seriale

Jesse Stone: Skażona niewinność

Telewizyjny Jesse Stone to retro wycieczka do zapomnianego świata kryminałów, w których ważniejsze od meandrów fabuły i surrealnych zawijasów były postacie. To co mówią, jak mówią, do kogo i dlaczego. I w tym tkwi magia Jesse Stone’a – w logicznej konstrukcji postaci i bardzo życiowym podejściu do ich dylematów.

Jesse Stone narodził się w wyobraźni zmarłego już Roberta B. Parkera. Pisarzowi sławę (w Stanach) przyniosła seria o prywatnym łapsie Spencerze, a Stone powstał z potrzeby stworzenia bohatera, który byłby kompletnym zaprzeczeniem tamtej postaci. Chandlerowski w duchu Spancer był cwaniakiem, który doskonale wiedział czego chce. Stone nie ma o tym bladego pojęcia. Przepił karierę, związał się z kobietą, która go zdradza, ma reputację faceta, który zamiast rozwiązać sprawę woli przymykać na wszystko oko by w spokoju pochłaniać kolejne szklanki whisky. Dokładnie takiego złamanego, sfrustrowanego i pogubionego w życiu gliniarza potrzebują możni z miasteczka Paradise i zatrudniają bezrobotnego Jessego aby był małomiasteczkowym figurantem. Pech chce, że po przybyciu do Paradise w Jessem coś drga i powoli zaczyna przypominać sobie co znaczy być dobrym gliną.

Emitowana w HBO „Skażona niewinność” to siódmy odcinek serialu opartego na prozie Parkera, w którym po raz kolejny w postać zapitego i sfrustrowanego gliniarza wciela się Tom Selleck. Jeśli wierzyć słowom aktora, Jesse Stone to postać na którą czekał całą karierę. I chyba nie ma w tych słowach kokieterii, skoro Selleck z własnych pieniędzy pokrywa część kosztów produkcji (studio CBS mimo świetnych wyników oglądalności serii „Jesse Stone” odmówiło pokrywania całości budżetu).

Osobiście trochę mnie ich decyzja nie dziwi. „Jesse Stone” to bowiem rzecz, która odstaje od tego co dziś w telewizji modne. Nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji, nie ma ładnych bohaterów, nie ma nowoczesnego montażu. W zasadzie cała seria jest zaprzeczeniem nowoczesności. Akcja toczy się tu leniwie, wizualnych fajerwerków brak. Scenariusz nie nosi śladu po jakichkolwiek woltach gatunkowych a fabuła jest prosta i przejrzysta.

Skoro to taka ramota to po co to oglądać? Ano po to, żeby przypomnieć sobie, jak kiedyś robiono kryminały, że ważniejsze od meandrów fabuły i surrealnych zawijasów były postacie. To co mówią, jak mówią, do kogo i dlaczego. I w tym tkwi magia Jesse Stone’a – w logicznej konstrukcji postaci i bardzo życiowym podejściu do ich dylematów.

A i jeszcze jedno. Nie wierzcie Bartoszowi Węglarczykowi, który napisał, że Jesse Stone to „wyciszony, pogodzony z życiem człowiek w mocno średnim wieku”. Prawdziwe w tym zdaniu jest stwierdzenie, iż Jesse Stone jest człowiekiem. Niepogodzonym z życiem, wciąż się z nim mocującym (ach te pijackie telefony do byłej). Jego wyciszenie to rezygnacja, z której czasami się budzi, aby rozwiązać kolejną sprawę. Oby miał tych przebudzeń jak najwięcej, bo ta retro piguła jest telewizji potrzebna, jak w upalne lato ziemi deszcz.

 

Kategorie
seriale
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz