seriale

Zamęt – diabeł kocha dobrą muzę [recenzja]

„Zamęt” to serial dla wielbicieli toczących się nieśpiesznie historii, przerywanych momentami wybuchowej, brutalnej przemocy. Coś jak odwrotność „Banshee”, zresztą w powstawaniu którego reżyser „Zamętu”, Greg Yaitanes, miał poważny udział.

Zamęt (w oryginale „Quarry”) to serial stacji Cinemax, będącej odnogą HBO, znanej z rozrywki dla dorosłego widza, która w ofercie miała między innymi pamiętne „Banshee„. Znakiem rozpoznawczym jest tu brutalność, nagość, podkręcone emocje i brak oporów w epatowaniu wynaturzeniami i brudami świata. „Zamęt” – polski tytuł w miarę dobrze oddaje klimat serialu i stan umysłu głównego bohatera – stanowi kwintesencję powyższej wyliczanki i chyba szczytowe osiągnięcie w ofercie Cinemaxu. Utwierdza w tej opinii finałowy epizod, długością równy filmowi fabularnemu, z powalającą, wojenną sekwencją.

[quote align=’right’]Rzeczywistość lat siedemdziesiątych jest tu ponura, przyziemna, obmierzła wręcz, z konfliktami rasowymi i politycznymi przetasowaniami w tle.

Wojna jest z pewnością najważniejszym elementem serialu, wojna nieobecna na ekranie aż do finałowego epizodu, za to odczuwalna w skutkach i dla głównego bohatera, i dla całego kraju. Mowa o wojnie USA z Wietnamem, bowiem „Zamęt” to serial rozgrywający się w 1972 roku. Rozpoczyna się od przyjazdu z drugiej tury dwóch żołnierzy i zarazem przyjaciół, Maca i czarnoskórego Arthura, obwinianych przez amerykańskie media i część społeczeństwa za masakrę ludności cywilnej. Pierwszy epizod przynosi ciekawe zwroty akcji – nie potrafiącemu znaleźć stałego zatrudnienia Mac’owi przychodzi z ofertą tajemniczy Broker, proponując dobrze płatną profesję zabójcy na zlecenie.

Nasz bohater odmawia, ale wkrótce okazuje się, że ofertę przyjął Arthur. Przy pierwszym zleceniu prosi on o pomoc przyjaciela, niestety ich wspólna akcja kończy się totalną katastrofą. Mac w efekcie wpada w poważne kłopoty. Nie mając wyjścia, sam wchodzi w układ z Brokerem. Od tego momentu rozpoczyna się spirala przemocy i wyniszczający psychicznie układ, który ma wszelkie szanse doprowadzić bohatera i jego małżeństwo na skraj przepaści.

Nie jest to serial przyjemny w odbiorze, trudno w nim znaleźć jakiś moralnie satysfakcjonujący punkt zaczepienia, niemal każdy istotny bohater ma bowiem coś za uszami, chcąc nie chcąc ujawniając swoje słabości i demony. Rzeczywistość lat siedemdziesiątych jest tu ponura, przyziemna, obmierzła wręcz, z konfliktami rasowymi w tle i z politycznymi przetasowaniami, które nie przyniosą przecież pożądanych przez Amerykanów zmian. Jedynym jasnym punktem, który wynosi ludzką egzystencję o jeden poziom wyżej jest muzyka – ale nie jakieś popowe pitu pitu, tylko surowe, niepokorne granie – czy to na żywo, czy to z płyt, granie przy którym bohaterowie (i widzowie) na chwilę odcinają się od smutnej rzeczywistości.

Muzyka jest na tyle ważna, że główny bohater pytany, na kogo głosowałby w nadchodzących wyborach, odpowiada że na kogoś spoza listy – na nieżyjącego  Otisa Reddinga. Dzięki takim skrawkom ujawnianych uczuć i emocji możemy ciut głębiej wniknąć w zamkniętego w sobie, cierpiącego moralne katusze i dotkniętego wojenną traumą Maca, nazywanego przez Brokera „quarry”  (jest kilka ciekawych znaczeń tego słowa, które zresztą bezbłędnie rozgrywa obsadzony w głównej roli Logan Marshall-Green).

„Zamęt”, mimo swej ciężkiej, dusznej atmosfery posiada w sobie moc, która objawia się w jasnym i prostym wyłożeniu sprawy, bez ściemy – być może ów fakt sprawi, że będę o serialu rozpamiętywał dłużej i częściej, niż o święcących w tym roku triumfy „Stranger Things” i „Westworld„. Tym jasnym wyłożeniem sprawy jest przekaz mówiący o tym, że szatan zstąpił na Ziemię. Lub po prostu wpadł na trochę do prowincjonalnej Ameryki. Ma szeroko zakrojoną misję, na razie w wielu punktach niezrozumiałą dla maluczkich. Stojąc za kulisami prokuruje różne wojny i zbiera ich plony, ale także każe odstrzeliwać zwyrodnialców. Jednak najbardziej przeraża i fascynuje fakt, że diabeł ów najwyraźniej kocha dobrą muzykę, lubi dobre granie tak jak wielu z nas. I nie ma przed nim ucieczki. Niektórzy to akceptują, niektórzy próbują zmagać się z tym faktem. Mac, pogrążając się w ogarniającej jego duszę wojnie, próbuje mu się przeciwstawić, ale przecież poznał już uroki ciemności i powoli zaczyna traktować swój mroczny stan umysłu jako pożądany. Czy jest stąd ucieczka? Inna, barwna w „Zamęcie” postać  nieprzewidywalnego killera i zarazem udręczonego bezsensem życia homoseksualisty, wskazuje na to, że to raczej niemożliwe. Jak z tym będzie, przekonamy  się w  kolejnym sezonie. Choć jeśli taki by nie powstał, końcowa symboliczna scena równie dobrze mogłaby wieńczyć to ponure dzieło. Scena rzecz jasna ilustrowana wyrazistą muzyką, po odsłuchaniu której i zapatrzeniu się na płynące z pełną powagi obojętnością na człowieczy los wody szerokiej rzeki, jest szansa, że będziemy mogli spać spokojniej.

 

Kategorie
seriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.
Komentarz
  • Michał Płuciennik
    5 maja 2017 at 16:21
    Skomentuj

    Bardzo dobra pozycja. Dziwi mnie że przeszedł bez wiekszego echa.

  • Dodaj komentarz