felietony

Brutalnie krótko (2) – To nie jest thrash dla wściekłych ludzi

Mamy dobry rok dla thrash metalu: jakiś czas temu nowe krążki wydały dwie grupy ze słynnej „Wielkiej Thrashowej Czwórki” – Anthrax i Megadeth – plus parę innych formacji od dawna tę czwórkę goniących (jak choćby Metal Church, Flotsam and Jetsam, Destruction czy Sodom), a w ostatnich tygodniach przebudziły się takie legendy gatunku jak Testament, Suicidal Tendencies i – przede wszystkim – drzemiąca już od długich ośmiu lat największa gwiazda thrashu: Metallica. A co najważniejsze, wszystkie wymienione wyżej kapele, z Metalliką włącznie, nagrały albumy, których nie muszą się wstydzić – może nie od razu najlepsze w karierze, ale bardzo solidne i konsekwentnie wypinające się na jakieś odważniejsze eksperymentowanie z nowoczesnymi brzmieniami , a za to hołdujące stylowi grania sprzed lat. Choć ci, co lubią jęczeć, że „Meta skończyła się na ‘Kill’em All’” i teraz będą mieć używanie – bo ich bohaterowie z dzieciństwa nauczyli się już niestety porządniej śpiewać, grać i wyglądać, a przecież thrash metal powinien być muzą wydrapywaną z bebechów przez bandę obdartych i jadących na permanentnym wkurwie chłystków z sąsiedztwa.

„Brotherhood of the Snake” Testament to prawdziwy pupilek krytyków muzycznych, którzy niedawno zgodnie uznawali go za najlepszy metalowy tytuł miesiąca i w ogóle za jedno z najlepszych osiągnięć w dziejach grupy, mające łączyć pomysłowość i melodyjność wczesnych wydawnictw z diabelskim rąbnięciem z okolic „The Gathering”. No nie wiem, melodyjności jest tu moim zdaniem mniej niż na dwóch poprzednich krążkach Testament (naprawdę świetnych „The Formation of Damnation” i „Roots of the Earth”), a i siłą rąbnięcia „Brotherhood…” ich moim skromnym zdaniem nie przewyższa. Nie mam jednak zamiaru za bardzo na tę nową płytę narzekać, bo słucha się jej z przyjemnością od początku do końca, tradycyjnie pochlipując z rozkoszy przy co wspanialszych popisach supersprawnego gitarzysty Alexa Skolnicka i przytrzymując dłonią wnętrzności podczas najgwałtowniejszych szarż szalonego perkusisty Gene’a Hoglana. Nietrudno jednak wskazać tu kilka numerów, które udały się panom z Testament bardziej niż inne: mroczny „The Pale King”, szybko wpadające w ucho „Seven Seals” i „Born in a Rut” oraz wciągający „Neptune’s Spear”. Ballad tu nie znajdziecie, ale mimo pozornej bezkompromisowości nowego materiału – młodzieńczej wściekłości też nie. Wokalista Chuck Billy jest w świetnej formie, ale dziś swoje pretensje do świata cedzi raczej niż wywrzaskuje.

Nieco więcej szaleństwa uświadczymy na najnowszej płycie dowodzonej przez Mike’a Muira grupy Suicidal Tendencies – choć też jest to szaleństwo kontrolowane. Kiedy Muir wydzierał się na nas na wczesnych krążkach zespołu, można było odnieść wrażenie, że zaraz wylezie z głośników i zdzieli nas w łeb żebyśmy lepiej zrozumieli dlaczego jest taki wściekły. Dziś wciąż nie brak facetowi zapału, ale mam wrażenie, że nikogo już nie ma ochoty stawiać do pionu tylko po prostu dobrze się bawi produkując podobne dźwięki co kiedyś. Szczególnym smaczkiem jest na „World Gone Mad” obecność legendarnego pałkera Slayera, Dave’a Lombardo, który ma tu parę popisowych momentów (zwróćcie uwagę z jakim feelingiem radzi sobie z nietypowymi zagrywkami w poszarpanym „Living for Life”), ale przecież w Suicidal Tendencies zawsze była mocna, skłonna do improwizacji sekcja rytmiczna (to tu terminował kiedyś obecny basista Metalliki, Robert Trujillo, a bębny okładali m.in. Jimmy DeGrasso i Brooks Wackerman), więc nie można powiedzieć, że Lombardo wynosi zespół na nowy poziom; zwłaszcza, że najlepsze nowe numery (poza „Living for Life” są to jeszcze: przebojowy „Get Your Fight On!” czy niby-sabbathowy „World Gone Mad”) mocno kojarzą się z dawnymi hiciorami ST. Cieszmy się jednak, że grupa Muira wciąż gra i śpiewa, bo przecież jeszcze niedawno lider zapowiadał, że rozważa odejście na emeryturę; „World Gone Mad” pokazuje, że na razie na to za wcześnie.

I Testament, i Suicidal Tendencies przeżywały w swojej dotychczasowej karierze liczne upadki i wzloty, ale historia żadnej z tych kapel na pewno nie dorównuje barwnością losom Metalliki. Zespół, który zaczynał od grania numerów przesyconych punkową wściekłością (osławiony debiut „Kill’em All”) dorobił się z biegiem czasu kilku albumów stanowiących esencję thrash metalu (z powalającym „Master of Puppets” na czele), aby w końcu spodobać się szerszej publiczności (tzw. „Czarny album” albo po prostu „Metallica”), a zaraz potem – popaść w niełaskę większości dawnych wielbicieli w wyniku ostrej zmiany wizerunku i ochoczego eksperymentowania ze stylem gry („Load”, „ReLoad”, „St. Anger”, „Lulu”). Na wydanym osiem lat temu albumie „Death Magnetic” Metallica zaczęła nieśmiało powracać do dawnego sposobu grania i dwupłytowy „Hardwired… to Self-Destruct” to kolejny, już jakby trochę śmielszy krok w tym kierunku. W zasadzie jedyny problem z tym krążkiem to nadmiar atrakcji, jakimi raczą nas panowie Hetfield, Ulrich, Hammet i Trujillo. Moim zdaniem z drugiego krążka wystarczyłoby przerzucić na pierwszy dwa najlepsze kawałki – siedmiominutowce „Here Comes Revenge” i „Spit Out the Bone” – i otrzymalibyśmy wówczas rewelacyjny 50-minutowy krążek, na którym próżno byłoby szukać słabych punktów. Płyta numer 1 to bowiem współczesna Metallica w najlepszym wydaniu: porywająca energią (jak w najkrótszym na albumie, 3-minutowym „Hardwired”, albo innym numerze, który promował płytę przed premierą: „Moth Into Flame”), piekielnie wprost chwytliwa (jak w „Atlas, Rise!”, gdzie pobrzmiewają wyraźne echa Iron Maiden), ale potrafiąca też efektownie zwalniać tempo („Dream No More”) i łamać rytm (finałowy „Halo on Fire”, w którym nie brakuje też jednak zgrabnego refrenu). A że Hetfield nie drze już gardła jak za dawnych lat, ale po prostu śpiewa? Postawmy sprawę jasno: to nie jest już thrash dla wściekłych młodych ludzi, ci mają dziś zupełnie innych idoli. Jeśli jednak byliście wściekli 30 lat temu i nie jesteście fanatycznymi przeciwnikami muzycznej ewolucji, powinniście docenić zawartość „Hardwired… to Self-Destruct” – nawet w tej trochę przydługawej 2-dyskowej wersji.

Testament „Brotherhood of the Snake”, Nuclear Blast 2016. Ocena: 75%
Suicidal Tendencies „World Gone Mad”, Mystic Production 2016. Ocena: 70%
Metallica „Hardwired… to Self-Destruct”, Universal Music Polska 2016. Ocena: 80%

Kategorie
felietony
Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″. Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz