seriale

Sherlock 04×01 – Tęskniliście? [recenzja]

Niewiarygodnie długie miesiące czekania oraz rosnącego napięcia po emocjonującym finale trzeciego sezonu i oto jest. Sherlock Holmes powraca. W jakiej formie?

Mimo niedociągnięć, otwarcie nowego sezonu wciąż ogląda się całkiem przyjemnie, zaś końcówka buduje napięcie i nęci nas, byśmy sięgnęli po więcej.

„Sherlock” od BBC okazał się udanym odświeżeniem formuły opowieści o najsłynniejszym detektywie, stworzonym przez Sir Artura Conan-Doyle’a. Z gracją wrzucał go we współczesność i dopasowywał do epoki smartfonów oraz pop-psychologii, a jednocześnie zachował zadziorny urok oryginału. Obecnie wizerunek ustanowiony przez Benedicta Cumberbatcha dorównuje popularnością – a może i przebija – ten stworzony przez Roberta Downeya Jr. w filmach Guya Ritchiego.

Poprzednia seria zostawiła nas z ogromnym znakiem zapytania. Co? Jak? Gdzie? Dlaczego? Jakim cudem? Po tym, jak Największy Detektyw Wszechczasów poświęcił swoją niewinność w oczach prawa, by ocalić dobre imię przyjaciół, sytuację o sto osiemdziesiąt stopnił odwróciła wiadomość zza grobu wysłana przez Moriartego – „Did you miss me?”. Już wtedy wiedzieliśmy, że gra zacznie się na nowo. Jak wypada pierwsza runda?

Nijak. Sherlock i jego przyjaciele – a my wraz z nimi – czekają na pierwszy cios ze strony Moriarty’ego lub kogoś, kto się za geniusza zbrodni podaje, jednak… w tym odcinku się go nie doczekamy. I choć całość historii przebiega w atmosferze oczekiwania, to skupia się na innych problemach, jest jakby ponownym rozstawieniem figur na nowej szachownicy i uprzątnięciem kilku niepotrzebnych wątków.

Dzięki wpływom brata, Sherlock zostaje oczyszczony z zarzutów i oddelegowany do sprawy nagrania Moriarty’ego, które poszło w świat. Jednak Holmes postanawia czekać na kolejny ruch przeciwnika i w międzyczasie rozwiązuje typowe sprawy, z którymi przychodzą do niego ludzie. Popada w rutynę, aż natrafia na przypadek tajemniczego włamywacza niszczącego kolejne posążki Margaret Tatcher. Tymczasem Watsonom rodzi się dziecko, ale rodzinną rutynę przerwie widmo przeszłości nawiedzające Mary.

A to dopiero początek problemów, które przybiorą dramatyczny obrót.

Nowe otwarcie tak wyczekiwanego serialu okazuje się… nierówne. Początek to stary, dobry arogancki „Sherlock”, jednak po otwierającej sekwencji napięcie siada, przydeptane narracyjnym chaosem i brakiem skupienia. Widać, że Rachel Talalay potrzebowała chwili rozbiegu po tym, jak wskoczyła w buty reżysera. Nie ma nic złego w tym, że fabuła skupia się przez chwilę na warstwie obyczajowej – to nieuniknione, gdy krąg przyjaźni głównych bohaterów zostaje odrobinę poszerzony. Kłopot w tym, że na początku twórcy miotali się po nim po omacku, próbując opanować narowistą i niepokorną postać. Na szczęście, jeszcze przed połową znaleźli odpowiedni rytm – choć przyznam, że niektórzy widzowie mogą, zniecierpliwieni początkiem, zacząć zerkać wymownie na zegarki.

Aktorsko to wciąż pierwsza liga i porządna, brytyjska szkoła grania, charakterystyczną dla tego narodu mieszanką spokoju, dezynwoltury i humoru, choć nie wszystkie kreacje wypadają równie wiarygodnie. O ile bezgranicznie wierzymy Freemanowi czy Cumberbatchowi, o tyle Amanda Abbington w roli Mary jest przekonująca tylko w połowie. Świetnie sprawdza się jako kobieta walcząca o życie rodzinne, natomiast gorzej sprawdza się, gdy próbuje przekonać widza, że jest zabójczą profesjonalistką (choć w jednej scenie wypada zabójczo zabawnie – i to w zamierzony sposób).

To, czego mi brakowało w tym odcinku, to jeden z elementów, który urzekł mnie w poprzednich sezonach – Londynu ukazanego nocą. Nieważne, czy miasto Kuby Rozpruwacza stoi utopione po dachy w XIX-wiecznej mgle czy też jest naszpikowane nowoczesnym, przeszklonymi konstrukcjami – gdy słońce zachodzi, panuje w nim atmosfera tajemnicy. Tymczasem twórcy serialu poświęconego bądź co bądź detektywowi, już niemal w ogóle z tego nie korzystają.
Mimo niedociągnięć, otwarcie nowego sezonu wciąż ogląda się całkiem przyjemnie, zaś końcówka buduje napięcie i nęci nas, byśmy sięgnęli po więcej. Należy po prostu pamiętać, że ten odcinek ma przede wszystkim funkcję użytkową i mimo kilku chwytających za serce momentów – prawdziwe starcia i prawdziwe emocje dopiero przed nami.

Kategorie
seriale
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności - i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych - GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz