Warner Bros
felietony

Mad Max 2: Wojownik szos

W kinach „Niezgodna” czyli nowe kino postapokaliptyczne dla młodzieży. Na DVD kolejne „Igrzyska śmierci”. Z tej okazji postanowiliśmy przypomineć jeden z najważniejszych filmów o życiu po zagładzie. Rewelacyjną, drugą część trylogii o szalonym Maksie.

 

Robert Ziębiński: To ja może opowiem coś o sobie…

 Lech Kurpiewski: Dobrze bo skromnie zaczynasz, prawie jak Stanisław Tym w „Rejsie”.

RZ: Błagam, nie wspominaj, bo od razu mi źle, no nie lubię tego filmu.

LK: Ja tam mogę go oglądać codziennie.

RZ: Twój problem. No więc miałem jakieś dziesięć lat, może nawet mniej, kiedy mój tata kupił kasetę VHS, oczywiście piracką, z dwiema pierwszymi częściami „Mad Maksa”. Na szczęście jej nie schował, więc jak tylko nadarzyła się okazja, czyli gdy nikogo nie było w domu, obejrzałem oba filmy i się zachwyciłem.

LK: Jak cię znam, to na pewno najbardziej spodobała ci się scena, kiedy to rzucony przez jednego chłopaczka – a może raczej jakiegoś homunkulusa –  metalowy bumerang  obcina palce próbującemu go złapać facetowi z „przeciwnej drużyny”.

RZ:  To było akurat bardzo śmieszne. Choć oczywiście mam świadomość, że „Mad Max” to nie jest  film dla dzieci i fakt, że tak wcześnie się z  nim zapoznałem, prawdopodobnie na zawsze skrzywił moją psychikę. No ale co zrobić,  to tylko kolejny dowód, że piractwo naprawdę szkodzi. Tak czy inaczej to chyba wtedy zakochałem się w popkulturze i fantastycznych wizjach snutych przez Millera. To się stało dawno temu w innej Polsce w połowie lat 80. ubiegłego wieku.

LK: W Polsce, gdzie tak jak w filmie Millera każdy toczył swoją własną walkę o bak paliwa, gdzie mała apokalipsa rozgrywała się za co drugim rogiem, a tłumiący demonstracje zomowcy bardzo przypominali spuszczone ze smyczy psy wojny Humungusa… Gdy ja w tym czasie oglądałem „Mad Maksa 2”, to sobie myślałem: przyszłość już była.

RZ:  To był, że tak powiem, taki odbiór lokalny. A jak myślisz, dlaczego wizja upadku ludzkości, jaką zaserwował nam George Miller, okazała się tak uniwersalna i tak mocno wpłynęła na współczesne kino? Zastanawiam się nad tym,  bo Miller de facto prochu nie wymyślił. Opowieść o losach Maksa Rockatansky’ego (mówimy o całej trylogii) to przecież nic innego jak wariacja na temat opowiadań Harlana Ellisona i Rogera Zelaznego. Przy czym „Chłopca  i jego psa” tego pierwszego i „Potępieńczą aleję”  tego drugiego przeniesiono na ekran dużo wcześniej. Mimo to, to właśnie  filmy o Maksie uznawane są za kanon kina postapokaliptycznego.

LK: Bo Miller bohaterem swojej historii uczynił kogoś, kogo świetnie już znaliśmy, choćby z westernów czy komiksów. A więc samotnego wojownika, który w złym świecie staje po stronie dobra. Ale to nie zapewniłoby serii sukcesu, gdyby nie grający Mad Maksa Gibson. To on swojemu bohaterowi nadał charyzmę.

RZ: A wiesz, że gdy w Stanach ten film wchodził do kin, nikt nie wiedział, kto to Mel Gibson, wobec czego dystrybutorzy wycięli z zapowiadających film trailerów jego twarz. Zmieniono też tytuł na „The Road Warrior”, bo nikt nie miał pojęcia, że istnieje wcześniejsza część „Mad Maksa” z 1979 roku.

LK: Ja, szczerze mówiąc, wolę tę drugą część od pierwszej. Nie tylko ze względu na jej  dynamizm (ta końcowa sekwencja z uciekającą cysterną to istne mistrzostwo świata) i  niebanalne kostiumy w stylu punkowo-kolonialnym, ale i z uwagi na  inteligentne nawiązania do klasyki filmowej, choćby do „Siedmiu samurajów” Kurosawy.

RZ: Ja to najbardziej lubię ascetyzm tego filmu. Bohaterowie prawie nic nie mówią, za to jak tylko się pojawiają, to od razu wiadomo, kto kim jest. Nawiasem mówiąc Mel wygłasza tu raptem 16 kwestii, z czego jedna się powtarza: „Przyszedłem tylko po benzynę”. No i uwielbiam przywiązanie Millera do detali, każdy pojazd jest tu inny, każdy szczególny, a postaci mają swoje gadżety, rzeczy, po których rozpoznajemy ich charaktery. Niby nic, ale moim zdaniem to właśnie szczegóły nadały temu filmowi posępną aurę, stanowiąc jednocześnie skuteczny filtr dla kiczu.

LK: Jedno jest pewne, z wizji zaprezentowanej przez Millera w trylogii o Mad Maksie wynika niezbyt może głęboka ale dość przygnębiająca prawda, że globalny kataklizm oznacza nie tylko koniec cywilizacji, ale i totalną załamkę tzw. humanistycznych wartości i relacji społecznych. Po jądrowej apokalipsie  człowiek człowiekowi będzie więc albo wilkiem, albo Maksem Rockatanskym. Innego wyjścia nie ma. Siła będzie rozstrzygać o wszystkim. I tu się „Władca much” kłania…

RZ: No a myślisz, że taki koniec jest możliwy? Znaczy koniec ludzkości, totalne zdziczenie. Kiedy Miller pisał scenariusz, dogorywała pierwsza fala punk rocka, która przeraziła konserwatywne społeczeństwo (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, a jak wiemy, Australia to taka Duża Brytania), i echa tego przerażenia słychać tu doskonale. Humungus, czyli demoniczny główny zły,  wygląda w filmie jak skrzyżowanie punka z sadomaso, zresztą wszystko tu jest sadomasochistyczne i seksualnie pokręcone. Ale pytanie do ciebie – czy tak skończy nasza cywilizacja?

LK: Czy akurat tak, to nie wiem, ale jakoś skończy na pewno. Popatrz, benzyna i gaz ciągle drożeją, no i Putin trzyma łapę na Krym… znaczy na kurku…

Kategorie
felietony

Dodaj komentarz