felietony

Deadpool musi cierpieć

Ostatnie doniesienia o kontynuacji filmowego „Deadpoola” zaczynają napawać niepokojem, który powoli przestaje mieścić się w kategorii „lekki”. Z projektu odszedł reżyser, Tim Miller, za nim podążył Junkie XL, twórca ścieżki dźwiękowej. A jak się bliżej przyjrzeć, to problemy produkcji sięgają dużo głębiej.

Tak działa prawdziwy, mądry błazen – śmiechem doprowadza wszystkich do łez, sam zaś ma całkiem poważne powody do płaczu.

Rok temu „Deadpool” wyważył wiele drzwi. Miał świetną kampanię marketingową, pokazał, że super-bohaterskie kino oznaczone R-ką może się opłacać jak diabli i był naprawdę dobrą, czarną komedią z odrobiną niewykorzystanego potencjału. Do tego jeszcze przejdziemy. Tymczasem po walentynkowym sukcesie filmu, posypały się dobre wieści. Klepnięto kontynuację, która oczywiście miała być większa i głośniejsza. Ryan Reynolds odbudował karierę po takich wtopach jak „Green Lantern”. Facet po prostu kocha tę postać i doskonale bawi się w czerwonym spandeksie, prując do złoli ciężką amunicją i poprawiając podobnego kalibru żartami. Widzom też się podobało. Fajnie. Fani postaci na całym świecie zacierali ręce z radochy – i mieli za co aktorowi dziękować. To jego ośli upór połączony z sukcesem średnio udanej, ale szalenie zabawnej gry komputerowej doprowadził do zwodowania „Deadpoola” w kinach z taką pompą. Tylko, że teraz ten sam Reynolds ma dużą szansę spieprzyć sprawę po całości.

Ze wszystkich doniesień, które wybrzmiewają w internecie, wyłania się mglisty, ale dający do myślenia obraz. Pokład opuścił reżyser pierwszej części, Tim Miller. Powód? Nieporozumienia między nim a producentem i odtwórcą głównej roli, czyli Reynoldsem właśnie. Poszło o wizję, którą miałby realizować „Deadpool 2” – Reynolds ciągnął jeszcze mocniej w stronę komedii, tymczasem Miller chciał uderzyć w poważniejsze, bardziej ponure tony. Nie dogadali się, więc odszedł reżyser (a zaraz po nim Junkie XL) – na pocieszenie studio zaproponowało mu inną produkcję. Miejsce Millera niemal na pewno zajmie David Leith, jeden z reżyserów „Johna Wicka”.

Ta wiadomość powinna uspokajać, bo „John Wick” to kawał dobrego, luzackiego rozrywkowego kina ze świetną stylizacją, lekkim, czarnym humorem i chwytającym nastrojem, a wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadają, że kontynuacja mu dorówna. Powinna uspokajać, ale nie robi tego. Ani trochę.

Pewnie, na pierwszy rzut oka wygląda to na zwykłe przetasowanie w kadrach. Przy markach odnoszących sukcesy takie rzeczy się zdarzają, a w dodatku zamiast jednego zdolnego twórcy dostaliśmy innego, być może nawet posiadającego większy potencjał. Karawana jedzie dalej. Tyle że za tą roszadą kryje się znacznie poważniejszy problem, który może rzutować na obraz całej marki i postaci.

Reynolds chyba jednak nie do końca rozumie postać, w którą się wciela i którą wyniósł na szczyt popularności – chce, żeby było śmieszniej, zamiast „mroczniej” – zupełnie, jakby kierował się tymi bardziej poślednimi historyjkami o Pyskatym Najemniku, które czasem pisze się, żeby zapchać grafik i podtrzymać sprzedaż. Jest to o tyle dziwne i zaskakujące, że przecież podaje się za wielkiego miłośnika i oddanego fana tej postaci. Powinien więc wiedzieć, że tym, co zbudowało fundament pod ikonę popkultury, jaką na naszych oczach Deadpool się staje – była zdolność tej postaci do przeciwstawienia się siłą i żartem grozie, jaka panowała naokoło. Tymczasem film uchwycił to tylko połowicznie.

Nie zrozumcie mnie źle. „Deadpoola” oglądało się naprawdę dobrze – także za drugim czy trzecim razem. Humor ładnie wybrzmiewał, bo działał jako garda bohatera wystawiona przeciw rzeczywistości. Mógł jednak wybrzmiewać jeszcze mocniej, gdyby sceny poważne i drastyczne pogłębiono, podkręcono do maksimum. Wtedy dostalibyśmy prawdopodobnie najlepszą, najmocniejszą historię o genezie super-bohatera w historii kina. I nie jest to bezpodstawny zarzut, bo twórcy mieli do dyspozycji sporo materiałów źródłowych, z których mogli czerpać. Niemniej, za pierwszym razem kompromisy były zrozumiałe i do usprawiedliwienia. Trzeba pokazać Deadpoola i oswoić świat z nieokrzesanym, pyskatym sukinkotem, który ustala własne zasady. A poza tym budżet nie należał do najwyższych.

Ale teraz? Upór Reynoldsa nie wróży żadnych zmian i poprawiania niedostatków pierwowzoru – możliwe, że dostaniemy jedynie droższą i głośniejszą powtórkę z rozrywki. I pewnie będziemy się nieźle bawić. Tyle, że stracimy szansę na ujrzenie czegoś wyjątkowego.

Nie odkryję prochu, kiedy powiem, że komedie, które bawią nas najmocniej to te, które bolą najbardziej. Śmiech jest reakcją oczyszczającą z bólu. Z niepowodzeń, upadków, tragedii. Kiedy sytuacja zapędza ludzi w kąt, czasem pozostaje już tylko śmiech. Gorzki, przez łzy – ale jakże oczyszczający. Mrok i dramatyzm nigdy nie wykluczał celnych żartów. Wręcz im sprzyjał. Wymagał tylko odrobinę więcej wyczucia i przemyślenia. Kultura i postacie dla niej ważne zdawały sobie z tego sprawę już od wieków.

Weźmy starego, dobrego Stańczyka, działającego na dworze Jagiellonów, postać niezwykle ważną dla Polski. Przebywał zawsze gdzieś tam w tle, a jednak jego znaczenie jest nie do przecenienia. Jeśli wierzyć kronikom i podaniom, nie dworował sobie z ludzi jedynie po to, by wzbudzić pusty rechot gawiedzi albo poćwiczyć dowcip na tępakach. Nie. Jego żarty miały znaczenie, miały pomóc przejrzeć pewne sprawy na oczy, szła za nimi pewna refleksja.

Nie musimy zresztą wybiegać tak daleko do tyłu – spójrzmy na współczesnych komików. Wielu z nich uważa śmiech właśnie za mechanizm obronny przez paskudztwami czekającymi w życiu każdego z nas. Nieważne, czy spojrzymy na gwiazdy internetu – jak Nostalgia Critic, sceny – Louis CK – czy filmu (chociażby Jim Carrey). Najzabawniejsi są właśnie wtedy, kiedy przedstawiają sytuacje, które dla ich postaci lub dla nich samych muszą być równie przyjemne, co połknięcie kluchy nabijanej gwoździami. Działa to też w każdym innym medium. Dla przykładu weźmy fenomen sprzed dekady – „Doktora House’a”. Główny bohater co odcinek stawał w obliczu śmierci i chorób innych, a do tego zmagał się z własnymi demonami, uzależnieniem, nieustającym bólem i samotnością. A jednak widzowie zrywali boki ze śmiechu przy wszystkich efekciarskich one-linerach i wygłupach, przerzucali się humorystyczno-filozoficznymi cytatami jego bohatera i otoczyli go swoistym kultem. Nie bawiłby nawet w połowie tak mocno, gdyby nie cierpiętnicze tło i wymęczona, zgorzkniała gęba Hugh Lauriego.

Tak działa prawdziwy, mądry błazen – śmiechem doprowadza wszystkich do łez, sam zaś ma całkiem poważne powody do płaczu. A Deadpool właśnie potrafi być takim błaznem, tricksterem. Prześmiewcą kompletnym. Nawet kolory stroju pasują do archetypicznego wizerunku – czerwień i czerń z paroma białymi akcencikami.

Zresztą o to chodziło na początku w komiksie, że twórcy „Deadpoola” – między innymi Joe Kelly, którego run Egmont zamierza sprowadzić do Polski – mogli oczami Wade’a pokazać historie, na które nie odważyłby się nikt inny. Były pełne zwątpienia, goryczy, szarości moralnej i przemocy, także psychicznej, a humor celował w popkulturowe tabu i świętości (już w zeszycie zerowym obserwowaliśmy, jak Deadpool odziera z czci obiekt kultu fanów Marvela – męczennicę Gwen Stacy – a seria dopiero się zaczynała) w całkiem finezyjny sposób.

Nad Wisłą już wylądował znakomity przykład na to, jak opowieści o Pyskatym Najemniku powinna działać. Parę miesięcy temu dostaliśmy najlepszy od lat komiks o Deadpoolu – „Dobry, zły i brzydki”. Opowieść Duggana i Posehna była taka dobra dlatego, że przeczołgali Wade’a przez wszystko co najgorsze, wtrącili na dno piekła i nim pozwolili się podnieść, to jeszcze skopali po nerkach. Dopiero potem, w finale, dostaliśmy porządne, zasłużone katharsis. Duet scenarzystów nigdy już nie zbliżył się do tak wysokiego poziomu, bo później nie zdobył się na coś równie odważnego (choć istnieją przesłanki, że może jeszcze doskoczą do tej poprzeczki).

Tymczasem internetowe doniesienia straszą nas Reynoldsowym „ma być śmisznie”. Zupełnie, jakby facet przekładał pusty rechot nad śmiech zbudowany na fundamentach porządnego dramatu. Pewnie, to łatwa droga, żeby coś sprzedać, ale nie zawsze działa – zwłaszcza, że aktor nie zawsze wybiera z głową, a na jedną porządną rolę przypada u niego kilka szmir ( wspomniane”Green Lantern”, „X-Men Geneza” i zastęp tanich komedyjek… no dobra). Jakkolwiek ze swoją szarpaniną o debiut Deadpoola na ekranie wzbudza autentyczną sympatię, tak teraz może stracić trochę zaufania w naszych oczach, ze względu na krótkowzroczność. A trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – sposobów na opowiadanie historii Wade’a jest mnóstwo, formuła sprzyja eksperymentom, jednak jedna rzecz nie powinna się zmieniać. Ale może Ryan Reynolds jest tylko przykładem na bardziej powszechne zaślepienie, wynikającą z dobrych, fanowskich pobudek, wynikających z troski o ulubioną postać – przykładem na niechęć do przyjmowania prostej prawdy.

Deadpool, jak każdy błazen, musi cierpieć.

Kategorie
felietony
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz