seriale

Santa Clarita Diet – pod jednym dachem z zombie [recenzja]

Ponad trzy lata temu blockbusterowe zombie z „World War Z” święciły triumfy w amerykańskim box office. Zastanawiałem sie wówczas, kiedy ta powszechna popularność żywych trupów zaowocuje ich pojawieniem się w telenoweli bądź w sitcomie. I w zasadzie „Santa Clarita Diet” na swój sposób spełnia ów wymóg.

Producenci serialu Netflixa bardzo długo trzymali w ukryciu fabułę „Santa Clarita Diet”. Informacje były wyjątkowo zdawkowe, wiadomo było jedynie, że ma to być obyczajowa komedia, co podkreślały fotosy z radosną Drew Barrymore w domowym otoczeniu. Dlatego też ujawnienie kilka tygodni temu szczegółów fabuły wzbudziło sporą dozę ekscytacji, ale również konsternacji odbiorców. Otóż okazało się, że aktorka ma grać rolę zombie. A przy tym dalej „Santa Clarita Diet” (jakże po tej wiadomości zmieniła się wymowa tytułu) miała pozostawać obyczajową komedią. I cóż, po pierwszym sezonie serialu trzeba przyznać, że tak jest w rzeczywistości, choć to obyczajowa komedia z rodzaju tych raczej  nietypowych, a co za tym idzie, na pewno dla wielu widzów może okazać się niestrawna.

[quote align=’right’]”Santa Clarita Diet” to przede wszystkim satyra i to tym bardziej imponująca, ponieważ dotykająca jednocześnie kilku ważnych elementów fabuły.

Santa Clarita to typowe, amerykańskie miasteczko. Małżonkowie Sheila i Joel pracują tu jako agenci nieruchomości, mają szesnastoletnią córkę, typowy jednorodzinny dom i czasami słodkich, czasem upierdliwych sąsiadów. Jednak juz w szóstej minucie serialu zdajemy sobie sprawę, że najprawdopodobbniej będziemy obserwować krach sielankowego życia małżeństwa Hammondów. Podczas prezentowania klientom przeznaczonego na sprzedaż domu, Sheila nagle wymiotuje potężnym strumieniem żółto-zielonych rzygowin i tak naprawdę jest to dopiero preludium do pokaźnej porcji obrzydliwości, którymi jesteśmy raczeni w dalszych minutach pilotowego odcinka.

Wszystko staje się jasne dość szybko ( z dużą pomocą uroczego w swej młodzieńczej niesmiałości sąsiada-geeka)i nagle cała rodzina staje przed nowym wyzwaniem. Rzecz w tym, że Sheila jest wersją zombie z zachowaną człowieczą świadomością. Poza tym, to typowy zombiak z przynależnymi mu właściwościami, z których najbardziej problematyczną jest trudny do zaspokojenia apetyt na ludzkie mięso. Na szczęście Sheila ma kochającego męża, który chcąc nie chcąc obiecuje żonie, że zapewni jej komfort na tej nowej ścieżce życia. Co to oznacza? Przede wszystkim duże problemy – bo takie muszą nadejść od momentu, kiedy para zacznie realizować plan pozyskania dla Sheili odpowiedniego pożywienia. Zaczną w miarę roztropnie (cudownie prześmiewcza scena w prosektorium), a skończą w stylu Dextera – szukając osób, które poza tym, że mają służyć jako pokarm dla bohaterki, przede wszystkim w pełni zasługują na śmierć.

Duży podziw wzbudza sprawne wymieszanie gatunków w „Santa Clarita Diet”. Serial cały czas pozostaje prześmiewczą, sytuacyjną komedią, a traktowanie w nim na równi wątków fantastycznych tylko wzmaga ów komediowy przekaz. Cieszą również bezpruderyjne dialogi i zachowania bohaterów, które nadają wiarygodności przedstawianej historii, ale przede wszystkim wzmacniają jego satyryczną warstwę. Bo „Santa Clarita Diet” to przede wszystkim satyra i to tym bardziej imponująca, ponieważ dotykająca jednocześnie kilku ważnych elementów fabuły.

Zombizm Sheili można odczytywać przecież jako kryzys wieku średniego, po przemianie zaczyna ona nagle zachowywać się inaczej, a z czasem korzystać z życia. Z kolei kochający Joel to postać odczuwająca skrzętnie skrywaną frustrację, początkowo wynikającą z rutyny małżeńskiego współżycia, a następnie spotęgowaną w obliczu fundamentalnych zmian. Zresztą odtwarzający go, niezwykle tu miniasty Timothy Olyphant jest najjaśniejszym punktem serialu i swą grą momentami przyćmiewa Drew Barrymore.

A zatem satyra na amerykańską obyczajowość i codzienność, ale także satyra gatunkowa, udanie kpiąca z konglomeratu wymieszanych tu popkulturowych motywów. Wspomniałem już o „Dexterze”, ale jako punkt odniesienia można przywołać  tu jeszcze choćby „Gotowe na wszystko”. Nie zapominajmy przy tym o całej filmowej zombie-klasyce, choć serial z pewnością więcej wspólnego ma z jej bardziej obyczajową odmianą w rodzaju „Fido” lub „Wiecznie żywego”. Jednak najbliżej twórcom serialu Netflixa jest do estetyki i poczucia humoru Johna Watersa. Kogo przekonały kiedyś  „W czym mamy problem” bądź „Apetyt na seks”, powinien polubić także „Santa Clarita Diet”. No i nie zapominajmy o pojawiającym się gościnnie w serialu Netflixa Nathanie Fillionie – dla sprawdzenia jak tym razem wypadł pamiętny dowódca Serenity, warto zacząć przygodę z tą niecodzienną komedią.

Kategorie
seriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Komentarz
  • Michał Płuciennik
    5 maja 2017 at 15:21
    Skomentuj

    Był już jakiś brytyjski serial gdzie zombie wracali do normalnego życia przy pomocy jakiegoś leku.

  • Dodaj komentarz