nyfa.edu
felietony

Dziennikarstwo AD 2016 – indeks słów niepotrzebnych

Po obejrzeniu filmu „Spotlight” zacząłem zastanawiać się nad tym jak to się stało, że w niespełna piętnaście lat, dziennikarstwo z potrzeby i chęci szukania wiedzy, odpowiedzi, rozwiązywania problemów, wyrażania rzetelnych opinii, nagle stało się wylęgarnią frustracji i nienawiści. I taki mi się mikro słowniczek zrobił. Nie żebym wątpił w ludzkość. Myślę, że damy sobie radę, ale… I tu powraca nieśmiertelne „ale”.

Sukces – kilka tygodni temu zakończyła się aferka z dwoma dziewczynkami, które wrzuciły do sieci filmik, gdzie opowiadały o seksie grupowym z nieznanymi powszechnie muzykami. Dwie, gorzkie idiotki pomyślały, że w kreatywny sposób wyrażą siebie, pokazując że wiedzą jak ten świat jest skonstruowany i jak odnieść sukces. Odniosły. Pobanowane konta na FB, YT, Twitterze i wstyd na pół Polski. Czy to współczesna definicja sukcesu? No cóż jedno jest pewne – od propozycji matrymonialno-zarobkowych jeszcze długo się nie opędza. Nie żeby mnie to oburzało. Nie. Po prostu dało do myślenia. A może to właśnie definicja sukcesu? Zróbmy wirala, niech o nas mówią, a jak mówią – to zupełnie nie jest istotne. Wyznacznikiem sukcesu jest miejsce jakie wypozycjonujemy w sobie w Google. W tym wszystkim oczywiście nie głupota (życiowe zagubienie, brak wzorców dziewczyn) jest najstraszniejsza, a to jak na niej żerują media. Ten temat jest głębszy i poważniejszy żeby zamknąć go w małej notce, ale prawda jest taka, że w pogoni za klikiem (my media) doprowadziliśmy do tego, że inteligencja, mądrość, dowcip, zeszły na drugi, jak nie trzeci plan. Żyjemy z głupoty i choć teoretycznie ją napiętnujemy, to w puencie ona utrzymuje nasze rodziny.

Opinia – teoretycznie żyjemy w czasach, w których teoretycznie ceni się ludzi myślących i mających indywidualne podejście do wielu spraw. Ilekroć zresztą jestem na przeróżnych spotkaniach słyszę – największym atutem w kulturze dziś jest indywidualne podejście, autorski kontent i wyrażanie własnej opinii. I uwierzcie mi – niemal w to wierzę. Do czasu kiedy ja, lub ktoś z ludzi z którymi pracuję wyrazi swoją opinię. Jeśli odbiega ona od powszechnie akceptowanej linii społecznej – mamy problem. Skrytykuj serial HBO, a dowiesz się, że nie znasz się na filmach bucu. Wyraź opinię na temat „Przebudzenia mocy” – jesteś za stary i nie rozumiesz popkultury.  To w końcu jak jest? Mogę wyrażać tę opinię czy nie mogę? Powinienem mieć własne zdanie czy raczej nie? A może po prostu własne zdanie, to zdanie akceptowane przez ogół, a wówczas opinia znaczy tyle, co tekst promocyjny. I chyba do tego wyrażanie opinii dziś się sprowadza. Głośnego przyklaskiwania temu co popularne. Tudzież bezmyślnemu krytykowaniu tego, co popularne. Jakakolwiek formuła samodzielnego myślenia – czyli zatrzymania się pośrodku między parszywe i genialne –  jest niebezpieczna, bo naraża na gniew i wrogość, a finalnie na brak akceptacji. Czyli mówiąc prościej – gdy napiszesz co myślisz, napiszesz to po polsku a większość będzie miała inne zdanie to na pewno jesteś:  Żydem, głupią lesbą, chujem, komuchem, lemingiem, cyklistą, pedałem itp. itd.

Krytyka – z krytyką jest zabawnie. Nie dość, że wszyscy jesteśmy dziś krytykami, a już najbardziej znamy się na kinie (ilość mejli które otrzymuje pod tytułem – piszę o filmie – jest zatrważająca), to jeszcze niemal wszyscy utraciliśmy zdolność akceptowania krytyki. Wynika to z dwóch rzeczy. Po pierwsze ponieważ wszyscy są dziś krytykami, kompetencje (patrz niżej) do wyrażania krytyki są niebywale zaniżone. Krytyk dziś nie znaczy nic. Każdy jest krytykiem. A jak każdy jest krytykiem, to nie dziwi fakt, że jakość krytyki spada na łeb i szyję. Rozmywają się granice między merytorycznym wytknięciem błędów, a personalnym atakiem. Wiele osób czuje niebywałą potrzebę zaznaczenia swojego ja do tego stopnia, że często „JA” dominuje nad treścią. Pamiętam w roku 1997 nieżyjący już znajomy pan Jerzy Koeing, powiedział mi w „Tygodniku Powszechnym” niebywale istotną rzecz. – Tak bardzo się wyrywasz, do pisania „ja, ja, ja”’ a kim ty jesteś? Dlaczego uważasz, że mając lat dziewiętnaście posiadasz wiedzę i opinię, która się liczy i z którą ja mam się liczyć? Może jednak trochę poczekaj, po pracuj nad sobą, a dopiero wtedy pisz „ja, ja, ja”. Zabolało. Owszem. Ale na jakieś piętnaście lat oduczyło mnie pisania wszędzie JA. Dlaczego? To proste. Moje ja nie miało wtedy nic do powiedzenia. W czasach kiedy każdy może mieć bloga, portal itp. JA dominuje. A że jest to ja pozbawione jakiekolwiek wartości – no cóż taką mamy krytykę. Nie dziwne zatem, że krytykowany czasami czuje się obrażony poziomem krytyki. Druga rzecz jest jeszcze ciekawsza. Selektywność w dzieleniu krytyki na „krytykę” i „hejt”. Krytyka od hejtera dzieli niebywale cienka granica i (może się mylę) ale wyznacza ja głównie warsztat oraz… motywacja. Motywacja po obu stronach. I tu dochodzimy do czegoś niebywale zabawnego. Wyobraźmy sobie dwie grupy: A i B. Przedstawiciel grupy A, krytykuje dzieło przedstawiciela grupy B, za co zostaje nazwany podłym hejterem. Nieważne, że krytyka merytorycznie się zgadzała, że była zasadna. Hejter i już. Teraz przedstawiciel grupy B, obserwując zdjęcie przedstawiciela grupy A, komentuje je w taki przyjemny sposób – co ta tłusta świnia. Grupa B uznaje to za wyrażenie opinii ich członka, na temat członka konkurencji i nie znajduje w tym znamion chamstwa i pospolitego hejtu. Ciekawe, prawda…

Kompetencje – nie jestem zwolennikiem wykształcenia (o czym piszę poniżej), ale wiedzy. Do tej pory wydawało mi się, że posiadanie wiedzy, jest niezbędnym elementem do wyrażania swojej opinii. A tu niespodzianka. Żeby pisać nie trzeba wiedzieć, nie trzeba słuchać, nie trzeba nawet znać gramatyki. Jedyne kompetencje jakie dziś są wymagane od dziennikarza, to umiejętność bezmyślnego klikania w klawisze, posiadanie łącza. A i umiejętność robienia zdjęć kubków z parującą kawą na instagrama. Zachód słońca z książką też się ceni. Ot, tego potrzeba, aby być kimś.

Kreatywność – od pewnego czasu wymaga się ode mnie kreatywności. Wymyśl spektakularną kampanię. Trzy dni z życiorysu wyrwane. Wracam z pomysłem. Super, cieszy się klient – kupiony. A potem dostaję mejla. To świetne, ale… (nieśmiertelne ale), może zróbmy takie coś później, a teraz zainwestujmy w adworksa. Dobrze, przytakuję, ale wtedy będzie tak samo jak wszędzie. Wasz wybór. W odpowiedzi słyszę, że jakby było zbyt kreatywnie, to nikt by nie kliknął, poza tym klient, boi się że nikt nie zrozumie. Czyli kreatywnie znaczy dziś – tak jak wszyscy? Jeszcze lepszą definicję kreatywności znajdziecie w niemal każdej księgarni. Otóż półki uginają się ostatnio od tzw. „kreatywnych kolorowanek dla dorosłych”. W mniemaniu każdego wydawcy bowiem „kreatywność” znaczy tyle co – wypełnianie kolorami wcześniej narysowanych kształtów. Wasza kreatywność to dobór kredek! Pamiętaj – tylko nie wolno poza linie! Mamciu! Wspaniała sprawa. Czyli kreatywność, dziś znaczy tyle, co chodzenie utartymi ścieżkami. Trochę to przerażające. Ale w sumie nie zaskakujące. Zwłaszcza, jeśli takowej kreatywności uczymy dzieci od małego… Jak to? A tak to. Jeśli hitem sprzedażowym jest kreatywny notatnik „Zniszcz ten dziennik”, który ogranicza kreatywność do niszczenia przedmiotu, nie spodziewajmy się, że czeka nas nowy, wspaniały świat.

Wiedza – nienawidziłem szkoły z całego serca. Jak zapewne wielu dzieciaków. Na studiach czułem się stłamszony i chciałem jak najszybciej żyć poza murami uczelni. Ale jedna rzecz zawsze była dla mnie istotna, by nie powiedzieć kluczowa. Nie odzywałem się kiedy nie wiedziałem o czym mówię. Reasumując – jeśli ktoś mówił przy mnie o rzeczach, o których nie miałem pojęcia, starałem się dowiedzieć o czym mowa, aby ewentualnie wrócić do rozmowy później, uzbrojony w wiedzę umożliwiającą dyskusję. Internet dał nam nieograniczony i natychmiastowy dostęp do wiedzy. Nikt już nie musi chodzić do biblioteki, kartkować encyklopedii, przewijać taśm VHS, żeby znaleźć określoną scenę w filmie. I co? I jajco. Dostaję recenzję. Ktoś pisze o płycie jakiejś wokalistki, zarzucając jej że nie rozumie dlaczego pani podpina się pod modę i śpiewa piosenki po niemiecku. Podkreślam – recenzja płyty. Ktoś dostał materiał, wysłuchał, sprawdził i wyraża swoją opinię. Co do opinii – nigdy nie wolno w nią ingerować, autor wyraził zdanie, autor się podpisał, autor bierze odpowiedzialność za swoje słowa. Ale tu nie chodzi o opinię. Nie pisał o tym przypadku, gdyby nie drobny szczegół. Pani opisywała płytę ze współczesnymi przeróbkami starych żydowskich pieśni zaśpiewanych w jidysz. Rozumiem, że jidysz ma sporo z niemieckim wspólnego, ale błagam, można wpisać w Google nazwisko wokalistki, żeby sprawdzić czym jej nowa płyta jest. Można, ale to spowolniłoby proces pisania recenzji, a przecież wszystko musi być szybko, żeby udowodnić że się na czymś zna i coś się wie. Podkreślę – nie chodzi o wytykanie błędów. Każdy ma prawo się pomylić, każdy może przekręcić nazwisko, pomylić film, książkę, płytę. Problem zaczyna się w chwili, kiedy budujemy wywód na błędzie i nie chce nam się go sprawdzić, bo mogłoby to zniszczyć subtelną i wysmakowaną konstrukcję tekstu. Jest jeszcze drugie oblicze współczesnej nazwijmy to roboczo – niewiedzy. Teksty, które piszą dziennikarze, posiłkując się Internetem, z których nie wynika nic poza ogromną ilością dat i faktów. Zupełnie jakby dostęp do wiedzy redukował zdolność jej analizowania. W efekcie powstają potwory, w których umrzeć można od szczegółów, ale nie wiadomo do czego to wszystko prowadzi. Czy ludziom naprawdę wydaje się, że jak przepiszą wikipedię, to stworzą dzieło?

Kategorie
felietony
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz