Amazon
seriale

Sneaky Pete – jak wyrolować oszusta [recenzja]

Początek serialowego roku mamy silny jak nigdy. Z jednej strony Tom Hardy bryluje w „Tabu”, z drugiej skuteczny cios od strony komiksowych ekranizacji zdążył wyprowadzić już „Legion”. Jak się okazuje, również najnowsza produkcja Amazonu nie zamierza zostawać w tyle.

Mariusa Josipovica poznajemy w momencie, kiedy odsiaduje swoje ostatnie dni w więzieniu. W przeciwieństwie do tych, którzy powitaliby wyjście na wolność z westchnieniem ulgi, Marius nie ma powodów do radości – jest winien całkiem sporą sumkę pieniędzy ludziom, którzy nie zawahają się użyć nie do końca zgodnych z prawem środków, by swą należność odzyskać. Szczęście w nieszczęściu, że nasz specjalizujący się we wszelkiego rodzaju przekrętach bohater podczas odsiadki poznaje nie do końca rozgarniętego, za to wyjątkowo skorego do dzielenia się rodzinnymi sekretami Petera i jedyną szansą na ocalenie skóry będzie przybranie jego tożsamości. Oliwy do ognia dodaje fakt, że w łapska gangsterów trafia jego brat, a na odzyskanie go w jednym kawałku i zarazem uregulowanie długu Marius ma zaledwie siedem dni. W taki sposób, jako nie widziany od przeszło dwudziestu lat wnuk, nasz bohater trafi na prowadzoną przez dziadków Pete’a farmę, próbując przy okazji wykombinować, jak odzyskać pieniądze. Co tylko oznacza, że problemy dopiero przed nim…

[quote align=right]Polot i lekkość w opowiadaniu historii sprawiają, ze „Sneaky Pete’a” ogląda się z niekłamaną przyjemnością, a na wszelkie scenariuszowe niedociągnięcia patrzy się raczej z przymrużeniem oka.

Współtworzony przez Bryana Cranstona (który gra tu główny czarny charakter), odpowiedzialnego za pilotażowy odcinek serii Davida Shore’a i przejmującego schedę po nim Grahama Yosta „Sneaky Pete” rodził się w bólach. Pierwsze informacje o planowanym przez CBS serialu pojawiły się w listopadzie 2014 roku, zdjęcia rozpoczęto w marcu 2015 – tylko po to, by stacja wycofała się z produkcji zaledwie dwa miesiące później. Projekt ostatecznie trafił pod skrzydła Amazonu, który premierę pilota wyznaczył na sierpień 2015. Musiało minąć jednak kolejne półtora roku, żeby widzowie mogli zobaczyć ciąg dalszy.

I całe szczęście, że w końcu tak się stało, można by powiedzieć. Już pierwszy odcinek „Sneaky Pete’a” wskazywał na serial nie traktujący siebie do końca na poważnie, gdzie wielką rolę w fabule odegra dynamika relacji między barwnymi charakterami i wynikające z tego fabularne wolty. W następnych epizodach jest tylko lepiej – między bohaterami momentami aż iskrzy, akcja przyspiesza do prędkości wręcz zawrotnych,w pewnym momencie dosłownie każdy knuje przeciwko każdemu, a wszystko to podlane jest sosem sytuacyjnego, momentami smoliście wręcz czarnego humoru. Trudno przy tym uznać scenariusz za krystalicznie idealny – pełno tu mniejszych i większych dziur i wydarzeń, których prawdopodobieństwo naciągnięte jest do absurdalnego poziomu, jednak w większości przypadków to właśnie polot i lekkość w opowiadaniu historii sprawiają, ze „Sneaky Pete’a” ogląda się z niekłamaną przyjemnością, a na wszelkie niedociągnięcia patrzy się raczej z przymrużeniem oka.

Obok niezłego scenariusza, całość w ryzach trzymają też aktorzy. Poczciwy i mający czasem więcej szczęścia niż rozumu Marius/Pete w wykonaniu Ribisiego i wprowadzający nieco napięcia, wyjątkowy w swoich tyradach Vince Bryana Cranstona to wybory aż nazbyt oczywiste, ale drugi plan nie odstaje ani na krok. Tutaj błyszczy szczególnie zestaw stanowiący przybraną rodzinę Pete’a, w postaci żyjących ze sobą w dość skomplikowanych relacjach dziadków (Peter Gerety i Margo Martindale), czy rezolutnej nastoletniej Carly (znana z serialu „Colony” Libe Barer). Warto odnotować także wcale niemałą rolę naszej obecnej twarzy eksportowej w Hollywood, Karoliny Wydry, grającej tutaj swoją imienniczkę. Słowem, dawno nie widziałem serialu, w którym chemia między postaciami byłaby dograna do tego stopnia – tu każdy z bohaterów stanowi interesującą osobowość i wprowadza do historii odpowiednio pożądane zamieszanie.

„Sneaky Pete” leży tak daleko jak tylko można od wszelakich wysokobudżetowych i przede wszystkim śmiertelnie poważnych serialowych historii jakimi w ostatnich latach zwykły nas raczyć Amazon, Netflix i HBO. Ze swoim nieco absurdalnym humorem rodem z filmów Guya Richiego i fabularną lekkością, ze znalezieniem zwolenników nie powinien mieć jednak wielkich problemów. Zdecydowanie udana, odprężająca rozrywka na kilka zimowych wieczorów.

Kategorie
seriale
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz