felietony

Brutalnie krótko (1) – Dobre bo ostre?

Najbardziej chwalone polskie filmy, które w ostatnich tygodniach trafiły do kin ceni się nie tylko za artyzm, ale również za bezkompromisowe podejście do poruszanej tematyki. „Ostatnią rodzinę” – za to, że tak dobitnie pokazuje jak niebezpiecznie blisko geniusz zwykle sąsiaduje z szaleństwem; „Wołyń” – za to, że dzielnie mierzy się z zasadami poprawności politycznej i pokazuje oprawców wojennych jako najprawdziwsze bestie, w których nie ma już nawet okruchów człowieczeństwa; „Jestem mordercą” – za rzucanie oskarżeń na tych, których powszechnie uznawano dotąd za bohaterów. Wszystko to filmy bardzo mocne, wzbudzające w widzach uczucie niepokoju i wytrącające na jakiś czas z równowagi – ale czy naprawdę każdy z nich aplikuje nam te wszystkie wstrząsy we właściwych dawkach i z właściwych pobudek? Pozwolę sobie wątpić.

„Ostatnią rodziną” zachwycają się prawie wszyscy: i wielbiciele malarstwa Zdzisława Beksińskiego, i fani tłumaczeń czy audycji radiowych Tomasza Beksińskiego, i ci, którzy za bardzo się dotąd twórczością żadnego z tych panów nie interesowali. Nie zachwyca się natomiast pan Wiesław Weiss, redaktor naczelny miesięcznika muzycznego, do którego przed śmiercią pisywał Tomasz Beksiński. Weiss nazywa „Ostatnią rodzinę” „manipulacją” – zarówno ze strony reżysera Jana P. Matuszyńskiego i scenarzysty Roberta Bolesto, jak i ze strony odtwórcy roli Tomasza, Dawida Ogrodnika, który niby to obiecywał, że pokaże swojego bohatera w sposób uczciwy, a ostatecznie – według słów Weissa – „w najbardziej prymitywny sposób go zmałpował”, tworząc jedynie jego „żałosną karykaturę”. Redaktor apeluje więc (może nie dosłownie, ale między wierszami), aby każdy komu drogie są dokonania Tomasza Beksińskiego darował sobie ów „nikczemny” film, natomiast parę stron za naładowanym wściekłością felietonem znajdujemy reklamę podpowiadającą gdzie odnajdziemy prawdziwy portret młodszego z rodu Beksińskich: w książce zatytułowanej, a i owszem, „Tomek Beksiński. Portret prawdziwy” autorstwa… samego Weissa. I choć do pewnego stopnia rozumiem rozgoryczenie pana redaktora, to nie wydaje mi się żeby jego zastrzeżenia całkowicie dyskwalifikowały „Ostatnią rodzinę”. Co prawda sam również czułem po seansie, że szaleństwo Tomasza zostało przerysowane, a znów jego geniusz – ledwie zasugerowany (znacznie lepszą równowagę udało się twórcom zachować ukazując dwie strony osobowości Zdzisława Beksińskiego), ale nie powiedziałbym, że odbiera to filmowi całą jego wartość i moc; jeśli już – po prostu czyni go niedoskonałym. W ogólnym rozrachunku „Ostatnia rodzina” to jednak wciąż świetnie zrealizowana i szalenie przejmująca opowieść o demonach dręczących artystę; nie sądzę aby miało sens czepianie się, że demony te nigdy nie popchnęły Tomasza do wyrzucenia przez okno telewizora (jak twierdzi w swoim felietonie Weiss), skoro w końcu popchnęły go do odebrania sobie życia. Owszem, film Matuszyńskiego i Bolesto to „tylko” artystyczna wizja życia Beksińskich, a nie „prawda i nic tylko prawda”, ale przecież dokładnie to samo można by powiedzieć o wszystkich, także tych najwybitniejszych filmowych biografiach w dziejach kina: „Gandhim” Richarda Attenborough, „Amadeuszu” Milosa Formana albo „Pianiście” Romana Polańskiego. Na wszelki wypadek poprawmy jednak po seansie „Ostatniej rodziny” „Portretem prawdziwym” Weissa – bo znając poprzednie publikacje autora, mogę założyć, że będzie to niebagatelna lektura.

Choć „Ostatniej rodziny” jestem gotów bronić pomimo wszystkich jej nieścisłości i przerysowań, to z kolei zupełnie nie rozumiem narodowych zachwytów nad „Wołyniem” Wojciecha Smarzowskiego. Tak, racja – to również film znakomicie zrealizowany (imponują zwłaszcza sugestywne zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jr. i pierwszoplanowa, wydarta z głębi duszy kreacja 24-letniej Michaliny Łabacz), ale czy upchnięcie w filmie jak największej ilości scen nieludzkiej przemocy to na pewno najlepszy sposób na stworzenie wojennej epopei mającej oddać sprawiedliwość ofiarom wołyńskiego piekła? Smarzowski twierdzi, że chciał przede wszystkim ocalić tamte wydarzenia od zapomnienia – co oczywiście wypada docenić – lecz tak naprawdę sprowadził je do serii przybierających na gwałtowności wybuchów nienawiści ukazanych ze wszelkimi makabrycznymi detalami. Obdzieranie ze skóry, ucinanie nóg, rąk i głów, palenie żywcem małych dzieci i przebijanie widłami noworodków – oto co nam zostaje w głowie po seansie „Wołynia”. Na jakąkolwiek refleksję nie ma tu miejsca, bo tak jak główna bohaterka filmu zostajemy rzuceni w wir coraz dramatyczniejszych wydarzeń i możemy tylko bezmyślnie patrzeć na niezrozumiały horror rozgrywający się dookoła. Nie mamy też co marzyć o happy endzie czy choćby o jakimś oczyszczającym katharsis – to w końcu film Smarzowskiego, który od tego rodzaju chwytów zawsze trzymał się z daleka. A choć epatowanie przemocą to też u tego reżysera nic nowego – przypomnijmy choćby przygniatające atmosferą zezwierzęcenia i scenami okrucieństwa „Dom zły”, „Różę” czy „Drogówkę” (filmy, które mimo to dość mocno sobie cenię) – to znacznie łatwiej zaakceptować mi tego rodzaju zabiegi w kreującym fikcję kinie gatunkowym, które zawsze możemy potraktować z lekkim przymrużeniem oka, niż w opowieści o dramacie prawdziwych ludzi, w dodatku takiej, która miała za zadanie wypełnić ważną historyczną lukę. Tu naprawdę potrzeba było znacznie lepiej przemyślanego konceptu, a także pewnej powściągliwości w stosowaniu krwawych efektów, tak by nie przysłoniły one widzom całego obrazu. Smarzowski wykonał natomiast świetną technicznie robotę tworząc najbardziej sadystyczny film wojenny w całej polskiej kinematografii. Moim zdaniem żaden to sukces.

Pod wieloma względami najdoskonalszym z trzech omawianych tu filmów okazuje się „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy, który opowiadając historię opartą na faktach nie drażni ani „artystycznymi przekłamaniami” jak „Ostatnia rodzina” (trudno się o nie czepiać skoro reżyser nadał postaciom swojego obrazu nowe nazwiska, a w sposób dokumentalny przerobił ten sam temat wiele lat temu), ani też epatowaniem makabrą (wszystkie morderstwa odbywają się z dala od oka kamery), a przecież mimo to – potężnie widzem wstrząsa. Tyle, że nie jest to wstrząs z gatunku „ach, jakie to wszystko okropne!” (jak to ma miejsce zwłaszcza w przypadku filmu Smarzowskiego); tu szokuje nas przede wszystkim kilkuetapowa przemiana, jaką przechodzi główny bohater filmu, młody, początkowo trochę nieśmiały i nieporadny milicjant (znakomicie wypada w tej roli Mirosław Haniszewski, w którego spojrzeniu pobłyskuje zarówno naiwność, jak i perwersja). Najpierw nabiera on wprawy w fachu i pewności siebie, szybko zjednując sobie naszą sympatię, a wkrótce potem uczy się wykorzystywać władzę dla własnych celów i odkrywa, że stanie po stronie sprawiedliwości niekoniecznie popłaca; co jest znaczące o tyle, że to właśnie od jego decyzji może być uzależnione życie człowieka podejrzanego o uśmiercenie kilkunastu kobiet (Arkadiusz Jakubik w jednej ze swoich najlepszych ról, znacznie bardziej przejmującej niż ta w „Wołyniu”), a diabolicznej metamorfozie milicjanta z rosnącym przerażaniem przyglądają się jego żona i synek, którzy dotąd mieli go za dzielnego, nieskazitelnego bohatera. Dramatyzm, jakim naznaczony jest film Pieprzycy to więc coś znacznie bliższego przeciętnemu widzowi niż dramatyzm „Ostatniej rodziny” albo „Wołynia”: w końcu wszyscy dokonujemy na naszej życiowej drodze wyborów, z których nie możemy być dumni (choć bywa, że z właściwych pobudek), a te – jak pokazuje Pieprzyca – mogą prowadzić nie tylko do upadku moralnego i rozpadu rodziny, ale nawet zadecydować o czymś życiu lub śmierci. Gdyby jeszcze reżyser zrezygnował z kilku nieco zbyt „filmowych” scen (jak choćby ta, w której milicjant w jednej sekundzie obściskuje się z podejrzanym bo „nasi strzelili gola” w telewizji, a w następnej, nie wyplątawszy się jeszcze z uścisku, przekazuje mu pewną druzgocącą wiadomość), mielibyśmy do czynienia ze skończonym, powalającym arcydziełem.

„Ostatnia rodzina”. Reż. Jan P. Matuszyński. Obsada: Andrzej Seweryn, Aleksandra Konieczna, Dawid Ogrodnik, Andrzej Chyra. Polska 2016 (dystr. Kino Świat). Ocena: 80%
„Wołyń”. Reż. Wojciech Smarzowski. Obsada: Michalina Łabacz, Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Izabela Kuna. Polska 2016 (dystr. Forum Film Poland Sp. z o.o.). Ocena: 50%
„Jestem mordercą”. Reż. Maciej Pieprzyca. Obsada: Mirosław Haniszewski, Arkadiusz Jakubik, Magdalena Popławska, Agata Kulesza. Polska 2016 (dystr. Next Film). Ocena: 90%.

Kategorie
felietony
Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz