fot. Marcin Smulczyński / SE / East News Wa-wa
felietony

Jastrzębowski, Ulisses i przeklęty Harry Potter

Czy bycie dyletantem to przekleństwo czy cnota? Dumam sobie nad tym od czasu gdy przeczytałem recenzję z książki „Toksyna” Sławka Jastrzębowskiego.

Naczelny „Super Expresu” to bezsprzecznie jedna z najbardziej znienawidzonych postaci w polskich mediach. Napisał powieść wulgarną, okrutną, szowinistyczną i brudną. Ale też i świadomie czerpiącą wzór z powieści wulgarnej, okrutnej, szowinistycznej, brudnej, tyle że absolutnie genialnej. Mowa oczywiście o „American Psycho” Breta Eastona Ellisa, do której Jastrzębowski nawiązuje w „Toksynie” wielokrotnie. Pozbawiony minimalnej wiedzy na temat kontekstu recenzent sięga po argumenty najprostsze. Vega – bo poleca na okładce i jest wulgarnie i przaśnie. Ego Jastrzębowskiego, bo jego bohater non stop opowiada o markach ciuchów, tym co pije, ile wydaje i kogo rucha. No i wreszcie Sebixy. Taki neologizm wytrych który nie znaczy nic.

A przecież w „Toksynie” nie przez przypadek bohater opowiada tyle o tym, co nosi. To nie product placement, a gra z Ellisem, którego bohater – Patrick Bateman, swój świat budował na posiadaniu rzeczy, a emocjonalny kryzys powodowały u niego chwile, gdy tracił oparcie w przedmiotach (wystarczała lepsza wizytówka u kolegi, aby ten wpadał w szał). Gdyby recenzent pochylił się nad „American Psycho”, szybko te analogie by zauważył. Nie będę bronił Jastrzębowskiego na poziomie literackim, bo do mistrzostwa frazy Ellisa mu daleko. Ale wszystko co dzieje się w „Toksynie”, nie wzięło się znikąd. Widać tu, że naczelny „Super Ekspresu” czyta i przetwarza po swojemu. Podtykając nawet w niektórych scenach nawiązania recenzentowi pod nos.

Problem polega na tym, że gdyby napisać uczciwie – nie dostaniemy clickbaitu. Poza tym jestem przekonany, że osobnik piszący o „Toksynie” nie ma pojęcia co to „American Psycho”, albo myli powieść z makabrycznie złym filmem. Ale do tego przecież się nie przyznamy. Lepiej walić Vegą po oczach, bo to prostsze i wszyscy wiedzą.

Z identycznego założenia wyszedł w jednym ze swoich felietonów Kuba Ćwiek. Nic tam, że w jednym szeregu postawił Lee Childa z Cormackiem McCarthym (co samo w sobie nie jest złe – w końcu obaj są heteresekualnymi, dojrzałymi mężczyznami utrzymującymi się z pisania). Zresztą dość enigmatyczne tłumaczenie genezy „Krwawego południka”, którego najprawdopodobniej Kuba nigdy nie czytał, można w sumie zbyć machnięciem ręki. Podobnie jak resztę dywagacji na temat literatury ambitnej, ale w pewnym momencie dochodzimy do ustępu w którym… Ano właśnie.

Ćwiek stawia tezę niebywale odważną i w jego mniemaniu kontrowersyjną –  „Harry Potter” dał więcej literackiemu światu niż „Ulisses” Joyce’a, który był tylko coverem starej opowieści. Chwytliwe. I celowo bulwersujące. Ale też i… no niestety niemiłosiernie głupie. A przede wszystkim obnażające absolutny brak wiedzy Ćwieka na temat historii literatury. Więc dla porządku przypomnijmy. Ów wspomniany przez autora cover, wywołał jeden z największych obyczajowych skandali w historii literatury. Ale to mały pikuś – przede wszystkim zaś był początkiem językowej rewolucji. Tą powieścią, która pchnęła do przodu wszystko. Bez „Ulissesa” Virginia Woolf nie napisałaby „Pani Dalloway”, bez tej powieści nie byłoby w literaturze zwrotu w stronę opowieści o traumach, feministycznej odwagi, Sylwii Plath, „Drabiny Jakubowej”, „American Psycho”, „Godzin” i tak dalej… Bez „Ulissesa” William Faulkner nie odważyłby się nadać swoim powieściom nuty szaleństwa. Nie powstałyby „Wściekłość i wrzask”, „Kiedy umieram”, „Światłość w sierpniu”. Nie byłoby southern gothic, ani southern noir. Nie byłoby poetyckiej dekadenckości Chandlera, pulp fiction, Johna MacDonalda ani Stephena Kinga. Nie byłoby także beatników, fenomenu Williama Burroughsa, Lata Miłości, piosenek Boba Dylana, Davida Bowie, R.E.M., Sonic Youth i Nirvany. Narracja w filmach Tarantino. Nawet pieprzony „Buszujący w zbożu” jest niczym innym jak wariacją na temat „Stefana Bohatera”, z którego narodził się „Ulisses”.

Wszystko jest ze sobą powiązane. A większość tego, co dziś nas zachwyca i uwodzi, po nitce do kłębka prowadzi nas wprost do głowy Jamesa Joyce’a. Ten z kolei wiedzie do Zygmunta Freuda, od tego niedaleko do Allena… Po drodze zahaczamy Junga, od Junga wędrujemy do „Gwiezdnych wojen”… Wszystko jest ze sobą powiązane. Możemy wykazać się ignorancją i uznać – mamy w nosie przeszłość. Możemy spróbować podjąć dyskusję z przeszłością i spróbować zrozumieć jak wiele jej zawdzięczamy. Możemy obnażyć nieudolne kalkowanie. Możemy pokazać, że dzieło się zestarzało. Ale musimy wiedzieć o czym mówimy.

A gdy czytam sobie tę opinię, że „Ulisses” jest coverem, a „Harry Potter” dał nam czytające dzieci, wielkość Warner Bros i gwiazdę Emmy Watson, a potem czytam o tym, że „Toksyna” jest nową emanacją Vegi, to zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę za cenę rozgłosu należy obnażać swój brak wiedzy? Wiem, że żyjemy w czasach, w których brak narzędzi do dyskusji, nie przeszkadza w wygłaszaniu osądów. Ale też wiem – jeśli czołowi popularyzatorzy popkultury bezustannie będą promować ją poprzez wygłaszanie dyletanckich i efekciarskich tez – popkultury ani tej dobrej, ani złej nie będzie szanował nikt. A Sławek Jastrzębowski i tak będzie siedział i śmiał się z wszystkich w głos.

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz