seriale

Galavant

Scenariusz i dialogi jak z animacji DreamWorks lub Pixara. Pojawiające się znienacka, wokalno-taneczne przerywniki w bollywoodzkim stylu. Plus humor i obraz średniowiecza prawie jak ze „Świętego Graala” Pythonów. Można? O rany, pewnie że tak! Obejrzyjcie „Galavanta”!

Jakiś czas temu mignął mi news o tym, ze Vinnie Jones, były piłkarz i niezapomniany zbir z najlepszych filmów Guya Ritchiego ma zagrać w komedii o rycerzach. Moja reakcja była mocno powierzchowna i odruchowa – czego to ludzie nie wymyślą, skwitowałem w myślach. Kiedy nadszedł czas, żeby zobaczyć jak tym razem wypadł ów naturszczyk na ekranie w nowej, komediowo-musicalowej produkcji telewizji ABC, muszę uczciwie przyznać, że wymiękłem. I to nie tylko na widok tańczącego w parze z królem Ryszardem rycerza Garetha w wykonaniu Jonesa. Już na początku pierwszego odcinka, tuż po wprowadzającej w fabułę piosence ze zdumienia rozdziawiamy buzię,  bo twórcy w ogóle nie patyczkując z przyzwyczajeniami widza z miejsca serwują niespodziewany zwrot akcji. A potem jest jeszcze lepiej.

„Galavant” opowiada historię najlepszego w pięciu królestwach rycerza o tytułowym imieniu, któremu niedobry król Ryszard uprowadził narzeczoną. Na tym jednym zdaniu najlepiej zakończyć zarys fabuły, bo cała przyjemność płynie tu z oczekiwania na kolejne i zupełnie nieprzewidywalne, acz precyzyjnie rozsiane w całej strukturze odcinka małe cliffhangery. Kilka lat temu to w pierwszym sezonie „Glee” czuć było podobny powiew świeżości. „Galavant” raczej nie uzurpuje sobie prawa do bycia objawieniem sezonu i w efekcie zawrócenia w głowach młodocianej widowni. To trochę inna bajka. No właśnie, bajka. Miejscami możemy mieć uczucie deja vu, bo serial ogląda się jak aktorską wersję „Shreka”. I to chyba najbliższe ideałowi porównanie, które może przygotować na obcowanie z tą produkcją. To szalony miks fabularnych klisz, który służy głównie do rzeczonych klisz wydrwienia i wyśmiania. Z odcinka na odcinek show zaczyna kraść wspomniany wyżej król Ryszard w wykonaniu Timothy’ego Omundsona. Jego rola to komediowa perełka, król Ryszard jest mieszaniną okrutnika i poczciwca, portretem zblazowanego, znudzonego wszystkim człowieka na szczycie władzy o charakterze maminsynka.  O tak, naprawdę niebezpiecznie blisko mu do odtwarzającego rolę Nerona Petera Ustinova w hollywoodzkiej ekranizacji „Quo Vadis”. Na szczęście w „Galavancie” nie zobaczymy płonącego miasta, czy rzucanych na pożarcie lwom ludzi, co najwyżej możemy o tego typu wydarzeniach usłyszeć z ust bohaterów. Mamy za to całkiem udany, wokalno-taneczny występ grupy katów i bardzo zgryźliwe teksty poszczególnych piosenek. Uśmiechamy się, ale nie rechoczemy. Przez krótką chwilę, którą przecież w wymiarze całego dnia jest dwudziestominutowy odcinek serialu, możemy przyjemnie spędzić czas, oglądając tę ironicznie uroczą opowiastkę o wyprawie rycerza w pogoni za prawdopodobnie nierealizowalnym marzeniem. Samo życie!

Kategorie
seriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz