felietony

Matrix czyli poszukiwanie prawdy

 

Łukasz Orbitowski wspomina swój pierwszy kontakt z „Matrixem” rodzeństwa (a wtedy jeszcze braci) Wachowskich.

 

Czytelnicy moich śmiesznych zapisków tutaj zapewne domyślają się jaki mam stosunek do kina. Film, zwłaszcza ten dobry, odciskający się w człowieku nie funkcjonuje samodzielnie, ale wyłania się z tła, mniej lub bardziej intensywnego. Liczy się nie tylko kontakt z dziełem, sposób w jaki się odbywa również. Niektóre filmy działają tylko w młodym wieku, a inne na życiowym zakręcie, jedne powinniśmy oglądać w kinie, inne z kumplami na komputerze, jeszcze inne we dwoje bądź samotnie, trzeźwi czy też pijani. Sztuka posiada cudowną zdolność nadawania życiu komentarza jak i nieznacznej zmiany kierunku w który zmierzamy. Słowo „nieznacznej” ma tutaj kluczowe znaczenie.

 

Kiedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Krakowie pojawiły się billboardy reklamujące film „Matrix” nie bardzo wiedziałem o co chodzi. Nie znałem reżyserów, a film firmował Keanu Reaves, aktor ogołocony z wszelkiego talentu (trzeba przyznać, że Wachowscy trafnie wykorzystali jego jedyny atut, czyli mordkę wiecznie rozwartą w bezrozumnym zdziwieniu). Ponieważ wszelkie możliwe fundusze przeznaczałem na używki, do kina chodziłem rzadko. Zamiast na „Matrixa” wybrałem się na „Gwiezdne wojny: mroczne widmo” co z perspektywy czasu wydaje się fatalną decyzją. A może jednak nie? Może widowiskowy film Wachowskich powinien być oglądany zupełnie inaczej?

 

Wkrótce o „Matrixie” wszyscy zaczęli rozprawiać, a ja siedziałem w rogu, głuchy i ciemny. Odczekałem pół roku i wypożyczyłem kasetę z Beverly Hills na Czarnowiejskiej, o co skądinąd musiałem powalczyć. Ograniczoną liczbę kopii rozdrapywano migiem. Następnie zwołałem kumpli, kumple przynieśli wódeczkę i odpaliliśmy arcydzieło. Zajmowałem wówczas ponurą norę w centrum Krakowa, gdzie wchodziło się wprost do kuchni, a maleńki pokoik ogrzewałem przy pomocy pieca opalanego węglem. Dysponowałem dwudziestoletnim telewizorem marki grundig i niewiele młodszym, niemal już zajechanym odtwarzaczem kaset wideo. Ekran śnieżył, mrugał, poczerwieniał kolory. W pokoju gęstniał dym papierosowy i nie tylko papierosowy. Ludzie ciążyli ku podłodze pokrytej węglowym pyłem.

 

W tych warunkach umknęła mi cała widowiskowość dzieła, jak i reżyserska inwencja Wachowskich, z perspektywy czasu przecież nieistotna. Te zwolnienia ruchów, skoki przez budynki, senny taniec między gradem pocisków wydawał się czymś nierzeczywistym. Mógł przynależeć do świata filmu, jak i wywodzić się z naszego odurzenia. Nie zwróciłem też uwagi na oczywiste idiotyzmy. Po diabła maszynom energia z ludzi i tyle zachodu z matrixem – naprawdę nie dało się inaczej? Czemu ma służyć prostacki wątek z Wybrańcem? Co tak wyjątkowego jest w Neo?

 

Mnie i moich przyjaciół zainteresowało coś innego, mianowicie rewelacyjna idea, że nasz świat nie jest światem prawdziwym, ale jedynie namiastką, zasłoną Mai którą można rozedrzeć i wystawić łeb na prawdę. Tak sądzili już gnostycy z pierwszych wieków naszej ery. Dla nich ułuda ziemskiego życia była jednak piekłem sprokurowanym przez okrutnego Demiurga. Świat prawdziwy miał przynieść wyzwolenie. Wachowcy – w czym tkwi ich wielkość – zaproponowali coś odwrotnego. Martix jest przecież całkiem przyjemnym miejscem, w każdym razie takim, gdzie można się urządzić. Świadczą o tym tęsknoty Judasza-Cyphera, motywujące jego zdradę. W prawdzie, zdaniem Wachowskich nie ma nic przyjemnego tylko ciemność, lęk skontrowany wątłym promykiem nadziei, wieczna ucieczka i jęk pokładu Nabuchodonozora, rozrywanego przez roboty.

 

I tak my, banda dobrych pijaków nie wierzących w szczęśliwą gwiazdę zabraliśmy się za poszukiwanie Prawdy. Muszę uczciwie przyznać, że nie należałem do szczególnie odważnych poszukiwaczy. Nieśmiało skrobałem zasłonę bytu, obserwując śmiałe poszukiwania innych. O szczegółach nie wolno mi, niestety pisać, dość powiedzieć, że ludzie fruwali wysoko. Krążyły książki mistyków: Gurdżijewa, Artauda, Williama Blake’a i Aleistera Crowleya. Siedzieliśmy, a nasze odurzone umysły próbowały znaleźć sposób na wyczepienie się z matrixa, by choć przez moment poczuć oddech prawdziwego świata. Chcieliśmy posłyszeć szum anielskich skrzydeł, zapraszaliśmy do naszego stołu dawno zmarłych świętych, a ja spoglądając w niebo usiłowałem dostrzec na nim rozwarte oko Horusa. Byliśmy bardzo młodzi, bardzo naiwni i nie chcieliśmy dać zgody na ten świat. Znów – mi ta zgoda przyszła najłatwiej.

 

Inni odfrunęli daleko, zapewne dalej niż by chcieli. Mowa o potrzaskanych życiach i kaftanach bezpieczeństwa. Mimo tego, jestem pewien, że nie żałują, przynajmniej nie tak bardzo jak ja żałuję, że nie towarzyszyłem im w tej dalekiej wędrówce. Myślę, że po prostu się przestraszyłem. A żałuję choć wiem (korzystając z doświadczenia przyjaciół, dalekich wędrowców)  że tam po drugiej stronie nic nie ma, żadnego Boga, Horusa, żadnych aniołów, tylko mur o który można rozkwasić sobie pysk.

 

Nie umiem nawet oddać charakteru tych poszukiwań. Na czym polegały? Przecież nikt nie przebijał zasłony bytu własną głową, nie odprawialiśmy żadnych rytuałów, nikt nie próbował spaceru przez rozżarzone węgle. Zdarzyły się tylko rozmowy i mnóstwo lektur. A potem? Zmarli mieszkający w ciałach żyjących, pieczęcie ochronne na ścianach i ciepły wiatr wiejący w plecy gdy na ulicach leżał brudny śnieg.

 

Czy chciałem sprzedać diabłu duszę? No pewnie, że tak. Za podyktowanie naprawdę wielkiej książki. Nie wyszło i muszę męczyć się na sucho.

 

Nie twierdzę, że „Matrix” pchnął nas w to gnostyckie szaleństwo. Był tylko jedną z okoliczności sprzyjających temuż. Zdarzyły się lektury, klimat między nami, jakaś rozpaczliwa potrzeba wyjścia z nędznej sytuacji będącej udziałem nas wszystkich. Wydaje mi się, że podobne bywa z chorobą alkoholową. By na nią zapaść, wewnętrzna skłonność do odurzeń musi spotkać się z odpowiednim towarzystwem, czasem i funduszami na chlanie, wreszcie, milcząca akceptacja reszty otoczenia. Czasem nawet myślę, że alkoholizm i poszukiwanie Prawdy są dwoma aspektami tej samej choroby.

 

„Matrix” jest filmem niezwykłym jeszcze z jednego powodu. Dowodzi, że w kulturze pewne wątki pojawiają się hurtowo, za sprawą jakiejś tajemniczej intuicji, rozpalającej poszczególne głowy. W tym czasie, niezależnie od siebie ukazało się kilka bardzo podobnych filmów: „ExiZtenz” Cronenberga, „Mroczne miasto”, „Trzynaste piętro”, żeby wymienić tylko te bardziej znane. Wszystkie opowiadają o relacji pomiędzy światem prawdziwym i pozornym, o zerwaniu zasłony Mai, gnostyckiej intuicji trwania w ułudzie i doniosłej roli technologii. Ta zrezygnowała ze swojej funkcji pomocniczej, nie służy już temu byśmy lepiej sobie radzili w zastanej rzeczywistości, lecz tworzy całkiem nową na nasz użytek lub nasze przekleństwo. Niedługo potem internet się upowszechnił, co daję wszystkim pod rozwagę.

Kategorie
felietony

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i „Nowej Fantastyki”. Aktualnie mieszka w Warszawie.

Dodaj komentarz