszystko i tak wiele łączy. Łączą przede wszystkim chłonne popkulturowe motywy, na czele z niepohamowaną, zwizualizowaną atencją dla  potworów. No właśnie – boimy się, tylko czemu ów strach przechodzi w ekscytację?

Wieczór sprzed kilku dni. Kończę wcale nie obejrzanego jednym ciągiem „Mindhuntera”. Po ostatnim odcinku czuję się sponiewierany niemal jak uciekający po spotkaniu z Edem Kamperem agent Holden Ford. Sponiewierany, ale też w jakiś też sposób niesiony na fali zachwytu, do czego z pewnością przysłużyło się genialne wkomponowanie w fabułę „In the light” Led Zeppelin. Powinienem smakować ów seans, przetrawiać, analizować. I jak, robię to? Nie. Nie mija dziesięć minut, jak odpalam drugi sezon „Stranger Things”. I znowu chłonę.  I sam nie wiem – czy chodziło o przejście ze strefy namacalnego, znajdującego odzwierciedlenie w rzeczywistości zła w rejon zła obłaskawionego nostalgią? Czy jedynie o kontynuację transu, nie wychodzenie ze stanu popkulturowej ekscytacji? Nieważne. Dwa odcinki na start, potem  wreszcie sen. Być może sny też były dziwne.

Serial braci Duffer, który tak zachwycił mnie w ubiegłym roku, w tym miał tego pecha, że został  obejrzany zaraz po wgniatającym w ziemię „Mindhunterze”. Niektórzy pewnie by wzruszyli ramionami, no bo jak wgniata, kiedy nie wgniata. Gadają i gadają, zamiast bryzgającej krwi i szalonych protoplastów Lectera tylko jakieś wykłady i zdjęcia z miejsc zbrodni, zamiast bezpośredniej akcji. No i ci mordercy, którzy zachowują się trochę jak duże dzieci, trochę jak rozkapryszone gwiazdy. Tak, wszystko prawda. Czemu więc czujemy, że groza jest tuż obok? Czemu to, co dzieje się na ekranie, dotyka, brudzi umysł, brudzi duszę, czemu po ostatnim odcinku czujemy się utytłani? Czy dlatego od razu zafundowałem sobie ucieczkę w „Stranger Things 2”?

Przecież w Hawkins wcale nie jest bezpiecznie. Sugerowała to już ostatnia scena pierwszego sezonu, kiedy to uratowany Will, wydawałoby się bezpieczny, w domu, w łazience – wypluwa nagle z ust oślizłe paskudztwo i potworny świat na moment powraca. Potem przyszły trailery, które zapowiadały jeszcze więcej potworności i jeszcze więcej odniesień do lat osiemdziesiątych. I wszystko to jest – hordy demogorgonów, plus potężny, do końca nieokreślony byt, nazwany jednak przez dzieciaki Mind Masterem. A jeśli coś już nazwiemy, to przecież od razu robi się mniej straszne.

Inaczej ma się sprawa w „Mindhunterze”. Tam każdy morderca ma imię i nazwisko, jest z niego znany, potem jednak ukute zostaje przez agentów określenie „serial killer” i ono z czasem przerasta te nazwiska, obejmując cały zbiór pokręconych, morderczych osobowości. Seryjny morderca – czyli też zło nazwane, też w jakiś sposób obłaskawione, uatrakcyjnione. Odległe? Niestety nie. A co gorsza – biorące genezę właśnie z niebezpiecznych, dziwnych myśli.

Dawid Fincher, który stoi za powstaniem „Mindhuntera” dwa razy opowiedział już historię seryjnego mordercy z dwóch różnych, popkulturowych perspektyw. „Siedem” – mimo że autentycznie przerażające – było wymyśloną, filmową atrakcją. „Zodiak” – dzięki drobiazgowemu, dokumentalnemu niemal zacięciu nie przerażał, za to po seansie trzymał w kleszczach lęku. Lęku pierwotnego pomieszanego ze społecznym, który skupił w sobie sedno strachu przed seryjnym mordercą, czyli przed autentycznym, czasem aż nie do pojęcia zagrożeniem.

W „Stranger Things” potwory też mordują. Zginęła przecież Barb, której oddano w drugim sezonie wybłagany przez fanów hołd, w dwójce ginie także inny, sympatyczny skądinąd bohater. I o ile śmierć Barb tak męczyła fanów – bo nie była uzasadniona, tak w nowym sezonie mamy śmierć poprawną, bohaterską, zgodną z hollywoodzkimi standardami. W drugim „Stranger Things” – który, trzeba to jasno powiedzieć – nie robi już takiego wrażenia jak jedynka, nie bierze nas tak mocno jak pierwowzór – czuć wyraźnie zmagania twórców między hołdowaniem hollywoodzkim, poprawnościowym standardom, a chęcią opowiedzenia historii po swojemu. I znowu – drugie „Stranger Things” przyszło po „TO!” w którym hollywoodzkie standardy wszelakiej poprawności dostały porządnego kopa w tyłek. I ponownie wyszło, że warto być wiernym sobie, niż starać się za wszelką cenę zadowolić wszystkich.

„Mindhunter” natomiast wyłamał się ze wszelkich standardów – bo o seryjnych mordercach wcześniej tak nie opowiadano – i dlatego tak to wciąga, takie robi wrażenie. Oparty jest na faktach (choć wiadomo, że twórcy musieli trochę koloryzować), fascynuje umiejscowieniem w czasie i tematem – oto opowieść o behawioralnej jednostce FBI, której zadaniem jest, na podstawie badań i rozmów z zabójcami pokusić się o sprofilowanie ich umysłów. W jakim celu? Aby móc zapobiegać ich czynom bądź skutecznie ich tropić. Na czym to polega? Przede wszystkim na żmudnej pracy, do której poszczególni bohaterowie mają różny stosunek. Tak samo, jak różny jest ich stosunek do obiektów badań. I tu mamy od razu dylemat moralny –  badać obiektywnie, według procedur, czy jednak spróbować nawiązać więź z obiektem? Jak bardzo niebezpieczne jest nawiązywanie więzi, najlepiej przekonamy się w ostatnim odcinku „Mindhuntera”, kiedy to Holden wejdzie tak mocno w nową rolę, że stanie się pierwszoplanowym aktorem w teatrze życia codziennego agentów FBI.

Więzi są również podstawą „Stranger Things 2”, ich najmocniejszą stroną. Twórcy nie boją się opowiadać o ich nadszarpywaniu (w paczce chłopaków osamotnionych po zniknięciu Eleven pojawia się nowa dziewczyna) bądź o niebezpieczeństwach zauroczenia (Dustin i Dart, czyli chłopiec i potwór). No i jeszcze szeryf i powracająca (to prawda, że w przejmujący sposób, ale właściwie jak?) bohaterka, którzy tworzą duet udanie nawiązujący do hollywoodzkiej klasyki filmowych ojców i córek. Dzieciaki zresztą ponownie błyszczą, ale nie jest to błysk tak olśniewający jak w pierwszej serii – nie wiem, czy w kluczowym dla historii Eleven siódmym epizodzie, Millie Bobby Brown w pełni podołała aktorskiemu zadaniu.

W „Mindhunterze” nie ma się do czego przyczepić, aktorskie trio w postaci Jonathana Groffa, Holta McCallany i Anny Torv to mistrzostwo świata. Rozpisanie roli tego pierwszego, który do finałowego odcinka jako agent Ford niejako rekonstruuje emocjonujące wrażenia widzów po dziesiątkach filmów o seryjnych mordercach, to prawdziwy majstersztyk – doprowadzenie do granicy. Oba seriale są zresztą właśnie o tym – o istnieniu granicy, o naszej wiedzy o niej i o tym, że niektórzy nie są w stanie pojąć, gdzie ona dokładnie tkwi. W „Stranger Things” to przede wszystkim zabawa wyobraźni, z wiedzą (naszą i młodych bohaterów), gdzie granica istnieje i kiedy dokładnie się ją przekracza. Choć niektóre momenty – jak z odnalezieniem przez Eleven matki pokazują, że można z tej opowieści wyciągnąć coś więcej niż jedynie nostalgię i oczywiste nawiązania i tym samym przekroczyć granicę popkulturowego schematu.

W „Mindhunterze”, w którym rządzą stranger minds, najważniejsza jest właśnie granica między myślą a czynem. Granica między tym, czy te niebezpieczne myśli, przeradzające się potem w straszne czyny można w jakiś sposób usprawiedliwiać, czy jedynie bezlitośnie osądzić. To nie jest prosty wybór, szczególnie z perspektywy naszego nowoczesnego, dwudziestego pierwszego wieku. Anna Torv jako doktor krąży wokół pierwszej opcji, starając się w obiektach badań dostrzec ludzi, których jakiś uraz doprowadził do ostateczności.  Dla agenta Tencha ich przeszłość nie istnieje, są przede wszystkim bestiami, którzy dokonali przerażających czynów. Można by powiedzieć, że agent Ford usadowił się pośrodku, między dwójką współpracowników, ale chyba lepszym określeniem będzie, że wyszedł poza schemat i przekroczył granicę niebezpiecznych myśli. Pytanie brzmi – czy zdoła, albo inaczej – czy będzie chciał stamtąd powrócić? Bo że w „Stranger Things” bohaterowie bezpiecznie powrócą ze świata potworów – tego jesteśmy pewni. W „Mindhunterze” już nie.

Czyli co, taki z tego morał? Nie, w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na staroświeckie morały. Wróćmy jeszcze raz do początku tekstu. Seans „Mindhuntera”, zaraz po nim „Stranger Things 2”. Zaprawdę, tyle różnych bodźców, jak tu się nie ekscytować? Błogosławmy zatem popkulturę, błogosławmy Netflix z bezpiecznego widoku naszej kanapy. Bądź z innego miejsca, w którym zdarza nam się oglądać filmy i seriale o potworach.

Kategorie
felietony
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
  • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero