felietony

„Czarownice z Eastwick”, czyli jak kochać po czterdziestce

O czym: trzy sponiewierane życiem kobiety tęsknią za facetem z prawdziwego zdarzenia. Wypowiedziawszy zaklęcie dostają model ekstra lux, czyli samego Jacka Nicholsona. Z pałacem i rogami w pakiecie. Lubieżny i prymitywny, grubiański, lecz przenikliwy okręca je sobie wokół palca, czy też pazura. Do czasu: magia jest domeną kobiet, nie mężczyzn o czym diabełek-świntuszek boleśnie się przekona.

Kto: Solidny rzemieślnik ekranizuje solidnego rzemieślnika, czyli George Miller bierze na warsztat powieść Johna Updike’a. Trzy babki z różnych parafii – Cher, Susan Sarandon i Michelle Pfeiffer – obrabiają biednego, samotnego Jacka Nicholsona.

Ile: prawie 64 miliony dolarów zarobione tylko w Stanach

Z najdawniejszych czasów pamiętam kategorie wiekowe w kinie. Jeśli się nie mylę, były przynajmniej cztery: od dwunastu, piętnastu lat, dla dorosłych i bez ograniczeń. Nikt się nimi nie przejmował. Niedawno doszedłem do wniosku, że należałoby wprowadzić jeszcze jedną kategorię, mianowicie, 30+. dla pryków. Wapniaków. Pierdzieli obciążonych dziećmi, kredytem, wiedzą życiową i wynikłym z niej brakiem nadziei.

„Czarownice z Eastwick” obejrzałem jako szesnastolatek. Może byłem rok młodszy. Większość istotnych doświadczeń życiowych miałem dawno za sobą. Umiałem dać po pysku, poznałem też, daleko bardziej potrzebną sztukę uchylania się od ciosów oraz osłaniania istotnych organów podczas zbierania kopów w pozycji leżącej. Poznałem smak jabcoka, wódki, browara i pocałunku. Nie umiem tylko stwierdzić, czy zasmakowałem już w daniu głównym, czy dopiero na mnie czekało. Naprawdę nie wiem. Swojej inicjacji erotycznej nie określałem pod kątem znajomości „Czarownic z Eastwick”.

Niezależnie od tego, czy ów jednostkowy sukces dokonał się czy też nie, moje życie intymne przedstawiało sobą dość opłakany widok, to znaczy pozostawało raczej w sferze wyobraźni. Z przyjacielem urządziliśmy sobie klub filmowy u mnie w pokoju. Miałem odtwarzacz video podłączony do monitora Amiga. Zawstydzony, przejęty wybierałem pornola z wypożyczalni i następował seans zwieńczony oceną. Punktowaliśmy grę aktorów i aktorek, fabułę, montaż, dźwięk, reżyserię, przyznając nasze małe Oskary pod wielkim plakatem Kinga Diamonda. Wyniki notowaliśmy na karteluszkach. Co z nimi się stało? Gdzie przepadły? Była pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych, co sytuuje grających w tych filmach, gdzieś w grobie lub domu starców. Kobiety się zmarszczyły, facetom nie pinga. Albo umarli na HIV, strzelili sobie w napuchnięte botoksem łby, przedawkowali heroinę. Porno generuje wielki smutek. Teraz to wiem. Wtedy – nie wiedziałem, podobnie jak nie rozumiałem „Czarownic z Eastwick” a teraz rozumiem.

Przyglądałem się koleżankom. Prócz, dość oczywistych prób wyobrażenia sobie szczegółów, ukrytych pod bluzką, pod sukienką z zamiłowaniem śledziłem przeobrażenia w urodzie i sposobie bycia. Niedawne dziewczynki na moich oczach stawały się kobietami, co było ciekawe, lecz bardziej interesował mnie kolejny etap. Dziewczyna została kobietą i zaczęła szukać pomysłu na siebie, wypróbowując na sobie rozmaitych, nazwijmy to, wariantów kobiecości. Mówię o częstej zmianie fryzur, o gwałtownym przebieraniu w szminkach, cieniach i podkładach, o wskakiwaniu w kolejne kiecki, o roszadach i woltach. Niektóre koleżanki z klasy zmieniały się z miesiąca na miesiąc, w toku prób i błędów docierając do siebie, do tego kim chcą być, kim mogą, a kim nie mogą. Obserwowanie tego wszystkiego sprawiało mi radość porównywalną tylko z zerkaniem do damskiej szatni, przez dziurkę od klucza, czego jednak nigdy nie zrobiłem.

Piszę to wszystko celem naświetlenia ścieżek, jakimi nastolatek dochodzi do własnego poglądu na temat atrakcyjności seksualnej innych. Moją wyobraźnie zbudowały nastolatki i kobiety występujące w filmach pornograficznych, czyli horyzont wszelkiej erotyki kończył się na, powiedzmy, trzydziestym roku życia (MILFy pojawiły się później). Dalej klasztor, różaniec, grób. Naprawdę sądziłem, że po trzydziestce zainteresowanie erotyką się kończy i byłem szczerze zaskoczony, gdy w szufladzie dobiegającego pięćdziesiątki taty znalazłem kilka prezerwatyw. Przecież winien oddawać się pracy, książkom i zarabianiem na ukochanego syna, niczemu więcej. Być może nawet sądziłem, że proces zaniku ma charakter czysto fizyczny. Ludziom między nogami coś tam więdnie, coś tam zarasta. Dlatego „Czarownice z Eastwick” były dla mnie filmem niepojętym.

Film opowiada przecież o trzech kobietach dobiegających czterdziestki (bohaterka, grana przez Michelle Pfeiffer jest chyba odrobinę młodsza), poharatanych przez życie i łaknących faceta z co się zowie. W tym pragnieniu widziałem coś niestosownego. Jak to – pytałem siebie – takie stare i jeszcze im się chce? Jak im się śmie chcieć? Na domiar złego, infernalny bohater grany przez Jacka Nicholsona otworzył przed tą trójką luksusową jaskinię rozpusty, gdzie wszystkie fantazje łatwo mogły doczekać się spełnienia. Kłóciło mi się to z ówczesnym wyobrażeniem o dorosłości. Sądziłem, że dorosły człowiek, a zwłaszcza kobieta-matka, nie zawraca sobie głowy takimi pierdołami, powinna żyć dla innych, nie dla siebie, słowem, odmawiałem jej człowieczeństwa. Jednocześnie, ten świat w pałacu bardzo mi się podobał i dziwiłem się, że te trzy panie tak łatwo z niego rezygnują wybierając zwyczajność w miejsce niedawnego raju. Argumenty moralne odrzucałem w całej rozciągłości. Fakt, doprowadziły do morderstwa. Ale ofiara, niewątpliwie, zasłużyła. Ot, prosty świat szesnastolatka.

„Czarownice z Eastwick” były jednym wielkim niezrozumieniem. Nie mogłem pojąć dlaczego kobiety decydują się na życie w czworokącie ani dlaczego z niego rezygnują. Umknęła mi też subtelniejsza, kontekstowa warstwa filmu. Nie zrozumiałem napięcia pomiędzy trójką czarownic a resztą konserwatywnie nastawionego miasteczka, gdyż nic nie wiedziałem o zazdrości. Te trzy wiedźmy wykonują zawody mniej lub bardziej związane ze sztuką (rzeźbiarka, nauczycielka muzyki, dziennikarka lokalnej gazety), co pretenduje je do czarostwa. Położony na wzniesieniu pałac uciech to, tak naprawdę miejsce sabatu. Czasy się zmieniły: zamiast na miotle, dostajemy się tam samochodem. Wreszcie, odrażająca, antypatyczna wariatka – nieprzyjaciółka naszych czarownic – jest jedyną osobą w Eastwick, która wie co się święci, amerykańską Kassandrą skazaną na niewesoły los. Ot, kolejna prawda o życiu: zło jest urocze, zabawne i piekielnie seksowne. Dobro gada od rzeczy i niszczy pornole w supermarkecie. Całość radośnie igra na starym amerykańskim lęku przed diabłem, budzącym rządzę w spokojnych kobietach przed czterdziestką.

Znaczyłoby to, że Amerykanie, w 1987 roku mieli szesnaście lat. Ile mają teraz?

 

 

Kategorie
felietony

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i „Nowej Fantastyki”. Aktualnie mieszka w Warszawie.

Dodaj komentarz