seriale

Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Gently’ego – fantastycznie zwariowane śledztwo [recenzja]

Douglas Adams, autor słynnej trylogii w pięciu częściach zaczętej od „Autostopem przez galaktykę” oraz mniej znanej dylogii o perypetiach Dirka Gently’ego,  z całą pewnością byłby ukontentowany z serialu Maxa Landisa. Landisowi udała się bowiem rzecz najważniejsza – potrafił w swej telewizyjnej  produkcji oddać ducha twórczości brytyjskiego pisarza.

Dosyć długo zbierałem się do dostępnego w całości na Netfliksie serialu. W pamięci została w moim mniemaniu honorowa porażka w postaci filmowej ekranizacji „Autostopem przez galaktykę” sprzed lat, która rodziła obawy o artystyczną wartość kolejnej próby zmierzenia się z twórczością Adamsa. Na twórczość tę składają się przecież oprócz zakręconych fabuł także trudny do przeniesienia na ekran, mocno abstrakcyjny humor, zabawy słowem, absurd i groteska, ale także swego rodzaju stoicyzm w połączeniu z ostrą satyrą. Podsumowując, mamy do czynienia z kwintesencją brytyjskiego humoru, która przełożyła się na ogromną popularność  trylogii w pięciu częściach.

[quote align=’right’]Przy całej abstrakcyjno-fantastycznej otoczce, zarówno powieści Adamsa, jak i serial Landisa to po prostu niegłupie historie, często pod maską radosnej błazenady ukrywające istotne refleksje.

Trochę inaczej ma się sprawa z Dirkiem Gently. Muszę szczerze przyznać, że zauroczony serialem robię właśnie trzecie podejście do książkowej „Holistycznej Agencji” – poprzednie próby spaliły na panewce głównie z powodu problemów z fabułą – jeśli w jednej trzeciej książki wciąż nie ma się pojęcia o co w niej chodzi i czemu autor poświęca tyle słów na niewiele wnoszące do akcji dywagacje (będące pokłosiem pastiszu stylu używanego w gatunku kryminalnego noir), cierpliwość czytelnika zaczyna się w końcu wyczerpywać. A może po prostu nie jestem Anglikiem i to jednak moja wina? W każdym razie, trzecie podejście zamierzam zakończyć sukcesem, zwłaszcza że obejrzenie serialu zajęło mi zaledwie półtora dnia. No i chciałbym wiedzieć, co z Dirkiem działo się wcześniej.

A właśnie. Serial Maxa Landisa (tak, to syn słynnego reżysera, Johna Landisa) nie jest stricte ekranizacją książek Adamsa, tylko ich kontynuacją, wszystko dzieje się po wydarzeniach z dylogii (tytułowy bohater wspomina nawet sprawę, w której miał styczność z… Thorem). To zręczny ruch Landisa, który budując nową historię na motywach z powieści uniknie porównań do fabuły oryginału. Z drugiej strony to również ogromne ryzyko i zarazem wyzwanie, bo przecież staje w szranki z koncepcją i wyobraźnią kultowego autora, na dodatek przenosząc bohaterów w amerykańskie realia. Na całe szczęście, z wyzwaniem tym poradził sobie znakomicie tworząc autentycznie zabawny i zakręcony serial. To prawda, że serial raczej nie dla każdego, ale dla tych, którzy oprócz Adamsa uwielbiają także książki Pratchetta czy „Doctora Who”, telewizyjna wersja „Holistycznej agencji detektywistycznej Dirka Gently’ego” jest seansem obowiązkowym.

Wyzwaniem może być pierwszy odcinek, po którym w głowach wielu widzów zrodzi się jedno wielkie WTF!? To z pewnością ukłon w stronę konstrukcji książki Adamsa, w której jak wcześniej wspomniałem długo nie wiadomo o co chodzi i dokąd zmierza fabuła – pierwszy epizod serialu w brawurowym wręcz stylu kopiuje to rozwiązanie. Do jego końca nie mamy pojęcia o co biega w tej zakręconej historii, zaczynającej się notabene od sceny prezentującej skutki krwawej jatki w pewnym hotelowym pokoju, ze znakomicie rozładowanym napięciem po dorzuceniu do niej obrazka ze spacerującym wśród trupów uroczym kociakiem. Co się stało, co tu zaszło? Na to pytanie, a także na wiele innych będzie próbował odpowiedzieć holistyczny (i ekscentryczny) detektyw Dirk Gently, wraz ze swoim nowo mianowanym i na pierwszy rzut oka raczej przypadkowym asystentem o imieniu Todd. Samuel Barnett i Elijah Wood są w tych rolach po prostu bezbłędni, przypominając zresztą inną słynną parę postaci z „Autostopem przez galaktykę” – Arthura Denta i Forda Prefecta.

Co wydarza się dalej? Och, to po prostu trzeba zobaczyć. Dirk Gently prowadzi śledztwo w jedynym w swoim rodzaju stylu (właściwie to śledztwo prowadzi jego, a w ogóle przecież i tak wszystko jest ze sobą powiązane) w sprawie śmierci swojego zleceniodawcy (ów zginął podczas wspomnianej powyżej jatki), a także w sprawie zniknięcia jego córki, a także w sprawie pewnej tajemniczej maszyny i korzystającej z niej ekipy świrusów, a także jeszcze inni bohaterowie prowadzą śledztwo w sprawie Dirka Gently’ego i jego asystenta. Mamy tu jeszcze świetnie rozpisane postacie kobiece, na czele z obłędnym wątkiem idącej tropem Dirka holistycznej zabójczyni (sceny absurdalnych zabójstw z jej udziałem to prawdziwe inscenizacyjne perełki). Dobrze, że w serialu zaistniała postać Todda granego przez Wooda, bo od momentu kiedy w feralnym hotelu bohater ów zobaczył samego siebie i to w bardzo nietypowym stroju, pozostaje on jedyną, próbującą racjonalnie zachowywać się postacią w świecie dziwactw zaserwowanym przez Maxa Landisa. Bez niego bylibyśmy totalnie zagubieni, z nim zagubienie to przychodzi po prostu łatwiej, bo jest z kim się uosabiać w natłoku szalonych wydarzeń.

Tu dochodzimy do sedna sprawy – przy całej abstrakcyjno-fantastycznej otoczce, zarówno powieści Adamsa, jak i serial Landisa to po prostu niegłupie historie, często pod maską radosnej błazenady ukrywające istotne refleksje. Znajdziemy tu zatem pochwałę otwartości i przyjaźni, do której muszą dojrzeć niedoskonali (czy to moralnie, czy też uczuciowo) bohaterowie. Pod płaszczykiem fantastyki kryje się przypowieść o sprawdzianie z humanizmu, który w życiu musi przejść każdy z nas, a fakt, że niektórzy go zdadzą, niektórzy nie, może być paliwem dla powstania takiej właśnie zwariowanej historii. To wszystko dostajemy w nie uciekającej od brutalności opowieści o świrusach, tajnych organizacjach, psie, kocie, rekinie i tajemniczej maszynie oraz całej zwariowanej reszcie dziejącej się we wszechświecie, w którego wyznaczanym przez uciekający czas nurcie my wszyscy mamy prawdopodobnie do spełnienia jakąś rolę – choćby nawet porażała ona swą niedorzecznością. Także rola rolą, a ja tymczasem niecierpliwie (acz nie panikując) czekam na więcej, zwłaszcza po obiecująco dramatycznej końcówce serialu. Zabawa była naprawdę przednia.

 

Kategorie
seriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz