RECENZJE

Wiosenny maraton serialowy (chyba) #1

Seriali coraz więcej, czasu coraz mniej. I to dużo naprawdę dobrych seriali, i tych premierowych, i tych powracających. W tym zestawieniu zajmę się tymi drugimi, które udaje się jakimś cudem oglądać. I tak wciąż w plecy jest nowy  sezon „Broadchurch”, „Outcast”, „Into the Badlands”, druga połówka „The Get Down”,  a z superbohaterskich kroku dotrzymuję tylko w miarę „Agentom Tarczy” (ostatnio fajny patent z wirtualno-alternatywną rzeczywistością). Ale z niektórych perełek nie zamierzam rezygnować i oglądam, kiedy tylko ukazuje się nowy odcinek.

Prison Break 05×01

Na początek jednak nie perełka. Powrócił wielki hit sprzed ponad dekady, serial, który niegdyś  emocjonował równie mocno co „Zagubieni”.  Szkopuł w tym, że poziom „Prison Break” spadał z sezonu na sezon, a nowe otwarcie wydaje się kontynuować ów trend. Tu nie ma o czym pisać, tu podczas oglądania bolą oczy, bolą zęby, boli mózg, tak żenujący jest i scenariusz, i realizacja i niestety gra aktorska. Wentworth Miller i Dominic Purcell bardzo fajnie, z lekka kpiąc z samych siebie w ich kultowych rolach, odnaleźli się w superbohaterskim uniwersum DC stacji CW i lepiej, żeby się tego trzymali. Bo w „Prison Break”, w którym znowu trzeba będzie uciekać z więzienia, tym razem umiejscowionego na Bliskim Wschodzie, zupełnie nie mogą się odnaleźć. Niepotrzebne nowe otwarcie, acz ponoć od czwartego odcinka robi się już znośnie. Tyle żeby do niego dotrwać,  trzeba mieć cierpliwość, samozaparcie i więcej czasu, który można wykorzystać na oglądanie lepszych seriali.

Homeland, sezon 6

Po trzecim sezonie, dosadnie zamykającym historię Brody’ego, na wieść o kontynuowaniu serialu, zastanawiałem się – po co? Przecież to już się nie uda, nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, emocje umrą naturalnie i z pewnością nic ciekawego z tego nie będzie. No i za każdym razem muszę to odszczekiwać. Bo w „Homeland” wciąż są takie emocje, że człowieka aż od nich trzęsie.

Tym razem show kradnie fizycznie i psychicznie udręczony po wydarzeniach z poprzedniego sezonu Rupert Friend w roli Petera Quinna, którego paranoja bardzo trafnie pasuje do tematyki najnowszej odsłony. A mamy tu jakby odwróconą rzeczywistość. Nowym prezydentem ma zostać odrzucana przez połowę narodu  Elizabeth Keane – jej założenia polityczne plasują się na odwrotnym biegunie niż te Donalda Trumpa. Jest jeszcze szeroko zakrojony spisek, który panią prezydent elekt ma najwyraźniej wysadzić z siodła, intryga, w której gubią się nawet najlepsi gracze (nawet bezbłędny F. Murray Abraham w roli Dar Adala). Mamy też popularny ostatnio wątek kreowania przez media rzeczywistości, czyli  przepychanki  kłamstwem i prawdą, z którego to starcia górą wychodzi postprawda.

Główna bohaterka, Carrie Mathison znowu chce być jak najdalej od wywiadowczego bagna i znowu jej się to nie udaje, i znowu musi ratować… nie nie świat. Bo Carrie to przecież nie James Bond, ale musi ratować coś równie istotnego. A czy jest za to nagroda? Bynajmniej. Jest za to genialna, końcowa wolta i znakomite nawiązanie do pamiętnego obrazka z Brody’m na tle Białego Domu. Historia zatoczyla koło i aż człowieka skręca by wiedzieć, jak to się dalej potoczy.

Better Call Saul, sezon 3

Dobre wieści! Powrócił Saul Goodman (a w zasadzie Jimmy MCgill, czyli rewelacyjny Bob Odenkirk), powrócił jego irytujący (i świetnie zagrany przez Michaela McKeana) brat, który naszego ulubionego bohatera za wszelką cenę chce sprowadzić na dobrą drogę – co równa się daniu mu porządnej, życiowej nauczki. Rozgrywka Saul vs. Chuck robi się coraz gęstsza, a ów drugi chyba nawet nie zauważa, że zaczyna stosować tak przez siebie pogardzane metody tego pierwszego. Zobaczymy zatem jak Saul traci nad sobą panowanie i tym samym wkroczy na naprawdę na niebezpieczne dla siebie wody.

Powraca także Mike Ehrmantraut, a wraz z nim ikoniczne postacie z „Breaking Bad”, na czele z zawsze opanowanym i uprzejmym dla wszystkich wokół, Gustavo Fringiem. Dowiemy się więcej na temat konfliktu Gustavo z pamiętnym z roli starca na wózku, Hektorem, co jednak w jakiś sposób odziera fabułę z magii niedopowiedzeń. Na całe szczęście, twórcy pod przewodnictwem Vince’a Gilligana zdradzają jej tajemnice w tak nieprzewidywalny sposób, ze podczas oglądania „Better Call Saul” nie sposób nie odczuwać ich czystej radości i satysfakcji z własnego dzieła. Wciąż zadziwia inscenizacyjna inwencja, w ogóle nie przeszkadza powolny rytm toczącej historii, a opowieść o konflikcie dwóch braci – konflikcie może nie epickim, ale jakże realistycznym – autentycznie fascynuje. I wciąż pozostajemy z pytaniem, jak James McGill skończył jako Saul Goodman oraz czy Chuck, a także  Kim Wexler, rzeczywiście zniknęli z jego życia.

Pozostawieni, sezon 3

Na finałowy sezon „Pozostawionych” przyszło nam trochę poczekać, ale już trzy pierwsze odcinki (z ośmiu) pokazują, że warto było. Nowa odsłona nie zaskakuje tak mocno jak rewelacyjny, drugi sezon, w którym byliśmy świadkiem wielu niezwykłych wydarzeń i mini-apokalipsy w miasteczku Jarden/Miracle. Dalej jesteśmy w tym samym miejscu, znowu szykujemy się do rocznicy wielkiego zniknięcia i znowu jesteśmy pewni, że będą się działy bardzo dziwne rzeczy. Ale serial rozkręca się powoli (tak jak zawsze zresztą), skupiając się w kolejnych odcinkach na pojedynczych bohaterach (Kevin, Nora i Kevin senior). Choć podskórnie czujemy, że za chwilę czeka nas prawdziwe trzęsienie ziemi.

„Pozostawieni” to na tyle szczególna produkcja, że trzęsienie ziemi odbywa się tu inaczej, niż byśmy  się spodziewali. Jeśli będzie miało oblicze znane z pamiętnego epizodu „International Assassin”, to jest na co czekać.  Ów serial bazuje gdzieś na pograniczu taniego, acz atrakcyjnego mistycyzmu „Zagubionych”, z tym spod znaku twórczości  Andrieja Tarkowskiego. Stąd mieszanina sacrum i profanum, rzeczy mało istotnych z tymi o biblijnych rozmiarach. Na pierwszym miejscu jest tajemnica, albo też wiele tajemnic (o co chodzi z Norą i nieprzyjazną jej elektroniką?), które mogą po wyjaśnieniu okazać się albo trywialne albo przełomowe – coś takiego wyczuwamy już na przykładzie dalekich futurospekcji w obecnym sezonie. W każdym razie – jest bardzo intrygująco, bo twórcy nas do tego już przyzwyczaili. I chyba dobrze, że to już ostatni sezon – „Pozostawionym” należy się dosadna konkluzja, a nie dręczenie widza w nieskończoność.

Fargo, sezon 3

Z każdym sezonem kocham „Fargo” coraz mocniej.  Za połączenie twardego realizmu z niewiarygodną groteską, życiowych nieudaczników z diabelskimi sprawkami i gangsterów z latającymi spodkami.  Pilot trzeciego sezonu był absolutną rewelacją, człowiek bezwiednie otwierał buzię na widok dziejących się na ekranie cudów.

Do cudów tych zalicza się z pewnością Ewan McGregor chyba w najlepszej (i do tego podwójnej) roli od lat. O tak, myślimy o nim tutaj rzeczywiście w kategorii dwóch osób, tak odmienny jest jego występ jako bracia Stussy. Mamy ponownie quasi fantastyczny wątek, bardzo smakowity, kojarzący się trochę z prozą i osobą Philipa K. Dicka, a nawet ze znanym zapewne co poniektórym z nas, Kilgorem Troutem. Świetna jest także Mary Elizabeth Wansted w roli znakomicie wiedzącej czego chce od życia dziewczyny (czy raczej femme fatale) jednego z braci Stussy. No i jeszcze Carrie Coon odtwarzająca policjantkę (a więc znowu wracamy do korzeni, czyli do filmu Coenów), która notabene, na skutek złośliwości współczesnej technologii, nie do końca wiadomo czy w ogóle istnieje (co bardzo ładnie koresponduje z rolą aktorki w „Pozostawionych”). Ach, i jeszcze uprzejmo złowrogi  David Thewlis jako enigmatyczny V.M. Varga – jakże cudownie przegięta postać!

                Intryga znów jest pokręcona, przypadek (czy też mówiąc innymi słowami – splątanie kwantowe) odgrywa kluczową rolę, a Noah Hawley, który ostatnio zaszalał za sterami „Legionu”, trzyma wszystko w realizacyjno-inscenizacyjnych ryzach. Trzeci sezon „Fargo” to – co można stwierdzić już po trzech epizodach – telewizyjna, niespotykana perła. Coś co przypomina połączenie braci Coen, z powiedzmy Terrym Gilliamem i pewnie jeszcze z kimś równie istotnym. To coś, drogi widzu, co na pewno odblokuje twoje własne chi, z czym wyraźny problem ma jeden z bohaterów grany przez Ewana McGregora. „Fargo” po prostu niszczy – w jak najbardziej paradoksalnie pozytywnym tego słowa znaczeniu.

 

The 100, sezon 4

Na koniec moje własne guilty pleasure. „The 100”, czyli relaksujące pomieszanie starego z nowym, a dokładniej tego, jak kiedyś wyglądały seriale telewizyjne z tym, jak chcemy, by wyglądały teraz. Z jednej strony twórcy chcą mieć rodzaj swojej „Gry o tron” (w wymiarze budowania sieci konfliktów i uśmiercania bohaterów), z drugiej starają się jak mogą, by w „The 100” upchać wszystko, każdą konwencję. Postapokalipsę, cyberpunk, fantasy, melodramat itd, itp. Stąd dla wielu odbiorców to serial głupi, wręcz nierealny w budowie świata przedstawionego – czyli taki, jak powiedzmy kiedyś „Xena”. I dlatego też taki fajny – jesli tylko przestaniemy go oglądać przez pryzmat prawdopodobieństwa wydarzeń, a damy się porwać wyobraźni twórców, co działało najlepiej w bardzo dobrych drugim i trzecim sezonie.

Niestety zabrakło twórczej inwencji na czwarty sezon, bo nagle fabuła jakby stanęła w miejscu. Owszem, wszyscy bohaterowie borykają się teraz z nadchodzącą falą śmiertelnego promieniowania, kręcąc się trochę bez sensu w kółko. Siłą „The 100” było bowiem poszerzanie świata przedstawionego  w kolejnych odsłonach o nowe lokacje, nowych bohaterów  i nowe tajemnice (jak w „Zagubionych” lub własnie w „Grze o tron”). Na razie do połowy sezonu dzieje się niewiele, ale może za sprawą otwarcia pewnego bunkra czeka nas wreszcie konkretny zwrot akcji. Niech coś zacznie się dziać  i niech skończą się czasem nieznośne moralne dylematy bohaterów. Akcja, tajemnice, także zgony i swego rodzaju nieprzewidywalność są siłą tego serialu. Choć dla wielu fanek i fanów ważniejsze są pewnie tabuny atrakcyjnych odtwórców poszczególnych ról, których ułamek będzie można niedługo spotkać w Polsce. To chyba fajnie, prawda?

Kategorie
RECENZJEseriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz