UIP
felietony

Inferno (V), czyli „Nowy początek”

„Nowy początek”, najnowszy film Denisa Villeneuve zebrał entuzjastyczne recenzje, został dobrze przyjęty przez widzów i znów otworzył puszkę Pandory. To znaczy – dyskusję o tym, dlaczego tak bardzo boimy się fantastyki. A wszystko zaczęło się od wyznania scenarzysty, który przyznał, że z gotowym scenariuszem odbijał się przez dekadę od drzwi producentów…

 

Zacznijmy od początku, czyli opowiadania Teda Chianga „Historia twojego życia”. W swoim życiu przeczytałem tysiące opowiadań. Większość z nich nie pamiętam. W głowie zostało kilka. Dla przykładu „Zabawka dla Julii” Roberta Blocha. „Całe miasto śpi” Ray’a Bradbury’ego. „Przypomnimy to panu hurtowo” Philipa Dicka. Mógłbym tu opowiedzieć wam dokładnie ze szczegółami gdzie czytałem je pierwszy raz, ile razy do nich wracałem i co zrobiły z moją głową. Do tego wąskiego grona opowiadań, których nigdy nie zapomnę należą też dwa teksty Teda Chianga – „Historia twojego życia” i „ Piekło to nieobecność Boga”.

To było w chyba jakimś 2003 roku. W „Nowej Fantastyce” ukazuje się opowiadanie „Piekło to nieobecność Boga”. Padam na twarz. Arek Nakoniecznik, wówczas naczelny wygrzebuje tekst „Historia twojego życia” i daje mi do przeczytania. Padam na twarz po raz drugi. Pamiętam, że w tym czasie spędziliśmy nieliczone godziny siedzą u mnie w domu z Pawłem Matuszkiem, dyskutując o tych tekstach. I samym Chiangu, który ma podejście do kariery literackiej dość niebywałe. Po prostu ma ją w nosie. Pisze tekst na rok, czasami dwa. To wszystko. Zdobywa wszystkie możliwe nagrody, ale nie dba o to, aby podbijać świat.

Pamiętam też, że w tamtym czasie pracując również dla „Przekroju” z uporem maniaka próbowałem pokazać teksty Chianga wszystkim literackim krytykom, jakich znałem. Pokazać, iż, że można wykorzystać konwencję, do snucia niepokojących, ale i pięknych, głęboko humanitarnych opowieści o najgłębszych lękach, jakie skrywają nasze dusze. Nie udało się. Kiedy w Polsce ukazał się tom opowiadań Chianga byłem już poważnym dziennikarzem w poważnym ogólnopolskim tygodniku. Nikogo w redakcji nie interesowało pisanie elaboratów o twórczości jakiegoś pisarza od SF. Chiang dla mediów umarł. Mimo wszystkich swoich nagród, statusu wielkiej gwiazdy SF w USA, w Polsce został autorem wielbionym przez garstkę fanów. Dziś jak się okazuje status wielkiej gwiazdy w USA też był mitem. Gdyby z pisaniem Chianga liczono się w USA na poważnie, żaden scenarzysta nie odbijałby się dziesięć lat od drzwi producentów.

Oczywiście to, co zamordowało Chianga to etykietka „pisarz SF”. Etykietka, która nie oszukujmy się od dekad często przeszkadza w karierach. W krajach anglosaskich w mniejszym stopniu, bo w nich rozwijała się moda i tworzyły fantastyczne gatunki, co siłą rzeczy sprawiało, że sam gatunek był o wiele bardziej akceptowalny, (co nie równa się od razu stawiany na równi z największymi twórcami, co to, to nie). U nas stanowi radosną kulę u nogi. Owszem fandom działa, jest prężny i duży. Dba o swoich autorów. Autorzy dbają o fandom. Ale poza nim pisarze fantastyczni w Polsce poza kilkoma wyjątkami (Dukaj, Sapkowski, Dukaj, Sapkowski i… Dukaj i Sapkowski?) nie istnieją. Ci, którzy istnieją już dawno nie mają nic wspólnego z SF. Bo przecież Twardocha nie kochają krytycy za to, że tworzył fantastykę. Podobnie jak Orbitowskiego, Szostaka czy ostatnio  Małeckiego. Przypadek tego ostatniego bawi mnie niezmiernie. Facet lata wydawał i pisał powieści z pogranicza grozy, fantastyki itp. ale wciąż jest „nowym nazwiskiem”. Niezmiennie mnie to bawi. Podobnie jak słynny status Świetlickiego jako „młodego poety”.

Że ten stan się nie zmieni – wiemy nie od dziś. Po pierwsze literaccy krytycy musieliby oswoić się z czymś, czego nie rozumieją. O drugie autorzy musieliby zmienić swoje fandomowe, roszczeniowe podejście. Zmiana warty w krytyce literackiej nie nastąpi, bo nie ma osób, które miały by jej dokonać, zaś większość autorów SF nie potrafi radzić sobie z mediami. I taki to krąg zamknięty. Na dziś nie widzę – i pisze to z ogromną przykrością – w gronie pisarzy SF/fantasy nikogo, kto przebije się do świadomości głównego nurtu.  Ale ja nie o tym. A o „Nowym początku”.

Problemy producenckie tego filmu po raz kolejny pokazują, że fantastyka, jako gatunek przecież idealnie filmowy, który bazuje na wyobraźni i radości tworzenia, to mit. Fantastyka, która przez dekady przecież była siłą napędową rozwoju kina, dziś jest swoistą niszą. Owszem obłaskawioną. Owszem na pewnej płaszczyźnie zaakceptowaną i oswojoną (fenomen ekranizacji komiksowych), ale nieprzekraczającą wytyczonych granic. A one są dość proste i łatwe do zauważenia.

Wielkie studia nie mają problemów z wydawaniem milionów na ekranizacje komiksów (wydaje się, że nawet zaakceptowali je głównonurtowi krytycy), nie widzą też problemu z wydaniem jednorazowo na wielką produkcję majątku, ale pod warunkiem, że siłą napędową jej będą gwiazdy (przypadek „Grawitacji”, „Interstellar”, „Mars”), ale jeden, no dwa filmy SF za duże pieniądze to wciąż granica, której nie przekraczają. Czasy, kiedy studia prześcigały się w wykupywaniu praw do adaptacji powieści SF i walczyły o widzów kolejnymi produkcjami o inwazji UFO, odkrywaniu obcych ras, genetycznych eksperymentach, które wymknęły się spod kontroli itp. odeszły w niepamięć.

Niby mamy w 2016 roku aż 51 premier SF, ale… ponad połowa z nich to wariacje na temat starych serii lub rebooty dawnych filmów. Kilka adaptacji młodzieżowych powieści i masa komiksów. Autorskiego SF ze świecą szukać.  A jeśli już powstaje, to poza wielkimi studiami, za kilka milionów dolarów, trafiając bezpośrednio na rynek VOD. Mamy jeszcze telewizję – tam zadomowiło się fantasy (jednak po sukcesach „Władcy…” i „Hobbita” boom nie nastąpił) i owszem ambitniejsze SF. Ale mimo wszystkich wielkich słów na temat Netflixa, HBO i innych – telewizja to telewizja. Róża jest różą, jest różą, jest różą…

I to zjawisko nie przestaje mnie zadziwiać. I zasmucać. Przypadkiem wczoraj przejrzałem sobie półki z płytami z fantastyką. W kilka minut do rąk wpadło mi jakieś 15 filmów z przełomu 1956 a 1957. W tamtym okresie fantastyka była metaforą oswajającą lęki społeczne przed III wojną światową. Dziś światem rządzą lęki niemal identyczne. Ale jednoczenie rozrywką rządzi lęk przed niezwróconym budżetem. A na SF wtopić najprościej, bo żeby zrobić to dobrze, trzeba zainwestować. I krąg się zamyka. Jest jeszcze jedna rzecz. jedno wytłumaczenie, które jakkolwiek absurdalne, może zawierać odrobię prawdy. My – odbiorcy – zwyczajnie boimy się nowości. Nie lubimy, kiedy coś wybija nas ze strefy komfortu i zmusza do przemyślenia na nowo zasad gatunku, schematów fabularnych i konstrukcji świata. Dlatego być może najwybitniejsze powieści sprzedają się w mikroskopijnym nakładzie, filmy powstają niebywale rzadko, a dziennikarze niechętnie sięgają po twory, które wymagają od nich odświeżenia narzędzi. I coś w tym jest. Erudycją najłatwiej popisywać się stąpając po znanym gruncie. Na obcym terytorium zazwyczaj reagujemy ignorancją lub agresją. Ciekawością wykazują ci najbardziej… odważni.

Czytam sobie wypowiedzi internatów w USA oburzonych tym jak długo zabierano się za ekranizację Chianga i jakoś dziwnie mi smutno. W świecie, w którym od dekady, co najmniej toczy się debata o deficycie wyobraźni w kinie, wyobraźnia okazuje się być towarem najbardziej zakazanym. Oczywiście ta autorska wyobraźnia. Nieskażona odcinaniem kuponów od serii, komiksów, postaci itp. Za rok czeka nas kolejny wysyp tzw. bezpiecznych produkcji SF. Będzie nowy „Łowca androidów”, nowy „Obcy”, kolejne Marvele i DC. Krytycy będą chodzić na pokazy, będą pisać. Powstanie zapewne kilka tekstów o renesansie fantastyki. Renesansie, którego nie ma. I nie będzie.

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
3 komentarze
  • Piotr
    13 listopada 2016 at 20:14
    Skomentuj

    51 premier SF – skąd te dane?

    • Robert
      13 listopada 2016 at 20:47
      Skomentuj

      Któryś z blogerów sf liczył. musiałbym poszukać na spokojnie. Rano popatrzę gdzie to było. Mogło nawet być tego więcej bo tam tylko zdaje się USA i UK było.

    • Paweł Deptuch
      Paweł Deptuch
      13 listopada 2016 at 21:45
      Skomentuj

    Dodaj komentarz