seriale

Helix

 


Helix, twórca: Ronald D. Moore, SyFy 2014.

 

Już w pierwszym odcinku „Helix” wykłada karty na stół. Dzieje się sporo, a wszystko wskazuje, iż będzie tego jeszcze więcej. Związany jest z tym pewien problem, a imię jego – klęska urodzaju.

 

 

Stara zasada dobrego horroru mówi – znajdź odizolowane miejsce, wrzuć krewkich bohaterów, dołóż nieznane. Gdyby analizować szczegółowo opowieści z dreszczykiem, okazałoby się, że lwia ich część ułożona jest właśnie na wyżej wymieniony wzór. Z jednej strony to dobrze, bo lubimy to, co dobrze znamy (jak głosi klasyk); z drugiej niekoniecznie, bo jeśli siłą grozy jest też to, że ma zaskakiwać, to w takich przypadkach niespecjalnie ma czym.

 

Co więc różni dobry horror od złego, jeśli oba są zbudowane na owej regule? Czort wie, a przynajmniej ja nie wiem. To trudne do zanalizowania, od zasad są bowiem wyjątki. Czy takim wyjątkiem jest „Helix”?

 

Za wcześnie, aby stwierdzić to z pewnością, aczkolwiek pewne znaki świadczą już o tym, że nie jest tak ciekawie, jak się zapowiadało. Twórcy bowiem przesadzili. Starali się za wszelką cenę uatrakcyjnić i tak już ciekawy pomysł.

 

Umieszczenie akcji na lodowatym pustkowiu Arktyki jest co prawda oczywistym nawiązaniem do filmu „Coś”, a i znalazłoby się jeszcze kilka innych odwołań (do „Epidemii” Wolfganga Petersena chociażby), aczkolwiek nosi znamiona oryginalności. Wystarczyło odpowiednio to rozegrać.

 

Senne, klimatyczne i powoli doprowadzające do szaleństwa krajobrazy, a w tle powoli rozwijająca się choroba, w uśpieniu czekająca na zebranie żniwa. Tymczasem mamy do czynienia z, jak mogłoby się wydawać, brawurowym pościgiem z czasem. Wszystko dzieje się w zastraszającym tempie, a wątków upchano tutaj mnóstwo. Zanim sytuacje na dobre się rozkręcą, zanim bohaterowie pokażą swoją pełnię, którą następnie wypadałoby zniszczyć w obliczu ekstremalnego niebezpieczeństwa, całość rozpada się jak domek z kart. Dzieje się zdecydowanie zbyt wiele i za szybko.

 

Pacjenci uciekają co chwila z kwarantanny, by potem biegać sobie po stacji arktycznej jak, nie przymierzając, szczury w spiżarni; wyszkoleni eksperci nie potrafią odnaleźć się w sytuacji, do której byli szkoleni, zaś szefowie placówki oczywiście kryją niecny sekret wespół z wojskiem, które dodatkowo nakręca potężny zapewne spisek. „Helix” już w pierwszym odcinku przestał się mieścić w swoich ramach i w tym wypadku nie jest to komplement.

 

Mimo wszystko ogląda się dobrze, jeśli zignorujemy niezrozumiałe ambicje scenarzystów. Wątki wynikają z siebie i pomimo ich nadmiernego nagromadzenia widz może śledzić je z satysfakcją. Jeśli nie oczekujemy od „Helixa” tego, aby wzniósł się na wyżyny, okaże się, że jest całkiem przyzwoitym wypełniaczem czasu pomiędzy lepszymi seriami.

 

To ewidentnie druga liga seriali amerykańskich – wciąż cieszy, a momentami nawet zaskakuje dobrą jakością, przede wszystkim wizualną (ta panorama wiecznej zmarzliny!), czy aktorstwem na poziomie. Daleko temu jednak do ideału. Dużo jest werwy, całkiem sporo chęci, ale wykonanie jeszcze nie do końca wystarczające. Ostatnie dokonania telewizji przyzwyczaiły nas do czegoś więcej. „Helix” ma tego pecha, że gdyby pojawił się jakieś dziesięć lat wcześniej, miałby szanse w wyścigu o miano najlepszego. Dziś jest już za późno.

Kategorie
seriale
Emil Strzeszewski

Emil Strzeszewski – rocznik 85. Urodzony w święto niepodległości w Łomży. Obecnie warszawski słoik z duszą olsztyńską i sercem ostrołeckim. Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce – Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Kolejna powieść „Ród” ukazała się nakładem wydawnictwa Genius Creations. Jego pasją jest zapisywanie się na boks, od lat bezskuteczne.

Dodaj komentarz