seriale

Mindhunter sezon 1 – gra w kotka i myszkę [recenzja]

Wszystko zaczęło się od ciekawości jednego człowieka. John E. Douglas w 1977 roku miał trzydzieści dwa lata. Był agentem FBI i w zasadzie nie wiedział co ze sobą robić. I wtedy trafił na seryjnych morderców. Czy raczej na ludzi cierpiących na zaburzenia, które w efekcie pchnęły ich do zbrodni. Określenie „seryjny morderca” jeszcze wówczas oficjalnie nie funkcjonowało. Choć było już wymyślone. Trzy lata wcześniej inny agent Robert Ressler w swoich pracach poświęconych mordercom, zacznie używać tego określenia. Gdy Ressler dowie się, że Douglas planuje pracować nad takimi indywiduami, agent zaproponuje mu współpracę. Tak zaczęła się nowa era kryminalistyki. Bo dzięki uporowi i oddaniu obu panów, szefowie FBI w końcu uznają, że behawiorystyka i profilowanie jest istotne.

W zasadzie nie będzie kłamstwem stwierdzenie, że od rozpoczęcia przez panów współpracy, zaczyna się także nowa era w kulturze masowej. Bez Douglasa dla przykładu nie powstałby „Czerwony smok” Harrisa (agent jack Crawford był na nim wzorowany), a co za tym idzie nie byłoby boomu na opowieści o seryjnych mordercach, Hannibala Lectera i tak dalej. Nie byłoby zapewne także filmu Davida Finchera „Zodiak”. Bo przecież opowieść o polowaniu na seryjnego mordercę z San Francisco nie wzięła się z powietrza. Rynek, czyli odbiorcy pokochali takie historie. A Fincher, jako jeden z wielu twórców, im je dał. Najpierw był wymyślony morderca John Doe w „Siedem”, potem prawdziwy „Zodiak”… a teraz „Mindhunter” – czyli serial nakręcony na zlecenie Netflixa, który koncentruje się właśnie na losach Douglasa i Resslera.

Na tle innych twórców Fincher ze swoim podejściem do tematu zawsze odrobinę od innych odstawał. Żaden z jego filmów z seryjnymi mordercami, nigdy nie był filmem o mordercach. Zbrodnie zawsze stanowiły punt wyjścia do opowieści zupełnie innej – w której większy nacisk kładziono na ludzi otoczonych zbrodnią, niż sam jej akt. O ile jeszcze w „Siedem” Fincher nie rezygnował z klasycznej konstrukcji thrillera wpisując w nią swoje dywagacje na temat człowieczeństwa, tak już w „Zodiaku” gatunek stał się czymś zbędnym. Niepotrzebnym.

Pamiętam recenzje jakie wówczas się ukazały w prasie tak polskiej jak zagranicznej. Pamiętam to rozgoryczenie dziennikarzy, którzy spodziewali się drugiego „Siedem” a dostali jakiś dramat o grupie ludzi, którym seryjny morderca niszczy życie. A nawet nie on. A sama myśl o nim. Bo „Zodiak” był wybitnym filmem o rozpadzie. O podporządkowaniu życia pod ideę, która to z kolei niszczy wszystko co staje jej na drodze. Małżeństwa, związki, pracę. Wszystko. Na taką wizję kina, w którym seryjny morderca staje się tylko tłem do opowieści o niedoskonałości ludzkiej natury paradoksalnie świat nie był gotowy. „Zodiak” podzielił więc tak krytyków jak widzów i stał się jednym z tych filmów, które większe uznanie i popularność zyskują wraz z upływem czasu.

Oglądając „Mindhuntera” trudno nie odnieść wrażenia, że jest to dla Finchera bezpośrednia kontynuacja „Zodiaka”. I tak opowieść o Douglasie i Resslerze, reklamowana jako thriller o seryjnych mordercach, jest de facto obyczajowym dramatem o tym, jak umysł podporządkowany pod ideę, powoli stacza się w odmęty obłędu, doprowadzając do rozpadu wszystkiego co do tej pory bohaterowie zbudowali.

Ale zanim do tego dochodzimy serial Finchera i Joe Penhalla (scenarzysta i pomysłodawca) powoli się rozkręca, budując z odcinka na odcinek, nie napięcie, a relacje między bohaterami. Wszystko oczywiście po to, aby w finalne to właśnie relacje między postaciami stały się motorem opowieści i na nich zbudować cały suspens. Tak samo było w „Zodiaku”. Najpierw uczyliśmy się tego kim są bohaterowie, co ich łączy, a potem na naszych oczach Fincher wszystko obracał w perzynę, sprawiając, że widz tak naprawdę przestaje interesować się Zodiakiem, a zaczyna zastanawiać do czego jeszcze posuną się ci, którzy go ścigają.

W „Mindhunter” jest dokładnie tak samo. Seryjni mordercy są tylko tłem. Śledztwa dodatkiem. Kto myślał, że w każdym odcinku bohaterowie, niczym super jednostka policji rozwiązywać będzie jakąś zagadkę – musiał poczuć się zawiedziony. Stąd w sieci opinie o tym, że „Mindhunter” jest nudny i infantylny.  Nie jest. Ale nie jest też thrillerem. Gatunek jest tylko ornamentem. Podobnie jak pojawiający się na początku każdego odcinka morderca B.T.K. Tak naprawdę liczy się tylko gra w kotka i myszkę umysłu z człowiekiem. I o tym jest ten serial. O szukaniu siebie. Szukaniu zrozumienia. Akceptacji. I totalnym zagubieniu.

Gdyby Fincher dziesięć lat temu nie wymyślił i nakręcił „Zodiaka” byłbym skłonny uznać „Mindhuntera” za objawienie. Ale wymyślił. Dlatego też mimo całego szacunku dla serialu nie mogę uznać go za arcydzieło. A jedynie twórcze i niezwykle intrygujące rozwinięcie myśli i pomysłów już wcześniej wyrażonych. Ale na Boga – nie ma w tym niczego złego. Póki jakość tych myśli jest tak wysoka jak w pierwszym sezonie.

Mindhunter sezon 1. Twórcy: David Fincher, Joe Penhalla. Obsada: Jonathan Groff, Holt McCallany, Hannah Gross i inni. USA 2017 (Netflix). Ocena: 80%

Mindhunter sezon 1. Twórcy: David Fincher, Joe Penhalla. Obsada: Jonathan Groff, Holt McCallany, Hannah Gross i inni. USA 2017 (Netflix).
8
Mindhunter sezon 1. Twórcy: David Fincher, Joe Penhalla. Obsada: Jonathan Groff, Holt McCallany, Hannah Gross i inni. USA 2017 (Netflix).
Kategorie
seriale
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz