Marc Tauss
felietony

Inferno (II), witajcie w latach 80.

Lata osiemdziesiąte to największa ekspansja kokainy i heroiny. Lata 80. to plaga AIDS. Pokolenie lat 80. już wie, że zabawa kończy się śmiercią lub przemianą w hipokrytę. Co zatem wybiera? Rozwiązanie najdziwniejsze – wyparcie. A zatem eksplozja kiczu, tandety i blichtru to nic innego, jak ucieczka od świadomości, że poza tym nie ma nic.

Jak na człowieka, który nie ma o czym pisać, zaskakująco łatwo poczułem potrzebę napisania swoistej kontynuacji własnego wpisu o tym dlaczego nie chce mi się pisać. A wszystko zaczęło się od tego, że pewna znajoma dziennikarka, zwróciła mi uwagę na to, iż powierzchownie posklejałem sobie w jeden ciąg myślowy rzeczy wielkie. Wielkie, bo #czarnyprostest, aborcja, Durczok gwałcił, a świat był i jest zły. Aliści – powierzchownie. Podobnie jak powierzchowny jest świat nas otaczający. Jak powierzchowne bywają (czy raczej są) w większości przypadków bohaterskie felietony gwiazd dziennikarstwa. Wiem, nie mam prawa tak mówić. Ale wybaczcie – jeśli szczytem sztuki dziennikarskiej jest dziś bździna publikowana w kolorowych miesięcznikach, to ja mówię pass. I już. Wolę powierzchownie traktować ten zawód, niż się zawieść. A bez nieudolnych gierek słownych. Po prostu jakoś nie widzę głębi. Pani koleżanka wybaczy. Pani się nie obrazi. Dziś głębią jest wyraźnie zaznaczone JA w tekście. (A mnie dwadzieścia lat temu pan Jerzy Koenig uczył – JA schowaj do kieszeni, póki twoje JA nie będzie miało czegoś konkretnego do powiedzenia.) Wciąż nie lubię pisać JA.

Kiedy tak sobie dogryzałem mojej uroczej koleżance, nagle spłynęło na mnie olśnienie. Ano w sumie to skłamałem. W zasadzie to coś czytam. Raptem dwóch autorów, ale czytam. Może przez to, że ich lubię, może przez to, że mają poukładane w głowach. Tak czy siak jeśli klikam to w teksty Bartka Chacińskiego i Jarka Szubrychta. Ten pierwszy zaś kilka dni temu napisał krótkie pożegnanie Pete’a Burnsa. W owym pożegnaniu pada zdanie „(…)to beztroskie dyskotekowe piosenki z samego serca lat 80. Epoki, która momentami wydawała się właściwie nie uznawać śmiertelności.(…)”. I to zdanie chodzi za mną od kilku dni. Pierwszy raz bowiem od dawna mam ogromną potrzebę powiedzenia – nie. Nie zgadzam się. Było wręcz przeciwnie. Lata 80. oswoiliśmy dziś jako dekadę kiczu i radosnej zabawy. A czy rzeczywiście były one tylko hedonistyczną radością z życia i używek? Czy za radosnymi piosenkami o tańczeniu, ćpaniu, sklejaniu złamanych serc i seksie nie stało nic innego? Moim zdaniem było inaczej. Zupełnie inaczej. Ale żeby wytłumaczyć o co mi chodzi, muszę cofnąć się do lat 60. ubiegłego wieku.

Tegoroczny noblista Bob Dylan uznawany jest, zupełnie słusznie przecież, za człowieka, który zmienił oblicze piosenki. Że muzyka pop dzieli się na tą przed Dylanem (tralalala, randki, tęsknie, kocham, tralalala) i po Dylanie (śmierć, depresja, religia, psychodelia, gry słowne i poezja). Dylan ze swoimi protest songami wywarza w muzyce drzwi do tematyki przez rozrywkę unikaną. Nie znaczy to oczywiście nieobecną. Nie. Po prostu mało popularną. Sukces Dylana ośmiela innych muzyków do wykraczania w tekstach poza banał tralalala. Kiedy w końcu nadciąga lato miłości, wybucha kontrkulturowa rewolucja, muzyka pop jest już skrajnie poważna. Na listach przebojów dominują pieśni o potrzebie wolności, o potrzebie zmiany, o śmierci i wojnie. Czy to Steppenwolf, czy The Doors, czy Led Zeppelin, czy The Kinks. Wszystko o czym śpiewają młodzi ludzie naznaczone jest trauma I buntem. Dziś te piosenki są klasyką i nie doszukujemy się w nich tej głębi, która poruszała trzewia ówczesnych. Ale ona była. Nieważne czy słuchamy „Papa Was a Rollin’ Stone” czy „Paint It Black”.

Po dekadzie walki z zastanym ładem społecznym muzyka potrzebuje oddechu. Z jednej strony zatem soul i funk zamienia się w disco, rock zaś mutuje w potworka zwanego rockiem progresywnym. Na kilka miesięcy punk rock wywołuje burzę, ale jako zjawisko muzyczne szybko się wypala (co innego społeczne). W końcu nadciągają lata 80. Pop jest pstrokaty i jaskrawy, duch punka to nawiedza  scenę hard core, to zasila szeregi metalowego boomu, by w drugiej połowie lat 80. swoją energią i postawą  natchnąć czarnych chłopaków z gett. Ale to zupełnie inna opowieść. Ona nas nie interesuje. Rock w postaci czystej przestaje istnieć. Rządzi pop. Łatwy, przyjemny i no właśnie…

 

W latach 80. widać już wyraźnie, że rewolucja kontrkulturowa zjadła własny ogon. Że bogowie zdradzili, a hippisi obcięli włosy i ruszyli do korporacji, stając się nową wersją swoich znienawidzonych rodziców. Lata 60. okazały się latami hipokrytów. Tu dygresja. Chyba najlepiej hipokryzję tamtego pokolenia pokazał w „Morderczym lecie” Spike Lee. Jest tam scena, w której grany przez Johna Leguizamo bohater zabiera na orgię swoją żonę. On – który zdradza ukochaną permanentnie i wszędzie – przygląda się jak biorą ją obcy mężczyzna i kobieta. Po wszystkim wracają do domu. Leguizamo zatrzymuje samochód, zaczyna okładać żonę i wyzywać od dziwek. Lato miłości i wolna miłość sprawdza się tylko w teorii. Gdy dochodzi do czynów, w głowach tak naprawdę nic się nie zmieniło. Kobieta nie ma prawa, prawo ma facet. Ona ma mu służyć i podawać kapcie. To jedno z najbardziej gorzkich, ale trafnych podsumowań rewolucji seksualnej we współczesnym kinie.

A teraz wróćmy do lat 80. Ówcześni dwudziestolatkowie wiedzą już, że ich rodzice dali ciała. Mają też świadomość, że cała zaangażowana i ważna część muzyki pop w efekcie niczego w ich życiach nie zmieniła. Dała kilka orgazmów, pokazała kilku nowych muzyków (którzy w większości przypadków nie przeżyli) i tyle. Czy zatem warto było walczyć? Zwłaszcza że zmiany wcale nie były na lepsze. Lata osiemdziesiąte to największa ekspansja kokainy i heroiny. Lata 80. to plaga AIDS. Pokolenie lat 80. już wie, że zabawa kończy się śmiercią lub przemianą w hipokrytę. Co zatem wybiera? Rozwiązanie najdziwniejsze – wyparcie. A zatem eksplozja kiczu, tandety i blichtru to nic innego jak ucieczka od świadomości, że poza tym nie ma nic. Seks nie jest już bezpieczny i wolny. Narkotyki nie są już zabawą, a śmiercią. Dilerzy to już nie osiedlowi koledzy, a kartele. Kariera to nie praca na etacie, a zapierdalanie w korporacji póki nie padniesz na zawał (z przedawkowania koksu). Gangi przejmują władzę na ulicach. Ameryka i reszta świata spotka się z największa falą przemocy. Sen się skończył – śpiewał John Lennon. A stojąc na skrzyżowaniu na którym jedna droga prowadzi w czarną rozpacz, a druga w depresję – pokolenie lat 80. wybiera zabawę. Pozbawioną głębi, bo nikt nie chce bawić się w rytm opowieści o przedawkowaniu, czy AIDS. Na własnej skórze przekonał się o tym Bob Dylan kiedy nagrał apokaliptyczną pieśń w rytmie disco („When The Nigh Comes Falling From The Sky”).

Lata 80. zatem nie tyle, co nie uznawały śmiertelności ile z pełną premedytacją od niej uciekały. Bo śmierć była wszędzie. Tylko nie w popowych piosenkach. Zresztą cała kultura lat 80. to świadoma ucieczka od śmierci. Kino akcji stawia na kult siły. Tylko siła rozwiąże problemy. Komedie uciekają od gier słownych w stronę sprawdzonego slapsticku. Wraca też do łask mit od pucybuta do milionera. Lata 70. go obnażały , 80. próbują przekonać widzów, że każdy znów ma równe szanse. Oczywiście pojawiają się też i twórcy, którzy próbują pokazywać konsekwencje płynące z negacji i wyparcia. Jay McInerney pisze genialne „Bright Lights, Big City”. Zaś opus magnum podsumowującym  lata 80. będzie wydane już w 1991 roku „American Psycho” Breta Estona Ellisa.

Kiedy zatem śmierć przychodzi po kolejne gwiazdy lat 80. nie dziwi mnie to wcale. Nie jest niestosowne i nie zaskakuje. Można uciekać od przeznaczenia, ale ono i tak cię dopadnie. Pokolenie lat 80. wiedziało o tym doskonale. Dlatego na dekadę postanowiło o tym z pełną premedytacją zapomnieć.

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz