Ostatni skaut/Warner Bros
felietony

Inferno (VII) – a może obraźmy się wszyscy na wszystkich?

Obraza, foch, awantura. W publicznej dyskusji dotarliśmy do momentu, gdy zdrowy rozsądek poszedł spać, a obudzili się wrogowie. Ojczyzny, kina, literatury. Czyli rzecz o tym, co łączy Uwe Bolla, George’a A. Romero, Agorę i Instytut Książki.

 

Kilka tygodni temu George A. Romero, jeden z najważniejszych twórców kina grozy, obraził się na branżę filmową i uznał, że więcej już horroru o zombie nie nakręci. Że gatunek został zamordowany przez Brada Pitta (producent „World War Z”) i serial „The Walking Dead”. Jakkolwiek komuś może wydawać się zabawne oświadczenie, że o zombie pan nie będzie kręcił nigdy już, tak naprawdę nie ma się tu, z czego śmiać. Romero, reżyser „Nocy żywych trupów” to człowiek, który dał światu krwiożercze zombie (przed „Nocą…” zombie w popkulturze było potulnym trupem w niewoli szamanów voodoo), rozpoczynając horrorową rewolucję, która zmieniła kino. Dzięki uporowi wówczas dwudziestoośmioletniego reżysera, który nakręcił film za pożyczone od znajomych pieniądze, powstał film, którego sukces artystyczny ostatecznie przekonał krytyków filmowych do tego, iż horror, nawet ten niebywale okrutny, może być zarazem kinem niebywale zaangażowanym społecznie i używając konwencji snuć opowieść o kondycji współczesnego człowieka.

Teraz Romero ma lat siedemdziesiąt sześć. Nie kręci od dawna, bo mimo swoich niezaprzeczalnych osiągnięć w kinie, nikt nie chce powierzyć mu budżetu. Dlaczego? Jak sam twierdzi – to wszystko przez „onych” (czytaj: Brad Pitt i producenci „The Walking Dead”), bo zawyżyli budżety i narzucili producentom określoną wizję kina zombie. Wystarczy jakieś dziesięć minut grzebania w sieci, żeby przekonać się, że Romero dość poważnie mija się z prawdą. Że inne filmy o zombie powstają i to w ilości hurtowej. Skąd zatem bierze się rozgoryczenie Romero? Dlaczego składa takie a nie inne oświadczenia? I tu robi się ciekawie. I bardzo smutnie. Wielki reżyser (jeden z moich ulubionych), twórca nie tylko „Nocy…” i innych filmów zombie, ale przede wszystkim „Creepshow”, „Martina” czy „Mrocznej połowy”, całą swoją karierę borykał się z problemami z producentami. Po prostu nie potrafi cyferek i umów. Dlatego też doprowadził do tego, że „Noc…” zamiast pracować na jego majątek… trafiła do domeny publicznej. Tak jest – w wyniku złych umów Romero od dekad nie zarabia grosza na filmie, który jest dla kina grozy tym samym, co „Schody do nieba” dla rocka. Pech. Nie dziwi, zatem rosnąca frustracja twórcy, który nie dość, że nie zarabia, to nie może kręcić. Można się zirytować. Można nawet w takiej sytuacji załamać. I wcale by mnie to nie zdziwiło.

Kilka dni po oświadczeniu wydanym przez Romero, inny twórca ogłosił odejście na emeryturę. Mowa oczywiście o Uwe Bollu. Kontrowersyjny niemiecki reżyser przeklął biznes filmowy i powiedział – żegnaj. Media na świecie news podchwyciły. A czy rzeczywiście jest tak, jak pisze Boll? Czy rzeczywiście nie opłaca się już kręcić filmów direct to DVD (takie kino, które trafia od razu na DVD i VOD)? Nie sądzę. Raz – rozmawiałem z producentami, którzy tworzą takie filmy i nie mają zamiaru przestać. Dwa – wszystko tak naprawdę zależy od podejścia. Kino direct to DVD to nic innego jak współczesna mutacja słynnego straight to video – filmowego boomu, który w latach 80. niemal zabił kino. Niemal. Ileż to powstało prac naukowych poświęconych rozwojowi rynku video, który miał być rewolucją zarzynającą Hollywood. Nikt nikogo nie zarżnął. Rynek video zamienił się w rynek DVD, ten z kolei w VOD a dziś coraz prężniej rozwijający się rynek streamingu i kontentu a’la Netflix.  Zmiany nastąpiły niebywale szybko (raptem dekada) i nic dziwnego, że Boll, który wciąż mentalnie tkwi w poprzedniej dekadzie ma problemy z przestawieniem się na nowe formy produkcji i zarabiania. Zwłaszcza, że chce utrzymać przy sobie wszystkie prawa (producenta, dystrybutora i reżysera). Nie idąc na ustępstwa to nie może się udać. A gdy zawodzą alternatywne próby zarabiania (Kickstarter), frustracja rośnie. A kończy się gniewnymi oświadczeniami. I oczywiście szukaniem winnych.

Te dwie sprawy dość już medialnie przebrzmiałe przypomniały mi się, gdy przeczytałem zapis przemówienia Adama Michnika, podczas którego opowiadał on o tym, że winę za złą kondycję Agory, ponosi rząd. Nie interesuje mnie polityka, nie mnie bawić się w takie gry. Ale pewną zabawną koincydencję w głowie odnotowałem.

Otóż niemal w tym samym momencie, kiedy naczelny „Gazety…” wygłaszał swoje opinie, siedziałem na spotkaniu z pewną grupą doradczą, której przedstawicie pokazywali prezentację dotyczącą zarządzania spółkami – w tym także Agorą – wykazując największe błędy, jakie popełniano. W przypadku Agory, było to m.in. zamówienie u osób zewnętrznych modelu restrukturyzacji spółki, a potem zwolnienie owych osób, bo model nie przypadł do gustu zarządowi. Dlaczego? Bo zakładał głęboką restrukturyzację spółki i oszczędności kosztem zatrudnień nie tylko na stanowiskach najwyższych, ale przede wszystkim na tych, które są obsadzone wirtualnymi pracownikami. Oczywiście to tylko opowieść. Być może zarząd wiedział lepiej? A może liczył na cud? Nie wiem. Wiem jedno. Kiedy zaczęło się źle dziać, momentalnie pojawili się winni odpowiedzialni za stan rzeczy. Padło na rząd. Rząd, który oczywiście za uszami swoje ma, ale jeśli już zrobił coś złego (zakładając, że prawdą była opowieść o zamówionej analizie), to wykorzystał złą kondycję i wbił w nią kolejny gwóźdź. Jedna rzecz mnie osobiście zastanawia – jeśli dana spółka zaczyna być pokazywana jako negatywny przykład zarządzania na zajęciach z zarządzania – to chyba jednak coś jest na rzeczy.

Szukanie winnych i zrzucanie odpowiedzialności na innych to mechanizm obronny opisany przez tylu psychologów, że trudno byłoby tu ich wszystkich wymienić. Nie zmienia jednak to faktu, że gdy co rano przeglądam „newsy” z kraju i ze świata zauważam, że tendencja ta zaczyna dominować wszędzie. W kulturze, w polityce, w społeczeństwie. Szukamy wrogów, szukamy winnych nie próbując nawet na sekundę stanąć z boku i zastanowić się, dlaczego pewne rzeczy się dzieją. Każdy może się wyłożyć. Każdy ma prawo do błędu, złej oceny sytuacji, nieskalkulowania zagrożeń itp. W branży, która opiera się w głównej mierze na odbiorcach, czyli czynniku zewnętrznym, ryzyko proporcjonalnie większe i trudniej nad nim zapanować. Można się zabezpieczać. Można podejmować działania niwelujące. A można w finale – po prostu się obrazić.

Obraza i foch jest dziś najczęstszą formą reakcji na problemy i stres. Do tego dochodzi jeszcze emocjonalny szantaż. Jak nie zrobisz tak jak ja chcę – zniszczę cię. Mark Zuckenberg stworzył genialne narzędzie pomagające rozwijać te postawy. Co więcej – pozbawia ogromną rzeszę istot ludzkich pamięci o tym, iż poza nienawiścią i furią istnieje coś takiego jak refleksja. Ten moment zadumy, kiedy człowiek rozumny, szczycący się tym, iż swoi w hierarchii zwierząt najwyżej, powinien pomyśleć nad konsekwencjami. Ale dziś mało, kto myśli nad konsekwencjami. Liczy się „ja”. A zatem „ja” przypierdoli. A jak „ja” nic na tym przypierdoleniu nie zyska, zacznie szukać winnych. Bo winny być musi. W końcu przez kogoś dzieje się, jak się dzieje. Nie przez „ja”.

Świetnym przykładem na ten mechanizm jest tocząca się właśnie fejsbukowa zadyma dookoła niefortunnych (i złych nie oszukujmy się) londyńskich prezentacji Instytutu Książki. Prawda jest taka, że są złe. Przynajmniej dwie z nich. I co w związku z tym? Czy możemy cofnąć czas i je zmienić? Niestety wedle wiedzy na temat podróży w czasie, jaką posiadam – nie. A zatem co dalej? Obrazimy się, będziemy obrzucać inwektywami? A to jest oczywiste. Czekam na wykwit listów otwartych i takich tam. Już się pojawiły. I zgodnie z prawem internetu, będą wypływać gdzieś przez trzy dni. A potem? No właśnie. Załóżmy scenariusz, iż Wielka Brytania zrezygnuje z Polski, jako gościa honorowego targów. Co osiągnęliśmy? No cóż zapewne każdy agent będzie dumny z faktu, iż uwalił w ten sposób możliwość promocji swoich autorów na największym książkowym rynku na świecie. A nie – wróć. Przecież to nie będzie wina agenta a złych prezentacji. Jakby prezentacje nabrały magicznych mocy i potrafiły mówić. Przypomnę o takim drobnym szczególe – prezentacji nikt, ale to nikt nie czyta. Scenariusz numer dwa – wszyscy polscy wystawcy się wycofują, a Polskę prezentują puste stoiska. Zaprawdę powiadam wam – ależ to będą targi! A poważnie – jeśli wycofają się wydawcy, pojadą inni. A wtedy zaś można będzie powiedzieć, sitwa, pojechali znajomi – prawda? I kolejna awantura gotowa.

Normalnie myśląca osoba prowadząca biznes, który ma zarabiać, wie, jakie możliwości dają targi. Osoba obrażona, niech spróbuje obrazą nakarmić swoich autorów. A potem proszę o relację z tego karmienia. Bom ciekaw niezmiernie.

Chciałbym być mądry i podać na talerzu sposób, w jaki wybrnąć z zaistniałej sytuacji. Ale nie wiem. Jestem tylko jakoś wewnętrznie przekonany, że awantura, poza satysfakcją, jaką będą czerpać z niej atakujący, nic nie da. Awantury nigdy nic nie dają. Myślenie i próba znalezienia wyjścia z sytuacji – owszem już tak. Ale to podejście staroświeckie i nie na czasie. Poza tym wymaga racjonalnego podejścia i chęci zrozumienia. A to dziś wykracza poza możliwości wielu osób.

Jest taka scena w „Moście szpiegów” Spielberga, w której grany przez Toma Hanksa bohater pyta swojego, oskarżonego o szpiegostwo klienta – Czy ty się nigdy nie martwisz?. Ten niewzruszony odpowiada – A co to zmieni? Maleńka, genialna scenka, o której nie potrafię zapomnieć.

No, bo co mi da szukanie wrogów i bicie innych? Na koniec dnia, za swoje porażki winę ponoszę nikt inny a ja. Bo to ja podjąłem takie a nie inne decyzje, bo ja nie ktoś inny, zaufałem, zdecydowałem się na współpracę i tak dalej. Mogę się martwić. Mogę krzyczeć. Mogę oskarżyć cały świat. Mogę obrazić. Ale wieczorem, stojąc w łazience przed lustrem nie będzie obok nikogo innego. Chcę żyć w taki sposób, aby móc podnieść głowę, spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć – zrobiłeś wszystko, co mogłeś zrobić. Czasami przynosi to efekty, czasami nie. A czasami na efekty trzeba czekać. Długo czekać. Można też dodać kwestię bardziej filmową – jak Bruce Willis w „Ostatnim skaucie”: Nikt cię nie lubi, wszyscy cię nienawidzą, przegrasz, a teraz uśmiechnij się kutasie. Jakoś bardziej to uczciwie brzmi, niż bezustanne krzyczenie – to oni, to wszystko oni.

 

 

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
Komentarz
  • Anna Grzegorzewska-Aleja
    26 listopada 2016 at 14:43
    Skomentuj

    „Mogę oskarżyć cały świat. Mogę obrazić. Ale wieczorem, stojąc w łazience przed lustrem nie będzie obok nikogo innego. Chcę żyć w taki sposób, aby móc podnieść głowę, spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć – zrobiłeś wszystko, co mogłeś zrobić.” – DOBRE! – Ale jest pewna niezręcznośc w okolicach słów „stojąc ….nie będzie”. Pozdr.

  • Dodaj komentarz