Warner Bros
felietony

„Mad Max”, czyli wzorzec

            Nie zdarza mi się czekać na filmy. Właściwie co to znaczy: czekam na ten film? Czekać mogę na kumpla, na dziewuchę, na przelew. Być może są i tacy, którym dłonie się trzęsą na myśl o spotkanie z Vinem Dieselem w „Szybkich i wściekłych 7”, lecz nie mam przyjemności zaliczać się do tego szacownego grona. Filmów jest tak wiele, że nie zobaczę wszystkich, a od obcowania z nowościami wyżej cenię sobie powrót do klasyki, do czego, pośrednio, zmusza mnie własny kąt na „Dzikiej Bandzie”, gdzie wyczyniam sobie, co tylko chcę. Ale na nowego „Mad Maksa” pójdę. Może nie w pierwszy dzień wyświetlania. Nie będę dyskutował o tym w sieci, zobaczę sobie dla siebie, gdyż zwyczajnie jestem ciekaw, cóż tam się podzieje. Tom Hardy to jeden z najwybitniejszych współczesnych aktorów, do tego mógł urodzić się właśnie dla tej roli. Reżyser George Miller powraca do tematu porzuconego równo trzydzieści lat temu. Przez ten czas zmieniło się wszystko – stosunek do seksualności i mniejszości, tempo filmu, operatorka, lokowanie aktora, analog przeszedł w digital – a i sam Miller uległ przeobrażeniu. Gdy kręcił część pierwszą, był mężczyzną w sile wieku. Teraz znajduje się na progu starości.

Właśnie, pamiętacie pierwszego „Mad Maxa”? Otóż ja nie zapamiętałem. W mojej podziurawionej wesołym życiem głowie osiadły mocno poszczególne obrazy – autobus robiący za bramę, dzikusi z irokezami sterczącymi na gorących głowach i chałupniczo fortyfikowane pojazdy zwalające się z rozmachem w czerwony piach pustyni. W tym wszystkim był też Max, bardziej bóg niż człowiek, wbity w starą skórzaną kurtkę, z obrzynem i psem, który trwa przy nim jak Argos przy Odyseuszu. Wspomnienie ulokowałem fatalnie. Dotyczy ono części drugiej, uchodzącej za kanoniczną. Oryginalny „Mad Max” jest filmem zupełnie innym, dziwacznym, nakręconym za dolara, niemniej wartym kilkuset uderzeń w klawiaturę.

Przyszłość znajduje się za ścianą, a akcja toczy się u zarania kolapsu cywilizacyjnego, którego efekty mamy przyjemność obserwować w dwójce. Paliwo jeszcze nie stanowi takiego problemu. Ludzie wciąż żyją w domach, a nawet bawią się, próbując ocalić cząstkę normalności. Ta jednak ulega atrofii. Prawo staje się swoją karykaturą, papierkiem lakmusowym zasłaniającym dyktat silniejszych. Policja zmutowała w milicję, na wpół ochotnicze siły porządkowe, wolne od munduru, paragrafu, częściowo również od dyscypliny. Wygląda to trochę tak, jakby cywilizacja zapadała się w nicość. Tę pustkę próbują zagospodarować różnorakie agresywne szumowiny. Póki co działają ostrożnie, lecz jasnym jest, że z czasem zaczną poczynać sobie coraz śmielej. Ich zwycięstwo wydaje się przesądzone. Nie mają skrupułów, są agresywniejsi i liczniejsi od stróżów prawa, słowem – bardziej im zależy. Odpór może dać tylko człowiek w rodzaj Maxa, który stracił wszystko poza tytułową wściekłością. Tylko ile taki może zdziałać?

Moim zdaniem pierwszy „Mad Max” ma głównie wartość historyczną. Fabuła zwyczajnie się nie klei, przynajmniej do momentu zjazdu w koleiny zemsty. Ktoś kogoś goni, ktoś przed kimś ucieka, zaś wszyscy rżną głupa i na siebie wrzeszczą. Rozpędzane wraki aut wybuchają w karambolach, rażą widoczne linki podtrzymujące kaskaderów zrzucanych z motocykli. Mel Gibson nie odnajduje się na planie, nadrabiając jednak charyzmą. Widać, że ten facet ma szansę na owocny romans z kamerą, mimo oczywistych niedostatków. George Miller dopiero się uczy. Obcowaniu z filmem towarzyszy jednak fajna energia zbudowana na wierze w kino, podzielana przez twórców. Reżyserowi chciało się kręcić, aktorom udawać, że grają, ktoś to zmontował w dwa dni i poszło. Różnica pomiędzy pierwszym „Mad Maxem” a drugim jest jednak kolosalna. Aż trudno uwierzyć, że oba dzieła zostały podpisane przez tę samą ekipę filmową.

Pal sześć, o czym to jest. Wszyscy mamy tę wiedzę. Gdy zobaczyłem ten film – bodaj w szkolnej świetlicy, gdzie do dyspozycji uczniów czekających na zaharowane mamy pozostawiono telewizor z magnetowidem – nic nie było już takie samo. Max był inny niż pozostali bohaterowie kina akcji. W odróżnieniu od Rambo, Cobry i Conana niósł ze sobą jakąś tajemnicę (ujawnia ją część pierwsza, której wówczas nie znałem), którą ani myślał się dzielić. Postępował jak trzeba, lecz nie ciążył ku ludziom. Tego właśnie nie mogłem zrozumieć, ja, dzieciak, który nade wszystko łaknął miłości, czyli akceptacji ze strony kolegów i łaskawych uśmiechów koleżanek. W głowie mi się to nie mieściło. Byłem przekonany, że rozgromiwszy bandę Humungusa, ajatollaha rock and rolla, Max przyłączy się do dobrych osadników w bieli. Przecież potrzebowali jego przywództwa. Problem w tym, że on ich nie potrzebował. Teraz doskonale go rozumiem. Niektórzy są skazani na los wędrowców i nic z tym nigdy nie zrobią.

Szczególność Maksa nie uszła mojej uwadze (tak po prawdzie, nie jest ona żadną szczególnością, takich bohaterów mamy w kinie na kopy) za to umknęło mi coś innego. „Mad Max” jest filmem bardzo wyjątkowym. Samodzielnie ustalił pewną konwencję, określone wyobrażenie. Kiedy myślę o świecie bliskiej przyszłości, przychodzi mi do głowy ponura metropolia z „Łowcy androidów”, ale i lśniące, nowoczesne miasto uchwycone w „Raporcie mniejszości”. Istnieje starożytność z „Quo vadis” i „Kaliguli”, wojna „Szeregowca Ryana” i ta z „Idź i patrz”, słowem wizje konkurują ze sobą o miano najwłaściwszej. W odniesieniu do świata, nazwijmy to umowie, postapo, istnieje tylko jedna i jest nią ta z „Mad Maxa”. Nie mówię, że kino nie uchwyciło świata po zagładzie w jakiś inny sposób, niemniej, gdy o nim myślę, pod powieki wpływają obrazy z filmu z Melem Gibsonem. Zapewne macie podobnie.

Mówię o piachu pustyni, lichych osiedlach, ludziach powbijanych w skóry, ale też o czymś innym, ważniejszym. „Mad Max” uchwycił połączenie resztek wytworów technologicznych z charakterem nowego barbarzyńcy. To jest właściwy sens postapo. Banda króla Humungusa dysponuje mniej więcej wszystkim, co wynaleziono do początku lat osiemdziesiątych. Mają motory, samochody, spluwy i miotacze ognia. Samodzielnie dokonują znaczących usprawnień w pojazdach. Jednocześnie, prowadząc oblężenie, przywiązują do nich jeńców dokładnie tak, jak postępowano we wczesnym średniowieczu (podręcznikowa obrona Głogowa najlepszym przykładem) i malują sobie twarze, próbując wyglądać jak najbardziej przerażająco.

Liczba wytworów cywilizacji kurczy się, więc ich wartość rośnie. Cała awantura w filmie idzie przecież tylko o cysternę benzyny. Kobieta przekazuje Maksowi dwa naboje do obrzyna, jakby były to relikwie jakiegoś świętego, a przynajmniej krzyżyk po zabitym mężu. Niedługo zwyczajne przedmioty zyskają rangę artefaktów, pamiątki kolejnego Złotego Wieku, dwudziestowiecznej Atlantydy. Znajduję w tym jakieś pocieszenie, gdyż po naszych czasach nie zostanie nic. Tylko rzeczy bezużyteczne, auta, których nie można naprawić i ciemne telefony pełne słów i dźwięków, których nie sposób wydobyć – zamknięte skrzynie, do których zgubiliśmy klucz.

Kategorie
felietony

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Dodaj komentarz