felietony

Lech Kurpiewski

Nie cierpię podsumowań, więc będzie krótko. I tylko o kinie. Zacznę od dwóch tytułów, które w 2012 roku zrobiły na mnie największe wrażenie. Myślę tu o „Miłości” Hanekego i „Pewnego razu w Anatolii” Ceylana. Dawno tak nie miałem, by po obejrzeniu filmu nie chciało mi się wyjść z kina. A przy okazji „Miłości” i „Pewnego razu w Anatolii” tak mi się właśnie zdarzyło. To dwa skończone arcydzieła, i nie boję się tu tego określenia.

A kto chciałby się dowiedzieć, dlaczego tak uważam, zapraszam do rzucenia okiem na moje recenzje z obu filmów (o „Miłości” piszę na stronie Dzikiej Bandy, o „Pewnego razu…”  –  w książce 13 po 13). A co jeszcze w mijającym roku zapadło mi w pamięć?  Na pewno „Elena” Zwiagincewa, „Artysta” Hazanaviciusa i „Poliss” Maiween. Także „Gangster”  Hillcoata i „Kryptonim: Shadow Dancer” Marsha.  Największe rozczarowania zaś to „Prometeusz” Scotta,  „Skyfall” Mendesa i „Faust” Sokurowa. Z kolei „Wstyd” McQueena jest dla mnie filmem najbardziej przereklamowanym. To zwykła wydmuszka, a tyle było wokół niej szumu. Zupełnie bez sensu.

A teraz polska liga… Tu na czele dwa tytuły, które śmiało można również zaliczyć do najlepszych osiągnięć kina światowego. Chodzi mi o „Różę” Smarzowskiego i (może nade wszystko) o „Młyn i krzyż” Majewskiego. Pierwszy film wpędza w depresję, drugi wprawia w ekstazę. I tym się różnią one od reszty polskich filmów z 2012 roku, których główną cechą jest nijakość. No, jeszcze „Jesteś Bogiem” Dawida warte jest wyróżnienia. To naprawdę solidny (tak właśnie to bym ujął) obraz, choć szkoda że nie porywający (a taki mógł być). A co z „Pokłosiem” Pasikowskiego? Ująłbym to tak – film raczej słaby, ale wydarzenie medialne… jak się patrzy.

Lech Kurpiewski

Kategorie
felietony

Dodaj komentarz