Jerzy Pilch (fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta)
felietony

Inferno (IV) – Jerzy Pilch pisarz obnażony, czyli ile może biograf?

Ukazała się biografia Jerzego Pilcha. „Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej wywołał już mały skandal środowiskowy, a niebawem zapewne trafi na portale plotkarskie.

Poszło to, że autorka pokazała pisarza, jako człowieka małego, uzależnionego i skupionego na sobie. Że niby wkładała się w łaski bliskich i stworzyła paszkwil nie biografię. Lub raczej rzecz niepotrzebnie obnażająca pisarza. Ale czy rzeczywiście zrobiła coś złego?

Po co komu ta biografia?

Na łamach magazynu „Książki” to pytanie zadał Marcin Sendecki. Rozumiem oburzenie i wstręt do czytania o alkoholowych ekscesach i oszukiwaniu kobiet. Rozumiem,  że życie prywatne nijak nie ma się do tworzywa jakim jest powieść. Że talentu i zmysłu literackiego nie da się opisać. Ale pytać po co komu takie biografie? A po co komu czytać o cudzym życiu? Bo chcemy się o kimś czegoś dowiedzieć? Bo większość z nas ma naturę podglądacza? Bo lubimy? Nie oszukujmy się – wydawnictwo zamawia biografię i liczy na sprzedaż. Więc po co? Ano dla pieniędzy. Dla pieniędzy robimy różne rzeczy. Czasami sami handlujemy własną biografią (mieliśmy przecież ostatnio przypadek jeden dość głośny, gdzie autor zbudował kampanię promocyjną na wypadku), czasami cudzą. Oczywiście można pisać biografie, które koncentrują się na tworzywie a nie na tworzącym. Można zagłębiać się w dzieła i pokazywać je w kontekście życia. Te biografie jednak o wiele gorzej się sprzedają.

Najbardziej chodliwe bowiem są te, z których krytycy pożytku nie mają, za to cieszy się przeciętny odbiorca. Bo nie oszukujmy się. Odbiorcę nie interesuje piąte dno w powieści, czy filmie. Odbiorcę przeciętnego interesuje, czy to prawda, że twórca faktycznie tyle pił, miał miliard kobiet, a w tzw. „między czasie” znajdywał czas na pisanie. Czasami odnoszę wrażenie, że obruszamy się na wiele rzeczy, bo zbyt często próbujemy mierzyć je swoją miarą. Mówiąc wprost – ja bym tak nie zrobił, więc mnie to wkurza. Ale to nie ty napisałeś książkę, nakręciłeś film itp. To że coś ciebie recenzencie wkurza, to tylko twoja sprawa. Wyraziłeś opinię. Amen. Krzyżowanie autorki chyba przekracza granicę recenzji.

Oczywiście – gdyby autorka wszystko wymyśliła to inna sprawa. Historia zna już przypadki twórców, którzy dali nam wstrząsające biografie, które jak się okazało nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Przypomnimy tylko jedną – ale jakże malowniczą. W 1980 Janet Cooke publikuje wstrząsający reportaż „Jimmy’s World”. Dostaje za niego Pulitzera. Opowieść o ośmioletnim heroiniście porusza serca całej Ameryki. Media szukają Jimmy’ego. W końcu Cooke nie wytrzymuje. Publikuje oświadczenie – cała historia była wymyślona. Jimmy nie istnieje. Amen. Pulitzer przepadł. Kariera też. Kłamstwem okazał się biograficzny ponoć opis nocnych rytuałów młodych Nowojorczyków spisany przez Nika Cohna. „Tribal Rites of the New Saturday Night” wywołało szok i poruszenie. Szybko zostało zaadaptowane przez Hollywood. Wiecie o jakim filmie mowa? „Gorączka sobotniej nocy”. Tyle że całą subkulturę i bohaterów Cohn wymyślił. Paradoksalnie powołując tym samym do życia nową subkulturę. To reportaże – wiem. Ale biograficzne i wymyślone od a do z. Autorka biografii Pilcha niczego nie wymyśliła. Po prostu opisała coś czego nikt z nas nie chciałby aby opisywano. Banalność naszego życia. Wygląda to marnie i czyta się marnie? No cóż – czym innym jest sytuacja, w której pisarz bazując na własnym życiu snuje narracje, w której puszcza wodze talentu i fantazji. Czym innym suche, nudne fakty. Z tym że tu zataczamy krąg – te suche fakty bywają ciekawe dla ludzi spoza naszego (czyli artystyczno-literackiego) otoczenia. Dla tych, którzy od sztuki wolą pospolitą nagość. Dla nich Pilch niekrygujący się, nie skrywający się za kolejnymi wcieleniami, może być jedynym Pilchem, z jakim będą chcieli mieli do czynienia.

O zmarłych tylko dobrze?

Ponoć o zmarłych tylko dobrze. Dlaczego zatem non stop przy publikacjach dookoła biografii „Pilch w sensie ścisłym” pada argument, że powinna ukazać się po śmierci? To jest rzecz, której przyznaję kompletnie nie rozumiem. Gdybyśmy bowiem trzymali się tej zasady konsekwentnie – to co innego. Ale tak? Możemy pisać posty na FB, że człowiek taki i taki jest chujem. Możemy kopać go w recenzjach, możemy opisywać pojedyncze ekscesy. Ale biografii napisać nie możemy? Nic z tego nie rozumiem. Znaczy możemy wbić czyjeś dzieło w ziemię za życia. Możemy nazwać go skurwysynem i alkoholikiem, ale nie w biografii? Bo jak umrze, to będzie dla niego lepiej? A co z bliskimi? Znaczy że oni po śmierci skopani być mogą? Szczerze – kompletnie nie rozumiem argumentu pod tytułem „takie rzeczy można pisać po śmierci”. I jeszcze to porównywanie do biografii Kapuścińskiego. Znaczy po śmierci autora można było napisać o tym, że wymyślał, konfabulował i był TW, bo już go to nie dotknie? A dzieło? A rodzina? A spuścizna?

Wydaje mi się, ale mogę się mylić, że pewne rzeczy należy i powinno się pisać, ale nie można ukrywać się za zwłokami. Jeśli autor/artysta będzie chciał się bronić – będzie się bronił. Jak nie – to nie. Każdy z nas bierze odpowiedzialność za własne życie. Robi w nim rzeczy, których się wstydzi lub nie. Są rzeczy, o których nie chcemy pamiętać, są rzeczy, które celowo przekręcamy tak, aby świadczyły na naszą korzyść. Strasznie trudno jest stanąć obok siebie i ocenić własne działanie. Tak naprawdę większość osób nie potrafi tego zrobić. Kiedy jest się osobą publiczną należy pamiętać, że pewnego dnia, może zjawić się, ktoś kto określi się mianem biografa, stanie obok nas i będzie opisywał wszystko co zrobiliśmy.

Jeśli będzie naszym kolegą, czy będzie pracował na zlecenie przyjaciół, tudzież osób, którym zależy na naszym wizerunku, wątpliwe aspekty pominie. Jeśli nie – cóż… Opisze wszystko. Pozbawiając oczywiście nasze życie kontekstu i tego co sami w danej chwili myśleliśmy, czuliśmy. W najgorszym wypadku, jeśli będzie uprzedzony, stworzy portret tak bolesny, że będziemy mieli ochotę go zabić. Problem polega na tym, że według biografa będzie to prawda. Jego prawda i jego ocena naszych działań. To że z naszą wersją prawdy nie będzie miała zbyt wiele wspólnego – no cóż. Życie. Czasami kończy się to w sądzie. Tak skończył Domosławski z rodziną Kapuścińskiego. Nieżyjący już Andrzej Żuławski też się powycierał po sądach za swoją biograficzna powieść „Nocnik” (biedna Esterka, czyli Weronika Rosati). Jeśli liczymy na to, że biografia, powieść biograficzna itp. nie wywoła emocji, to albo spadliśmy z księżyca, albo wiemy, że napisaliśmy niebywale nudną książkę. Babranie się w życiu innych ludzi zawsze kończy się źle. Dla jednej, albo drugiej strony.

Wszystko na sprzedaż?

W ogóle to żyjemy w ciekawych czasach. Media społecznościowe sprawiły, że wszystko jest dziś na sprzedaż. Od nas zależy ile sprzedamy i jak. Pupa wrzucona na Instagram naszymi łapkami jest ok. Ale jeśli to samo zdjęcie opublikuje plotkarski portal – nie jest ok.  Nazwiemy kogoś złodziejem – jest ok. Oskarżony wyciągnie kwit z którego wynika że oskarżyciel kłamie – nie jest ok. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że od pewnego czasu próbujemy z całych sił podporządkować sobie świat tak – aby był ułożony z klocków, które nam odpowiadają. Kiedy coś się dzieje nie po naszej myśli – wpadamy w histerię, zapominając o tym, że dawno temu sprzedaliśmy i swój tyłek i siebie.

Oczywiście to nie jest nowe zjawisko. Postępujemy tak od setek lat. A już w wieku XX stało się to ponurą rutyną. Tu od razu przypominają mi się masowe akcja prania publicznie brudów uskuteczniane przez bitników. Bo to oni chyba tak naprawdę ostatecznie zburzyli granicę między tym, co jest na sprzedaż, a co nie. Niemal wszyscy (dla niewtajemniczonych to pokolenie Jacka Kerouaca, Allena Ginsberga itp.) zbudowali kariery na własnych doświadczeniach i bardzo często nie posiłkując się przy tym literaturą, a językiem niebywale kolokwialnym. W żaden sposób nie umniejsza to wybitności ich dzieł. Ale też nie należy zapominać, że poza nimi, tworzyli rzeczy balansujące na granicy tabloidu. Co ciekawe niektóre z nich są dziś arcydziełami literatury amerykańskiej – jak choćby „Podziemni” Kerouaca.

Tak osobiście chyba najbardziej cenię dwie kategorie osób publicznych. Tych, którzy nie mówią o sobie wcale. Albo tych którzy mówią o sobie wszystko. Nie cierpię. Wręcz brzydzę się osób, które wybielają się kosztem innych. Tych wszystkich świętych, co to kamera ich źle pokazała, koleżanka opluła, albo nieświadomi byli co robią. Tyle że ten łatwy podział sprawdza się w sytuacji  kiedy mówimy o sobie sami. W biografii mówi ten trzeci. I to on decyduje o tym jaki finalnie wyłoni się z niej człowiek.

Każdy biograf szuka powodów zachowań bohaterów. Każdy grzebie w przeszłości i każdy zazwyczaj wyciąga wnioski, które zamykają w kilku linijkach tekstu często całe życie. To boli. I to bardzo. Często też wywołuje agresję i chęć ataku. Ale często niestety jest też bliskie prawdy.

Pamiętam jak kilka lat temu Tom Cruise atakował głośną nieautoryzowaną biografię Andrew Mortona. Poszło o jego związki z kościołem scjentologicznym. Morton wysnuł tam dość prostą analizę zachowania aktora, który zdaniem biografa całe życie borykał się z problemem niskiej samooceny i brakiem autorytetów. Scjentolodzy to wyczuli. I tak zaczęła się wielka manipulacja człowiekiem.

Czy to prawda? Nie wiem. Ale nie możemy wykluczyć opcji, że w przypadku gwiazdora zadziałał ten mechanizm najprostszy. Taki sam jaki działa względem każdej zagubionej osoby. W przypadku biografii Pilcha pada zarzut, że Kubisiowska spłyca model zachowania autora „Pod mocnym aniołem”. Że u niego wiele rzeczy w życiu sprowadza się do manipulowania kobietami, pisania i szukania tanich wymówek. Środowisko się obraża – i słusznie, bo jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy ściągnięto do poziomu prostego ochlaptusa. Ale i niesłusznie. Bo istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że poza swoimi wielkimi powieściami, poczuciem humoru i erudycją, pisarz jest zwykłym, tanim ochlaptusem. Jest tylko człowiekiem. I chyba o tym w biografiach często zapominamy. Że ich bohaterami są ludzie. A my często poza swoimi powieściami, filmami, płytami, nie jesteśmy fajni. Nie dla wszystkich. I nie zawsze.

Czy należy o tym pisać? Jeśli możemy pisać książki o tym, że Donald Trump jest kretynem, Woody Allen lubi małe dziewczynki, Stephen King cierpi na syndrom odrzuconego dziecka a Bill Cosby lubił gwałcić po pijaku, to dlaczego nie pisać o tym, że wybitny autor bywał mały człowiekiem? W końcu można napisać każdą książkę czy nie? I mówiąc szczerze – nie wiem. Znaczy odnoszę wrażenie, że niby chcemy kontrowersji, ale tylko takich, które nie dotykają nas. A to już zdrowe nie jest.

 

 

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
Komentarz
  • Lara
    13 listopada 2016 at 03:48
    Skomentuj

    Oj, jakoś tym razem dziwnie Pan pisze, mętna ta „recenzja”, trudno zrozumieć o co Panu chodzi. A jeśli chodzi o „Pilcha w sensie ścisłym” to po prostu kilka rzeczy okropnie razi. Na przykład nie do zniesienia są liczne wtręty w których Kubisiowska użala się nad sobą, że on się do niej nie odzywa, że zerwał z nią kontakty. W ogóle za dużo jest w tej biografii samej biografistyki wysuwającej się z różnymi swoimi emocjami na plan pierwszy. Nie potrafiącej na przykład ukryć, że pewne osoby z którymi rozmawia na temat Pilcha lubi a z innymi się nie znosi. Moim zdaniem piszący biografię, jego poglądy na to o czym pisze powinny być całkowicie neutralne. Tutaj fakt, że Pilch z Kubisiowską nie tylko się znali ale byli zaprzyjaźnieni bardzo źle wpłynął na ostateczny wynik. A tak ostatecznie przyszło mi do głowy, że ja się wcale o Pilchu nie dowiedziałam wiele nowego. Naczytałam się mnóstwa cytatów i wypowiedzi różnych osób o pisarzu, dowiedziałam się wiele (niestety) o Kubisiowskiej, coś tam sobie przypomniałam o sprawach o których dawno wiadomo z różnych źródeł i na tym koniec.To nie jest dobra książka. Nie dlatego, że kogoś urazi, ktoś się obrazi, za wiele albo za mało odsłania tylko dlatego, że jest po prostu słabo napisana. Szkoda.

  • Dodaj komentarz