felietony

Inferno (VI), czyli jak Stranger Things przypomina kalkę, kalki odbita przez kalkę

Od pewnego czasu świat, a przynajmniej ten w moim najbliższym otoczeniu, oszalał na punkcie serialu „Stranger Things”. Obejrzałem. Było to niebywale miłe doświadczenie. Miłe to chyba najlepsze słowo pasujące do tego serialu. Choć to co miłe, bywa w puencie niebywale rozczarowujące.

Bo przecież to nic innego jak miła podróż sentymentalna w świat dzieciństwa i tych wszystkich filmów, książek, które kształtowały moją (i zapewne sporej części mojego pokolenia) wrażliwość. Wkurw przyszedł nagle. Kilka dni po projekcji, kiedy zostałem dosłownie zalany falą zachwytów nad serialem. „Arcydzieło” – piszą jedni. „Wybitne doświadczenie filmowe” – jeszcze inni. Generalnie gdzie by się nie obrócić każdy pieje z zachwytów. I zacząłem się zastanawiać… nad czym? Cóż  jest w tym „Stranger Things” arcydzielnego? Że muzyka z lat 80.? No jest. Bo to hołd dla lat 80., to być musi. Że kostiumy? Że postaci klarowne i jak z „Zostań przy mnie”? No tak – bo przecież to najlepsza adaptacja prozy Stephena Kinga, której nie napisał King. A kostiumy? No cóż napiszę tak – obejrzyjcie otwarcie „House of the Devil”. W pięć minut Ti West bije na głowę wszystko co zrobili chłopcy w „Stranger Things”. I na dodatek tam wszystko jest autentyczne. Taśma filmowa z epoki, ciuchy z lumpeksów, walkmen z ebay’a. W „Stranger Things” tego nie ma. Jest podróbka epoki. Kosztowna i znakomita. Ale to tylko udawanie. I gra na sentymencie.

Bo siłą napędową „Stranger Things” jest sentyment właśnie. Miły. I bardzo nieskomplikowany. Bracia Duffer nie próbują bawić się w Quentina Tarantino i kombinować z cytatami nieoczywistymi. Nie próbują jak on w „Pulp Fiction” opowiedzieć starych historii nowym językiem. Oni mając świadomość faktu, iż od publiczności dziś przede wszystkim nie wymaga się myślenia, wszystkie cytaty, gdy i zabawy z latami 80. Podają na talerzu. Nie ma niuansów jest prostolinijność i dosłowność. Nie ma własnego języka, jest język czasów minionych. Rozumiem to doskonale. Co wcale nie znaczy że akceptuję. Tak jak nie akceptowałem wtórnego, emocjonalnego skretynienia „Kung Fury”, które na bazie sentymentu sprzedało nam filmowy bubel.

Jeśli dosłowność cytatu ma być nową formą mrugania okiem do widza, bo dziś w czasach internetu każdy chce wszystko szybko i klarownie, to mówię temu nie. I to nie wynika z jakiegoś widzimisię a zwyczajnego lęku. Lęku przed kolejnym skretynieniem społecznym. Przed tym, że jeśli dziś prosta gra na sentymencie (i na dodatek wpisująca się w rynkową tendencję panująca od kilku lat) jest określania mianem arcydzieła, to co będzie za kilka lat? Cofniemy się do pisma obrazkowego? Przestaniemy zupełnie myśleć samodzielnie? Będziemy tłumaczyli marketingowe chwyty brakiem klarownego podziału na dobro i zło w kinie? No fajnie – ideologię można dopisać do wszystkiego, nawet do śmierci rozsypanych na podłodze w galerii. Ale nie zmienia to faktu, że gdy opadają emocje zostaje tylko marketing. Marketing, któremu dajemy wykorzystywać jak naiwne dziewczęta.

Poza tym naprawdę na fali wszystkich filmów bazujących fabularnie (bo lata 80. stają się dziś częścią fabuły nie tylko miejscem osadzenia akcji) na owym sentymencie „Stranger Things” wcale nie jest ani lepsze, ani gorsze od takich „The Final Girls”, „Antibirth” (jak ktoś kochał wczesnego Cronenberga to pokocha i to dziwadło) czy „Turbo Kida”, o „Mind Eyes” nie wspominając. Różni je zasobność portfela producenta.

Poza tym jest jeszcze jedna rzecz o której radośnie zapominamy, dorabiając do trendu sentymentalnego gębę tęsknoty za innymi czasami. Żeby nie było – to racja. Każde pokolenie tęskni za czymś, co było kiedyś. Zwłaszcza jeśli teraźniejszość staje się coraz bardziej zagmatwana i niebezpieczna. Ale to tylko część prawdy. Szukając wymówek dla fenomenu kina sentymentalnego zapominamy o powodzie najprostszym. Pokoleniowej zmianie warty. To nie tak, że lata 80. to dziś najlepsza rzecz jaka przytrafiła się kinu. (Pewnie, że powstała tam masa genialnych filmów, że wiele z nich zmieniło sposób spojrzenia na kinematografię. Ale akurat do tych najważniejszych mało kto nawiązuje.) Ale nie o to chodzi.  To po prostu lata w których dorastali dzisiejsi reżyserzy. Zmiana pokoleniowa w kulturze istnieje od jej początków. Odkąd dzieci panów i pań którzy rysowali w jaskiniach dorośli, uznali że zamiast w jaskiniach będą bazgrać na kamieniach, a potem ich dzieci uznały że jaskinie są jednak lepsze.

Kultura zatacza kręgi, których sami często nie zauważamy. Spielberg i jego współcześni nie robili niczego innego jak składanie hołdu latom 50. Tyle że po swojemu. To ich po swojemu było nowym językiem. Lata 80. odwróciły się od nowego języka, wracając do prostoty kina lat 60., lata 90. wróciły do boomu niezależnego myślenia lat 70. (czego najlepszym dowodem była fenomenalna kariera braci Weinstein i ich Miramaxu), dekada 00 to zachłyśniecie się masowymi produkcjami, a teraz mamy coś pośrodku. Sentyment do lat 80. pomieszany z potrzebą wydawania wielkich pieniędzy.  Nic nowego.  Po prostu dorośli ci, którzy zachwycali się „Gooniesami” . Tylko póki co arcydzieła brak. I niestety jest spora szansa, że jeśli producenci dalej będą mieli tak niskie mniemanie o odbiorcach, arcydzieła się nie doczekamy.

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz