felietony

Gwiezdne wojny, czyli jak Anakin Vadera pokonał

O istnieniu „Gwiezdnych wojen” (konkretnie, „Powrotu Jedi”) dowiedziałem się na wakacjach w Kuźni Raciborskiej. Miałem, mniej więcej, dziewięć lat. Kuźnię zapamiętałem jako ponure, śląskie miasteczko z kąpieliskiem i lasami, po których mogłem się włóczyć. Swoistą atrakcję stanowiła również sąsiadka, tłusta i pozbawiona jednego ramienia. Miałem rower i jeździłem po całej okolicy. Szukałem skarbów po śmietnikach, strugałem włócznie i konstruowałem łuki, wykorzystując żyłkę wędkarską i kijek leszczyny.

Nie pamiętam już drabów, z którymi się bujałem. Zlali mi się w jeden dziobaty, piegowaty pysk i ten pysk, lisi, trójkątny opowiedział mi historię Luke’a i Vadera. Kuźnia Raciborska, dodajmy nie miała wiele z Vegas, dostęp do kultury był utrudniony. W jedynym kinie leciały głównie polskie filmy. Kolega musiał wyjechać do innego miasta, aby zobaczyć t”Gwiezdne wojny”  i opowiadał mi o nim tak, jak kiedyś, przy ogniu, mówiono o czynach pradawnych herosów. Luke i Vader wywodzili się z tego samego porządku co święty Jerzy, Roland, Król Rybak i Heliogabal.

Trylogię zobaczyłem niewiele później, w odwrotnym porządku za to wielokrotnie. Moja ciocia pracowała w kinie, wchodziłem za darmo i mogłem siedzieć cały dzień, na balkonie, wgapiony w ekran. Przed moimi oczyma przelatywało cały czas to samo, „Nowa nadzieja” trzy razy pod rząd, za sprawą spóźnialskiej, roztrzepanej cioci oglądana od połowy i raptownie przerywana przed finałem, wiele godzin później. 

W odróżnieniu od większości kolegów, sprzyjałem Imperium w czym odnajduję zapowiedź późniejszego zamiłowania ładu, jak i okrucieństwa. Jednolite umundurowanie szturmowców przyjemnie kontrastowało z pstrokacizną zwolenników republiki, zaś admirał Tarkin, zasuszona chudzinka, roztaczał wokół siebie aurę złowrogiej potęgi. Wolałem go nawet od Vadera, postaci niejednoznacznej, cudownej, niezłomnej i naznaczonej cierpieniem. We wczesnej nastoletniości zdołałem uzasadnić wszystkie, na pozór zbrodnicze posunięcia Imperium. Rozwalenie całej planety, było dla mnie, w kosmicznej skali, czymś porównywalnym do spalenia wioski sprzyjającej partyzantom. Mówiłem o tym wszystkim koleżankom choćby po to, by popatrzeć w ich rozwarte z niedowierzania oczy.

Jednocześnie, pozostawałem pod urokiem przebojowego Hana Solo, z zainteresowaniem śledziłem ścieżkę duchową Luke’a i wyglądałem chwili, gdy te dwa irytujące roboty wylądują na złomowisku. Potem poznałem implikacje, prowadzące do myśli Junga i Campbella. Na pierwszym roku krakowskiej psychologii teorię archetypów tłumaczono właśnie za pomocą filmów Lucasa. Potem, oczywiście, odszedłem znudzony ku czemuś innemu.

Odnośnie nowej trylogii podzielam zdanie większości. Za to animowany serial „Wojny klonów” mam za całkiem udany, jeśli przyjmiemy kategorie zarezerwowane dla kreskówek. Zresztą, cała ta franczyza wydaje mi się straszliwie dziecinna. Nie potrafię zrozumieć dorosłych fanów „Gwiezdnych wojen”, tej kolekcjonerskiej manii, zlotów i przebieractwa. Dlaczego, skoro lubię film, miałbym zapoznać się z jego nowelizacją, setką komiksów i jeszcze kupić sobie figurkę? Dopuszczam jednak możliwość, że to fani mają rację, a ja jestem głupi.

Do „Gwiezdnych wojen” wróciłem za sprawą mojego syna. Julek uwielbia lucasowe uniwersum. Zna filmy, seriale, gromadzi klocki, figurki, komiksy i bez przerwy gada o swoich ulubionych bohaterach. W pewien sposób można powiedzieć, że „Gwiezdne wojny” nas połączyły. Zobaczyliśmy je prawie w tym samym wieku (ja byłem może dwa lata starszy) i błyskawicznie stały się centralną częścią naszego życia. Julek również mieszka na śląskiej prowincji. Chętnie zadumałbym się nad tą zbieżnością a nawet wzruszył. Niestety, podobieństwa kończą się na ogólnikach.

Julek zbagatelizował oryginalną trylogię. Zapomniał o Tarkinie, Vader niewiele go obchodzi. Za to uwielbia animowane „Wojny klonów”. Do następnych trzech filmów odnosi się z dużą życzliwością – potrafi opowiadać całe sceny i uwielbia Anakina Skywalkera. Świadczy to, że Lucas doskonale wiedział co robi. Zraził do siebie szczuplejące grono starych fanów, pozyskując legion nowych w wieku przedszkolnym. Będzie można z nich ciągnąć szmal przez najbliższe półwiecze, podczas gdy ja i inne dinozaury dawno zdechniemy pod płotem.

Wyobraźnią mojego syna rządzi nie Han z Lukiem i Vaderem, ale Anakin, hrabia Dooku oraz niejaka Asoka – głupkowate stworzonko zdolne wzbudzić rządzę mordu nawet w łagodnym mnichu. Ostatnio na tapecie jest generał Grevious. Julek udaje, że ma cztery ręce, miliard mieczy, garbi się i kaszle. Identyfikacja z tą akurat postacią napełnia moje serce mściwą radością. Mój syn ruszył za ojcem, ku ciemnej stronie. Wyrwałem go dobru. Razem zasadzamy się na Jedi i ich zabijamy. Łączy nas kierunek, dzielą tylko inspiracje.

Ględzę o tym ze świadomością, że nie ma nic nudniejszego niż opowiadanie o dzieciach. Wykorzystuję małoletniego celem pokazania sposobu, w jaki zmienia się percepcja wytworów kultury. Gdy byłem mały, oczywiście rysowałem Vadera, Tarkina i innych. Vader wyglądał jak Vader, Tarkin jak Tarkin, na miarę moich skromnych możliwości, pomniejszonych jeszcze przez jakość kredek za komuny. Julek nieustannie rysuje swoich ukochanych bohaterów. Anakin, Dooku i Grevious uzyskali postać kuleczek z rączkami-patyczkami dzierżącymi miecze świetlne. Inspirację wskazuję bez trudu – „Angry Birds”. Gwiezdnowojenni kolesie właśnie tak tam wyglądają i właśnie gra, a nie filmy, seriale okazała się najbardziej inspirująca dla małoletniej wyobraźni.

Wpływ tej gry – prostackiej, głupiej, barbarzyńskiej – okazał się daleko bardziej szkodliwy niż mógłbym przypuszczać. W naszych, rozwleczonych na długie godziny, zabawach Julek urządzał  walkę hrabiego Greviousa z Hanem Solo. Mało tego, ustawił naprzeciw siebie Vadera z Anakinem Skywalkerem. Zmitrężyłem kilka dni na tłumaczeniu zasad chronologii i kwestii tożsamościowych, uprzyjemniając sobie tę, próżną przecież czynność, intensywnym waleniem własnym łbem o mur. Próżny trud. Julek oświadczył, że skoro w grze spotykają się wszyscy, hurtem, jak na stypie, to podczas zabawy także im wolno. W ten sposób Angry Birds, produkt uboczny, zwyciężył kilkadziesiąt lat tradycji filmowej, gorszy pieniądz wyparł lepszy, a ja, zamiast Tarkinem zostałem hrabią Dooku. Mogło być gorzej. Najważniejsze, że razem jesteśmy po jedynej słusznej stronie.

Kategorie
felietony

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i „Nowej Fantastyki”. Aktualnie mieszka w Warszawie.

Dodaj komentarz