RECENZJE

Wiosenny maraton serialowy #2

W drugim ( i ostatnim) wiosennym maratonie, piszemy o kilku tegorocznych, premierowych serialach: „13 powodów”, „The Good Fight”, „Wielkie kłamstewka” i „Riverdale”.

Riverdale

Stację The CW coraz bardziej da się lubić. Owszem, jej widownia to w większości nastolatkowie emocjonujący się sercowymi problemami swoich serialowych idolów, ale zazwyczaj fabularna otoczka tych produkcji jest na tyle ciekawa, że daje się to oglądać bez bólu. Postapokalipsa w „The 100”, supebohaterskie zmagania we „Flashu”, czy mroczne tajemnice w premierowym „Riverdale”.

O tym ostatnim było dosyć głośno, bo to przecież współczesna ekranizacja komiksów ukazujących się od wielu dziesięcioleci w ramach wydawnictwa Archie Comics. W ogóle cała oferta stacji CW, to takie dzisiejsze, telewizyjne  „Archie Comics” – oferta specyficzna, bo skierowana dla określonej publiczności, która zawsze będzie  ekscytować się tym co widzi na ekranie bardziej, niż jakieś wymagające nie wiadomo czego, stare pierdziele. Choć i dla takich coś się tu znajdzie – trochę sentymentalnych wspomnień, bo „Riverdale” to takie swoiste połączenie „Beverly Hills 90210” z „Twin Peaks”, czyli serialami, które oglądało się z fascynacją samemu będąc nastolatkiem.

Charakterystyczne dla „Riverdale” jest odżegnanie się od współczesności dzisiejszej młodzieży. To dziwny, trochę nierealny mikroświat, w którym młodzi bohaterowie są w dużym stopniu nienaturalni lub przerysowani (odmiennie niż w omawianych poniżej „13 powodach”), nawiązując do komiksowej (i nie tylko) klasyki. Być może dlatego serial ów potrafi naprawdę wciągnąć tak jak kiedyś „Twin Peaks”, nie tylko kryminalną zagadką, ale i konsekwentną budową tegoż mikroświata. Stąd równie ważne co pytanie „kto zabił Jasona Blooma?”, są inne – choćby jak sobie radzi (bądź nie radzi) z tą zagadką społeczność Riverdale. Plus wspomniane, nieodzowne sercowe problemy (na zmianę z moralnymi dylematami), które jednak aż tak bardzo nie psują wrażeń z seansu. Naprawdę, przy „Riverdale” całkiem miło spędza się czas, a uśmiech wzbudzają dodatkowo gwiazdy sprzed lat (i z „Twin Peaks , i z „Beverly Hills 90210” + Molly Ringwald!) w nowych, odmiennych na tle ich dawnego emploi rolach.

The Good Fight

O tym jak bardzo brakowało mi „The Good Wife” przekonałem się rozpoczynając oglądanie „The Good Fight”. Przekonałem się również, że w ogóle nie brakuje mi w nowym serialu głównej postaci „Żony idealnej”, czyli Alicii Florick, która w ostatnich sezonach serialu coraz mocniej irytowała. Jest za to Diane Lockhart, jest z rozbudowaną rolą Lucca Quinn, jest także z większą ilością ekranowego czasu i świetnie z niego korzystająca Marissa (córka Eli Golda). Mamy też nowych bohaterów, nową kancelarię prawniczą i obiecujące, nowe zawiązanie fabuły. Zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, co Diane Lochart komentuje dosadnym „Fuck!”

Ano fuck… to znaczy tak, ponieważ  „The Good Fight” prezentowane było nie w głównym paśmie CBS, tylko na platformie streamingowej  stacji, co dało nowe możliwości, z których hojnie skorzystali twórcy scenariusza i sypiący przekleństwami aktorzy. Normalnie niemal jak w „House” – wszyscy przeklinają. Zresztą jak tu nie przeklinać, skoro wiodącym postaciom, czyli Diane Lochart i rozpoczynającej karierę adwokacką Mai Rindell – zawalił się świat. Ojciec tej drugiej to taki nowy Bernard Madoff, przez którego fundusze straciła śmietanka demokratów, na czele z Diane, w efekcie czego na Maię ( w jej roli zawsze przyciągająca uwagę Rose Leslie), która nie ponosi za to żadnej winy, wylewają się wiadra pomyj. I jak tu nie przeklinać?

„The Good Fight” to tylko dziesięć odcinków –  inteligentnych, czasem zabawnych, zrealizowanych z polotem i nie uciekających od komentowania współczesnej  rzeczywistości. Po prostu rozrywka pierwszej klasy, z galerią świetnie zarysowanych postaci (w tym paskudny Mike Kresteva w wykonaniu Matthew Perry’ego i zawsze barwna sędziowska ekipa). Udany spin-off.

Wielkie kłamstewka

Niegdyś telewizyjny twórca, który czego się nie dotknął, to przemieniał to w złoto – David E. Kelley (od „Ally McBeal” choćby) – powrócił z mocnym uderzeniem. Miniseria „Wielkie kłamstewka” to ekranizacja powieści Liliane Moriarty, która może kojarzyć się z twórczością Gillian Flynn, ale raczej bardziej niż na wątkach kryminalnych, skupia się na warstwie obyczajowej, z której jednak te (pozornie) atrakcyjniejsze gatunkowo motywy są płynnie przez twórców wyłuskiwane. Po prostu więcej tu domestic, niż thrillera.

I o tym właśnie są „Wielkie kłamstewka”. Jak często z niczego, z małych zdarzeń, na które z początku można nawet nie zwracać uwagi  tworzą się wielkie nieszczęścia. Albo odwrotnie – jak błahe wydarzenia urastają do pogrążających wszystkich ich uczestników konfliktów. Bo zaczyna się od tego, że jeden maluch w przedszkolu zrobił drugiemu maluchowi kuku. Matki wariują, ojcowie prężą muskuły, napięcie narasta (niczym w porównywalnym fabularnie „The Slap”). Ale to tylko część tego, co dostajemy w „Wielkich kłamstewkach”.

Bo serial ów to misterna układanka, utkana z kilku równoległych wątków, które zbiegają się do wybuchowego dla bohaterów (czy raczej bohaterek) katharsis. Układanka świetnie skomponowana, która do samego końca nie chce ujawnić tego, czym na samym wstępie bardzo pobudziła apetyt (ktoś został zamordowany – nie wiadomo kto!), czasami aż przytłaczająca dynamicznym, rwanym montażem, ale  w ten właśnie sposób oddająca kłębiące się w bohaterach emocje. Aktorzy dali tu z siebie wiele, jeśli nie wszystko (para Nicole Kidman i Aleksander Skasgard plus jeszcze Laura Dern), ale największe oklaski powinna chyba zebrać  Reese Witherspoon.  Idealna mamuśka i to mamuśka w każdym tego słowa znaczeniu – i tym pejoratywnym, i jak najbardziej pozytywnym. Cóż, HBO pokazało, że nadal zależy im na robieniu naprawdę dobrych, obyczajowych seriali z pazurem.

13 powodów

„13 powodów” platformy Netflix, zupełnie znienacka stało się najbardziej komentowanym, tegorocznym serialem. Powiedziano i napisano już o nim wszystko (tyle że chyba bardziej na Zachodzie niż w Polsce), w równym stopniu chwalono, co przed nim ostrzegano. O tak, bo nikt raczej nie mówił, że to serial zły, tylko niebezpieczny (szczególnie dla młodych widzów), bo w jakiś sposób usprawiedliwiający i sankcjonujący samobójstwo.

O tym, czy Hannah Baker miała rzeczywiście powody, by popełnić samobójstwo nie chcę już pisać – trzeba obejrzeć i ocenić samemu (biorąc jeszcze pod uwagę, że ludzie różnią się stopniem wrażliwości i odporności na przeróżne czynniki).  Dla  mnie to bardziej serial o tych bohaterach, którzy zostali doświadczeni jej śmiercią. Jeśli już ten serial coś uświadamia, czy nawet piętnuje – to poczucie życia w strachu przed konsekwencjami  bardzo przeróżnej natury. Niestety często jest tak, że aby przejrzeć na oczy bądź zrozumieć na czym polegają mechanizmy naszej czasem irracjonalnej, psychicznej  samoobrony, trzeba przeżyć wstrząs. A wstrząs oznacza niestety, że musi stać się coś niezwykle ważnego, najczęściej coś złego, smutnego lub przytłaczającego.

Dlatego też „13 powodów” ogląda się w wielu momentach z sercem w gardle – nie wiem, czy widziałem wcześniej bardziej uczciwy, filmowy twór o nastolatkach i dręczących ich, wewnętrznych przeżyciach. Uczciwy, bo z jednej strony nie przerysowany, nie uderzający w formalne ekstremum, z drugiej bardzo mocno zagłębiający się w ów odrębny świat młodych ludzi, w którym dorośli są najczęściej synonimem kosmitów.  Serial realistyczny, prawdziwy do bólu, fascynujący kryminalną strukturą i poważnie traktujący ważkie problemy, dodatkowo ze świetnym castingiem. Chciałoby się powiedzieć że także oczyszczający, ale jednak nie do końca – głównie przez otwarte zakończenie.  Te otwarte ścieżki dla grupki bohaterów to świetny zabieg – nie wiem po co tu pomysł na kontynuację. Jeśli taka się ziści, to mam jedynie nadzieję, że będzie tak mądra, jak oryginał. Oryginał opowiadający o tym, że młodzi zawsze wkraczają do dorosłego świata samotnie i być może dlatego „13 powodów” powinno być wspólnym seansem dzieciaków i ich rodziców.

Kategorie
RECENZJEseriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz