seriale

Godless – Końska dawka dobrego westernu [recenzja]

Wprawdzie western nie dominuje na afiszach, ale to wbrew pozorom błogosławieństwo dla zasłużonego gatunku. Dzięki temu zamiast śledzić wysyp taśmowych produkcji, od czasu do czasu możemy wyłowić perełkę taką jak Netflixowe „Godless”.

Opiniotwórcy z wielu zakątków internetu położyli w swoich wypowiedziach nacisk na to, czym serial mógł być – a nie czym jest. Po trosze to wina zwiastuna, który zapowiadał nieco inną produkcję i wyciągnął tło, trzeba przyznać, że fascynujące, na pierwszy plan. Z drugiej strony pojawił się też tweet, który powstał po obejrzeniu pilota i dawał wyraz zawodu faktem, że kobiety tak mało się tu odzywają. Że to jednak mężczyźni dominują w obsadzie. Warto jednak odrzucić cudze oczekiwania i przyjrzeć się samemu dziełu. W tym momencie zostaje prosta, ale ciekawie ozdobiona konstrukcja. „Godless” jest klasycznym westernem. Klasycznym, ale nie do bólu.

Z tą wiedzą poznajemy sztandarowe postacie zbudowane na właściwych gatunkowi archetypach. Jest samotny rewolwerowiec z mroczną przeszłością. Jest zagubiony szeryf, który lata świetności ma dawno za sobą. Jest wreszcie okrutny złoczyńca z potężną bandą za plecami – ale to nie wszystko. Bo widzimy tu też całe miasto kobiet, które musiały sobie poradzić z ogromną stratą. Zginęli wszyscy górnicy. Mężowie, ojcowie, bracia, kochankowie. Jeśli ktoś się dziwi, dlaczego płeć piękna tak mało się odzywa, zwłaszcza na początku – to właśnie znalazł odpowiedź. Widz ma tu do czynienia z twardymi ludźmi, którzy musieli sobie poradzić z poczuciem pustki i żałoby. I żyć dalej.

Wbrew pozorom, „Godless” oddaje kobietom ekranową sprawiedliwość tak, jak kino oddawało milczącym twardzielom pokroju Clinta Eastwooda czy Charlesa Bronsona. Widz nie musi przebywać z nimi non-stop, by poczuć siłę bijącą z ekranu. Co nie zmienia faktu, że czysta ciekawość nakazuje, aby domagać się więcej historii skupionych na La Belle. Problem w tym, że raczej się ich nie doczekamy, bowiem serial ma status zamkniętej mini-serii.

Nie do końca wykorzystany potencjał pomysłu wyjściowego to jeden z dwóch problemów, z jakimi możemy się spotkać podczas seansu. Drugi jest dużo mniej uciążliwy, a imię jego: „kamera prowadzona z ręki”. Czasami stosowana słusznie, kiedy indziej dosyć przypadkowo, ale to nie ma większego znaczenia. Przez znakomitą część seansu możemy paść oczy świetnie wykadrowanymi scenami, w których operator daje popis wirtuozerii i w najmniej spodziewanym momencie nagły atak epilepsji operatora może nas wybić z rytmu.

Poza drobnymi potknięciami czeka nas sam miód. Scott Frank nieśpiesznie, ale dość w angażujący sposób, snuje swoją opowieść, dokładając kolejne kawałki do barwnej mozaiki ludzkich losów, poszarpanych trudnościami, jakie znaleźć można na Dzikim Zachodzie. Całość wieńczy tak, jak podobne opowieści na to zasługują – z przytupem, przy akompaniamencie wystrzałów.

Zupełnie przy okazji reżyser poświęca wiele uwagi niemym bohaterom każdego filmu o Dzikim Zachodzie – wierzchowcom. Przez każdy odcinek przebija miłość do tych zwierząt, świadomość natury oraz tego, jak ważne były dla jeźdźca.

W pakiecie dostajemy może nie oryginalną, ale świetnie rozwiniętą relację ojca i syna. Główny bohater, Roy Goode, choć strzela celnie, nie sili się na twardzielstwo. Jego przybrany rodzic i zarazem antagonista, Francis Griffin (w tej roli bezbłędny Jeff Daniels) to drań idealny. Potrafi być przekonująco ludzki, charyzmatyczny i współczujący, by w następnej chwili zostawiać za sobą spaloną ziemię. I aż do ostatniej sceny nie wiemy – czy to potwór, który udawał człowieka, czy też człowiek, który stał się potworem. Ich konflikt stanowi serce filmu. Duetowi towarzyszyła plejada dobrze odegranych ról kobiecych i męskich, bezbłędnie spełniających swoją rolę w historii. Na szczególną uwagę zasługuje Michelle Dockery, budująca bardzo złożoną postać przy użyciu niewielu słów.

Zdjęciom, aktorom i fabule wtóruje nastrojowa, świetnie skrojona muzyka, tak bliska duchowi lat ’60 i ’70 w kinie, jak to tylko możliwe. Scott Frank prowadzony przez Stevena Soderbergha nie silił się na oryginalność – choć mógł. Jeśli jednak odrzucimy wygórowane wymagania i puścimy w niepamięć nieco naciągany trailer – dostaniemy bardzo solidny kawał westernowej opowieści, kłaniający się w pas klasykom i dodający odrobinę od siebie.

Godless, scenariusz i reżyseria: Scott Frank, wyst. Jack O'Connell, Jeff Daniels, Michelle Dockery, Merritt Wever, Netflix 2017
8.5
Godless, scenariusz i reżyseria: Scott Frank, wyst. Jack O'Connell, Jeff Daniels, Michelle Dockery, Merritt Wever, Netflix 2017
Kategorie
seriale
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz