felietony

Inferno (III) – i co z tym Conem?

Zamykając wszelkie dyskusje dookoła Comic Conu. Oto cała historia. I niemal wszystkie błędy jakie popełniliśmy. Jak to mawiają. Tylko głupi się nie myli. A tylko idiota nie wyciąga wniosków z porażek.

 

Prolog

Dwóch chłopaków idzie przed siebie po nieczynnych torach w Głuchołazach. Jest ciepłe południe. Gadamy o tym, żeby wymyślić event, jakiego nie było. Ja mam w głowie to jak pracuje się na zagranicznych markach i kontakty, ten drugi mówi – a ja bywam San Diego na Comic Conie. To co – zrobimy swój?

Akt pierwszy – jak nie zostałem milionerem

Więc po kolei. Jak w bajkach dla dzieci… Dawno temu… niemal równy rok temu miałem zostać bogatym człowiekiem. Zgłosił się do nas pewien internetowy sklep. Jego właściciele zaprosili na rozmowę. Podczas rozmowy padła propozycja – kupimy twój portal i wszystkie pomysły jakie masz. Portal był w fazie wzrostu. Z tych 20 tys. użytkowników w końcu przebił się do 100. Statystyki szły w górę, zasięgi na FB świetnie sobie radziły (jak na rzecz robioną przez trzy osoby za darmo). Oferta była wręcz genialna. Wielka firma kupuje moją pracę i chce wprowadzić w życie wszystko o czym opowiadałem przez pół roku! I to firma mocno osadzona, w podobno fazie mega wzrostu. Zaczęliśmy pracę nad sprzedażą. Spotkania w gabinetach dookoła biznesplanów. Szacowanie wzrostu reklam, działania poboczne. Mój przyjaciel pracujący dla Polsatu wychodził u pani Terentiew czas antenowy na program, który mieliśmy nagrać testowo. Prawie trzy miesiące roboty nad projektem, który miał wszelkie prawdopodobieństwo sukcesu. Kiedy w końcu wypracowaliśmy pasujący wszystkim biznesplan, nadszedł upragniony dzień – podajemy sobie ręce, mówimy witamy na pokładzie i ruszamy do zamykania spraw przez prawników.

Zima to była, lodowato, wiatr wiał jak diabli. A ja wracałem do domu radosny i szczęśliwy. Napisałem do kilku przyjaciół, że się udało. Za zgodą moich nowych partnerów zaczęliśmy rekrutację ludzi i ruszyła praca nad programem. Raj na ziemi.

Do czasu. Kiedy mam już nowych współpracowników, kiedy mam terminy zdjęć i tylko czekam aż prawnicy wyślą umowy, a ja zobaczę pierwszy przelew… Dokładnie w tym momencie panowie prezesi przestają odpisywać. Cisza. Echo. Cisza. Staram się zachować zimną krew. Coś wypadło, zajęci, w końcu prezesowie. Aż w końcu pewnego dnia przychodzi email. – Przepraszamy, rozmyśliliśmy się. Biznes to biznes. Bez urazy.

Dzwonię do prawnika. Czytam co napisane. Pytam co mam zrobić. Prawnik analizuje emaile, rozmowy. Po jakimś czasie wraca z odpowiedzią, że ponieważ nie ma umowy fizycznie, jest tylko dżentelmeńska, to po sądach będziemy wozić się latami. Jedyne co mogę to oddać ich do sądu o zwrot kosztów za inwestycje podjęte w trakcie. Z tym że… no właśnie i tu pęka bańka mydlana. Szybkie dziennikarskie śledztwo. Przyjaciele z działów biznes i koledzy z branży internetowej pomagają. Owa firma de facto nie ma nic poza długami. Żeby było jeszcze zabawniej –  na własną rękę wprowadzili połowicznie projekt. Upadł. Tego nie da się zrobić na pół gwiazdka. Zwłaszcza jak się nie wie jak.

Akt drugi – światełko na Wiejskiej

Kiedy jestem w kryzysowej sytuacji zamiast wpadać w panikę, szukam wyjścia. Nauczył mnie tego mój świętej pamięci terapeuta Bolek. – Idź się wykrzycz, wypłacz a potem walcz. Tak z całym projektem zacząłem pukać do różnych drzwi. A to zarząd Empiku (pani prezes jest przemiła), a to inne sieci sklepowe. Ale ratunek nadszedł ze strony najmniej spodziewanej. Otóż pewnego dnia odbieram leżąc w wannie telefon od Podsekretarza Stanu z Kancelarii Prezydenta RP. – Ciekawe spojrzenie na kulturę ma pan, ciekawe rzeczy robi. Widzę płaszczyznę porozumienia dla nas. Czy zechciałby pan przygotować projekt kulturalny dla nas?

No błagam! Ja ten projekt mam!

I tak narodził się Comic Con. Kancelaria Prezydenta chciała, abyśmy wymyślili specjalny ciąg eventów na Narodowe Czytanie. Od razu postawili sprawę jasno. Ich interesuje Narodowe Czytanie. Jeśli połączymy sobie Narodowe Czytanie z naszym festiwalem – nie ma przeciwskazań. Na spotkanie w Kancelarii Prezydenckiej założyłem moją najlepszą bluzę, ogolony, ogarnięty – zjawiłem się tam godzinę przed czasem. Co przyznaję nie było mądre, bo zimno było potwornie i lał deszcz ze śniegiem.

W końcu wszedłem. Przez bramki, przez ochronę, do samego gabinetu Podsekretarza Stanu.

Rozmowa była miła i rzeczowa. – Podoba nam się co robi pana Banda, widzimy was w Narodowym. Więcej – chcemy go z wami organizować. Słowo? Słowo. Uścisk ręki. Wyszedłem innym wyjściem. W głowie już ułożył mi się dość prosty plan. Najpierw Narodowe Czytanie, potem Comic Con. To zdaje się logiczne. Masz wielkiego partnera jakim jest Kancelaria Prezydenta. Co może pójść nie tak? I żeby była jasność. To nie polityka. W żaden sposób nie mieliśmy być polityczni. Po prostu mamy w głowach wiedzę, której nie posiada nikt inny. Mieliśmy pomagać w promocji młodej polskiej kultury pop. Tyle. Tym razem, mimo przygody z prezesami, naprawdę uwierzyłem, że umowa ustna zawarta w Kancelarii Prezydenta o jednak rzecz – kurczę, no poważna.

Przygotowaliśmy projekt za 317 000 PLN. Zarabialiśmy na nim na czysto może jakieś 20 000. Reszta to koszty – aplikacji, map, multimedialnych zabaw i stacjonarnych rozrywek dla ludzi. Masa pracy poszła w wymyślenie tego. Równocześnie pracowaliśmy potajemnie już nad ECC, wypracowując sobie mądry sposób połączenia Narodowego Czytania z ECC. I tu pojawiają się Kielce. Myśleliśmy – idźmy w Polskę B. Ucieknijmy od Centrum. Zróbmy event tam gdzie miasto przyjmie nas z radością, bo nic nie ma. Padło na Kielce, ale o tym później.

Ponieważ żeby cały plan udał się na sto procent, musieliśmy wystartować z pracą maksymalnie w maju. Zabezpieczając się finansowo , dogadaliśmy się z wielką agencją marketingową, która miała pozyskiwać nam klientów i sponsorów. Full Pro. Bez ściemy. Nie zmartwiłem się wcale, kiedy odebrałem telefon z Kancelarii, z którego dowiedziałem się, że właśnie o nas rozmawiali i wszystko trafiło do Narodowego Centrum Kultury. Tam mam łączyć się z dyrektorem. Sprawa w toku. Wszystko będzie dobrze.

Dobra – przyznaję się. Zrobiłem w NCK piekło. Wszystko zaczęło się od tego, że nie odbierali telefonów. Potem ignorowali. Potem znów nie odbierali. Znajoma z NCK doniosła nawet, że jeden z dyrektorów zakazał się komukolwiek ze mną kontaktować. To wracam do Kancelarii. Skarżę. Efekt? NCK odbiera. W końcu okazuje się, że kwota zaporowa. Obcinamy o 1/3. Wysyłam. Idę na spotkanie z panią dyrektor. I tak, co nie co się wyjaśnia. Otóż – okazuje się, że na złożony przez nas projekt został ogłoszony zamknięty przetarg, a my w nim nie bierzmy udziału. Ale, ale może zróbmy coś na małą skalę. Może mapę miejską?

Wkurzyłem się, bo praca naprawdę masy osób miała iść do piachu. Umówiłem się na spotkanie z Minister Gawin. Poszedłem tam z szefem agencji, która się nami zajmowała. I to chyba było największe upokorzenie życia. Pani Minister jest inteligentna, ostra i konkretna. Konkretnie też powiedziała, że przykro jej, ale cały nasz projekt spadł do nich trochę z nieba, bo nikt o nim nie wiedział. Czy to spychologia? Nawet jeśli to uczciwa. Okazało się, że jakimś dziwnym trafem ministerstwo nic o nas z Kancelarii nie dostało. I już. Ale projekt się spodobał. I to nie projekt Narodowego ale ECC. Z tym, że Pani Minister jako pierwsza powiedziała coś co powinniśmy wtedy sobie wytatuować na czołach. – To jest świetne, ale w pół roku nie dacie rady. Póki nic nie ogłosiliście, pracujcie w spokoju, złóżcie u nas jesienią i zróbcie to dobrze w 2017.

Po wyjściu z gabinetu mój kolega, szef agencji się wkurzył. Słusznie, bo wyszedłem na krętacza. Sam się na siebie wkurzyłem. Przekazałem informacje inny, i dokładnie wtedy popełniliśmy fundamentalny błąd. Nawet dwa. Po pierwsze zostaliśmy w Kielcach, po drugie uznaliśmy, że damy radę w pól roku.

Akt trzeci – comic con w Kielcach albo i nie

Litanię błędów mógłbym ciągnąć tu godzinami. Wszystko sprowadza się do prostego stwierdzenia. Boże w co my się wpakowaliśmy. Miasto nie przyjęło nas gorąco. W zasadzie wcale nas nie przyjęło. Uwalili naszą prośbę o dofinansowanie na komunikację i reklamę. W rewanżu my wycięliśmy z nazwy Kielce. Targi, jakkolwiek świetne i piękne, troszkę w finale nas okłamały. Troszkę bardzo. Miało być pięć kin. Mamy masę pokazów. Jedno kino ma być full pro. Cztery standard pokazowy. Na full pro obiecuję dostarczyć mini DCP.

Ruszamy z robotą. Część firm wycofuje się ze względu na Kielce. Część puka w głowy. Część chce pracować. Zabezpieczamy się na jakieś 400 tys. W finale mamy zabezpieczenie na 720 tys. plus bilety. Brakuje kasy na wydatki codzienne, ale są perspektywy. Tyle, że tu albo umowy się procedują tygodniami, albo finalne negocjacje ciągną się w nieskończoność… Wszystkim siadają nerwy, a nasz prawnik mówi – a nie mówiłem…

A nie mówiłem, mówi też do mnie szef Alter Artu. – To się nie uda. Nie przez to, że w to nie wierzę, bo potencjał jest. Nie uda się, bo Kielce to nie San Diego. A wy nie macie czasu.

Racja.

Czara goryczy przelewa się pewnego dnia, kiedy pojechałem do Kielc z płytami z blu ray z USA. Czekam na możliwość testu sprzętu na salach. Czekam godzinę. Nikt mnie nie prowadzi. Okazuje się w końcu, że sprzętu nie ma…

Teraz wyobraźcie sobie coś takiego. W tej samej minucie kiedy dowiadujesz się że nie ma sprzętu, odbierasz email od asystentki Luca Bessona, który rozważa przyjazd i pokazanie fragmentów „Valeriana”…Jak sprzęt?  Osz kurwaaaa…

Dzień później. Albo dwa dni później zostaje nagle zaproszony do nowego Expo pod Warszawą. Ten radosny zbieg okoliczności nie daje mi spokoju. Owo Expo chce rozmawiać o potencjalnym przeniesieniu ECC do nich. Sami to proponują.

Jedziemy. Gadamy. Propozycja jest znakomita. Hala za złotówkę. Pełna pomoc. Problemem jest data, bo oni mają wtedy targi rolnicze. Ale… mają tyle hal. Wyjeżdżamy od nich w euforii. Czyli da się uratować pokazy. Da się zrobić ECC w WARSZAWIE! Dajemy cynk partnerom. Są szczęśliwi. Firmy, które się wycofały wracają.

I tu pojawia się problem. Draftu umowy nie ma. Data jednak jest problemem, bo krowy i ECC… W końcu staje na tym, że możemy  zrobić darmowy event w naszym terminie w centrum Warszawy, a za rok już u nich. Ok. Ale właśnie oddaliśmy 720 tysięcy, więc potrzebujemy kasy. Damy wam max 30 tys. Radźcie sobie sami… Ok… Nie poradzimy. Za to oni planują swój Comic Con.

I to w sumie niemal koniec.

Podstawowy błąd numer jeden – nic bez umowy.

Podstawowy błąd numer dwa – nic na gębę, sprawdź sprzęt i wyposażenie.

Podstawowy błąd numer trzy – nie umawiaj się na płatność przed kiedy wiesz, że wszystko pochłaniają wydatki.

Tych błędów jest więcej.

Nie nagrywaj w Stanach aktorów jeśli nie ma 100 procent pewności, że będzie ok.

Nie obiecuj rzeczy, których nie możesz spełnić.

Nie trzymaj piętnastu srok za jeden ogon, bo urwie ci rękę.

I tak dalej.

Epilog

Część ekipy nie wytrzymała.

Część została.

W poszukiwaniu ratunku zapukałem wszędzie – od zarządu holdingu Kulczyka, po zarząd Muratora, od szefów wydawnictw, po szefów sieci księgarskich.

Co dalej?

Rok temu nie mieliśmy nic. Teraz mamy umowy warte w sumie jakieś dwa miliony. Świetny spot (dzięki Mike). Kończymy negocjacje z nowym partnerem, dzięki niemu zaczynamy rozmowy z nowym miejscem.

Mamy za sobą media. Mamy niemal wszystkich artystów, którzy chcą przylecieć. Mamy wspaniałych Francuzów. Mamy masę bolesnych doświadczeń, rozczarowań i goryczy.

Jeśli domkniemy umowę partnerską z firmą, z którą rozmawiamy – z części zobowiązań tegorocznych jeszcze się wywiążemy. Ale tu działa machina biurokracyjna, tak ogromna, że pozostaje tylko czekać.

Jeśli się uda, wyjdziemy z twarzą z kilku umów. Jeśli nie. Będziemy przepraszać.

Jedno wiemy na pewno – nic bez umów. Palcem nie kiwnę, bez umowy.

I tyle. Cała historia.

Na pewno nie mam żalu do Kancelarii – wyszło jak wyszło. Z panem Podsekretarzem mam kontakt bardzo chyba wciąż ciepły i serdeczny. Wyszło jak wyszło. Nie mam żalu za słowa prawdy do Pani Minister. W sumie to nie mam żalu do nikogo. Na żalu nie da się nic budować. Na ostrożności owszem. A ja chcę budować. Odbudować wszystko co straciłem. Bo jak mawiał bohater „Trainspotting” – wybrałem życie.

 

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
5 komentarzy
  • Seriously Mike
    2 listopada 2016 at 20:44
    Skomentuj

    Psze państwa, jeszcze trzy uwagi wam dołożę:
    1. Politykom nie ufaj dalej niż wąż może nasrać. A już na pewno nie tym obecnie rządzącym.
    2. Poza kilkoma największymi miastami typu Warszawa, Poznań, Katowice, może jeszcze Kraków, Gdańsk i Łódź, cywilizacja w Polsce nie istnieje. Te Kielce to był tragiczny w skutkach kiks z waszej strony.
    3. Wszyscy chcą pieniądze brać, najlepiej za nic, nikt nie chce za to pieniędzy wyłożyć.

  • Wojciech Olczyk
    5 listopada 2016 at 09:04
    Skomentuj

    Ale Kielce to fajne miasto ;(

    • johnny
      13 listopada 2016 at 05:00
      Skomentuj

      Może jakieś 30, 40 lat temu kiedy w Kielcach istniał przemysł. Teraz to wymarłe, szare miasto bez pracy i przyszłości.

  • Pokem
    16 listopada 2016 at 00:21
    Skomentuj

    Chyba nie wpisaliście się w wizję Kielc jako stolicy mody Pana Prezia Lubawskiego ;).
    Co do wyposażenia Targów – ciężko tam nawet pożyczyć z magazynu działającą wkrętarkę, a co dopiero dobrej jakości sprzęt do pokazów filmowych.

  • Dodaj komentarz