felietony

Czwarta ściana zaorana

Deadpoola„, „Ricka i Morty’ego” oraz „House of Cards” łączy popularny zabieg narracyjny – burzenie czwartej ściany. Odbiorcy i twórcy popkultury zachwycają się nim, jakby dopiero co został wynaleziony i doprowadzili do tego, że nie ma już czego burzyć. Ani po co.

Pierwsze ekipy remontowe zajmujące się niszczeniem bariery między artystą i widzem pochodzą z antycznych czasów, kiedy greckie tragedie i komedie były wiodącymi gatunkami pop. Każdy szanujący się wolny człowiek musiał je znać. Teatralny zabieg polegający na wciąganiu publiczności w akcję szybko podłapali też twórcy służący innym muzom. I tak chwyt narracyjny stosowali z powodzeniem wszyscy, z literatami na czele (Aleksander Dumas i jego zwroty narratora do czytelnika się kłaniają). Przejawiał się, oczywiście, nie tylko wypowiedziami skierowanymi wprost do odbiorcy, ale też łamaniem praw świata przedstawionego w taki sposób, jakby bohaterowie mieli świadomość, że uczestniczą w fikcji.

Teraz, w epoce mass-mediów przesiąkniętych duchem postmodernizmu swoją cegiełkę z czwartej ściany wypchnąć może każdy. Problem w tym, że wraz z upowszechnieniem postępuje utrata wartości, a wiele dzieł poświęca spójność tylko dlatego, że podąża za modą. Modą wtórną, bo wysadzanie czwartej ściany nie jest niczym nowym nawet we w miarę współczesnych dziełach popkultury. Nikt tak nie wodził za nos widzów jak autorzy serialu „Na wariackich papierach” z Brucem Willisem.

To nie tak, że burzenie czwartej ściany wszędzie i zawsze jest niepotrzebne czy szkodliwe. Wprost przeciwnie. Moda nie mogła wziąć się z sufitu – ale da się prześledzić, w jaki sposób całość powoli traci sens.

Sztandarowym przykładem dobrze odrobionej pracy domowej jest „Rick i Morty”, niezwykle popularny serial animowany dla dorosłych. Twórcy z Adult Swim, odpowiedzialni za przygody szalonego naukowca i jego nierozgarniętego wnuka, zaserwowali nam opętaną humoreskę, która łamie wszelkie bariery – społeczne, moralne, empatyczne i przy okazji ładnie dekonstruuje ignoranckich antybohaterów w stylu Sherlocka Holmesa oraz Doktora House’a. Wraz z Rickiem i Mortym podróżujemy przez rozmaite światy, wymiary i stany świadomości.

Genialny alkoholik najprawdopodobniej zdaje sobie sprawę, że jest postacią fikcyjną i raz czy drugi zwraca się w stronę ekranu – także w zwiastunach promujących serial w telewizji. Przemierzanie kolejnych planów, piętrzenie akcji i łamanie czwartej ściany ma tu konkretny cel – spotęgowanie wylewającej się z ekranu fali cynizmu i nihilizmu. Pewnie, to w gruncie rzeczy filozofia godna sprytnego siedemnastolatka, który odkrywa, że świat jest paskudny, okrutny i nic nie ma wartości, ale jednak – wciąż stanowi wartość dodaną i zgrabnie komponuje się z całokształtem serialu.

Po linii mniejszego oporu, ale wciąż w spektakularny sposób, poszli autorzy „House of Cards”, gdzie Frank Underwood, obecnie wyklęty Kevin Spacey, co jakiś czas zwraca się do widza i patrzy mu prosto w oczy, objaśniając kolejne zawiłości polityki oraz szachrajstwa, jakich zaraz się dopuści. Dzięki temu aktor buduje specyficzną relację z widzem, czyni go współodpowiedzialnym za swoje przestępstwa. A poza tym – możemy się znaleźć pod wpływem „efektu wow”, zwłaszcza w kilku kluczowych momentach, jak wtedy, gdy Underwood w pierwszym odcinku drugiego sezonu dopiero pod sam koniec zwraca się do ekranu i zapewnia, że wcale o nas nie zapomniał.

Z podobnego założenia wyszli autorzy „Deadpoola„, Fabian Nicieza i Rob Liefeld. Tyle, że Wade Wilson powstał jako parodia konkurencyjnej postaci DC, Deathstroke’a. Żartuje z błędów i wypaczeń przemysłu komiksowego, ma świadomość, że jest bohaterem zeszytówek, czasem zwraca się bezpośrednio do czytelnika lub widza. Jest trochę jak postać z kreskówek (które czwartą ścianę łamią nagminnie). Tyle, że w historiach z Pyskatym Najemnikiem podobny zabieg zwykle realizowany jest od czapy. Chyba tylko w „Deadpool Kills Marvel Universe” scenarzyści znaleźli praktyczne zastosowanie tego chwytu.

Właściwie każdy superbohater, któremu pozwolono na pierwszoosobową narrację w ramkach łamie czwartą ścianę, kiedy tylko mówi wprost do czytelnika. To nic niezwykłego. Ale właśnie w przypadku Deadpoola stało się znakiem rozpoznawczym, jakby było jakimś objawieniem. Nie jest. Rzadko kiedy czemukolwiek służy, a najlepsze historie, takie jak „Dobry, zły i brzydki„, obywają się doskonale bez tej maniery.

Inne media też mają swoich sztandarowych ścianołamaczy. Gry wideo dla przykładu uzbroiły się w tak znakomite tarany, jak serie „Bioshock” czy „Metal Gear Solid”, które pozostawiają gracza w stanie sporego wstrząsu. Nabywca nastawiał się na radosną, stylową strzelaninę lub skradankę, a dostał po głowie mózgotrzepem, przez który może mu się poprzestawiać postrzeganie rzeczywistości, poczucia sprawczości i wolnej woli. Na to nie każdy się pisał…

Tyle, że te lepsze produkcje, podobne do „House of Cards” czy „Rick i Morty” to szlachetne wyjątki. W znakomitej większości efekt końcowy przypomina właśnie co pośledniejsze historie o Deadpoolu. Jeśli twórca dobrnie do granicy swojej kreatywności, zawsze może zaszpachlować lukę, za pośrednictwem bohatera puścić perskie oko bezpośrednio do widza i pokazać, jaki jest zdystansowany do tego, co robi.

Wygodne, sprytne i wpisuje się w obecnie panujące trendy. Tylko, że równocześnie to zjawisko może się okazać na dłuższą metę szkodliwe. Dzieła łamiące czwartą ścianę, jeśli nie są przemyślane od początku do końca, jak „Rick i Morty” (tak to przynajmniej wygląda przed premierą czwartego sezonu, ale twórcy z jakiegoś powodu potrzebują sporo czasu na jego nakręcenie) – mogą zawalić się na poziomie konstrukcyjnym. Będą zwyczajnie niespójne i dezorientujące.

To zaś bardzo często odcina odbiorcę od immersji, możliwości zanurzenia się w dziele, jego świecie, przeszkadza w utożsamieniu się z którymkolwiek bohaterów. Nawet o zwykłym odpłynięciu od rzeczywistości nie ma co mówić. Bywa, że w zamian dostajemy tyle, co nic. Ozdobnik. Spowszedniałą popierdółkę, która niczego nie wnosi. Technikę, która nie jest wartością samą w sobie, ale dobrze sprzedaje produkt, bo jest rozpoznawalna i łatwa do nazwania.

Aż korci powiedzieć: Producencie, Marketingowcu, Twórco! Odpuść na chwilę, zapomnij o wymuszonym dystansie. Usiądź i po prostu opowiedz nam tę historię bez obaw i zasłaniania się zużytą manierą. Pozwól, że zanurzymy się w tej fabule po uszy. Daj odpocząć biednej czwartej ścianie. Dość się wycierpiała dla naszego ubawu. Ona już leży zrujnowana i błaga o litość. Niech się odbuduje, choćby po to, żeby postmodernistyczni szydercy zyskali nowy zbyt poważny punkt odniesienia do obśmiania. Żeby znów był sens cokolwiek burzyć.

Kategorie
felietony
Hubert Sosnowski

Miłośnik popkultury pod każdą postacią - literacką, muzyczną, filmową, komiksową, grową, serialową. Publikował w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach", "Playboyu" oraz w portalach internetowych - GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy. Człowiek sympatyczny, acz nękają go napady wyjątkowo czarnego humoru.

Dodaj komentarz